Fujifilm Instax Mini LiPlay - szybki test

Najnowszy hybrydowy aparat Fujifilm łączy w sobie zalety natychmiastówki i przenośnej drukarki. To też najmniejszy Instax w historii. Sprawdzamy, jaki jest naprawdę.

2
Maciej Luśtyk
21 Czerwiec 2019
Artykuł na: 9-16 minut

Aparaty Instax, będące przystępną cenowo alternatywą dla oferty Polaroid Originals od lat cieszą się niesłabnącą popularnością. A w zasadzie ich popularność cały czas rośnie - w samym ostatnim roku firma sprzedała aż 10 mln sztuk aparatów. Na pewno do tego stanu rzeczy przyczyniło się wprowadzenie kwadratowego formatu wkładów Instax oraz pojawienie się w ofercie aparatów hybrydowych, które łącząc tradycyjne odbitki z technologią cyfrową oferują nieco mniej ortodoksyjne podejście do tematu fotografii natychmiastowej.

 

Taką właśnie hybrydą jest najnowszy Instax Mini LiPlay. I choć nie jest on jedynym tego typu aparatem w ofercie producenta, to wydaje się być pierwszym, w przypadku którego projektanci wykorzystali pełnię potencjału tego rodzaju konstrukcji. Z kilku względów. Po pierwsze jest to pierwszy Instax, którego zmieścimy do kieszeni - jego wymiary to tylko 82,5 mm x 122,9 mm x 36,7 mm. Do tego, jako jedyny w ofercie oferuje moduł łączności bezprzewodowej i dedykowana aplikację mobilną, które uczynią z niego także przenośną drukarkę do zdjęć ze smartfona (i nie tylko). Przy tym wszystkim wydaje się być bardzo atrakcyjnie wyceniony - w Polsce model LiPlay kupimy w cenie 725 zł.

Tyle jeśli chodzi o teorię. Czy jednak obsługa aparatu i kwestie funkcjonalności nie kładą się cieniem na całą konstrukcję? Mieliśmy okazję sprawdzić to w ciągu kilku dni spędzonych z aparatem.

Wykonanie

Nowy Instax zdecydowanie może się podobać. Prosta forma, miła w dotyku faktura plastikowej obudowy i oryginalny design sprawiają, że aparat prezentuje się atrakcyjniej i bardziej elegancko niż mało foremne tradycyjne aparaty z serii Mini.

 

Podobnie jak w przypadku innych Instaksów, obudowa wykonana została przede wszystkim z tworzywa sztucznego, mimo to dobrej jakości materiały i wyczuwalna waga (255 g) sprawiają, że nie mamy wrażenia obcowania z zabawką. Poszczególne elementy są dobrze spasowane, a całość nie “trzeszczy” podczas obsługi. W modelu, który otrzymaliśmy lekko ruszał się jedynie otwierany tylny moduł z ekranem, ale mogłaby to być kwestia tego konkretnego egzemplarza.

Do samej jakości wykonania trudno mieć więc jakieś większe pretensje. Oczywiście nie możemy oczekiwać wytrzymałości jak w tradycyjnym aparacie systemowym - to w końcu jeden z najtańszych aparatów na rynku - ale w żadnym wypadku nie odnosimy też wrażenie, że konstrukcja rozleci się po dłuższym okresie użytkowania.

Warto też wspomnieć o zaczepie, do którego zamocujemy pasek na nadgarstek oraz o tym, że do zasilania aparatu - w odróżnieniu od klasycznych instaksów - nie potrzebujemy dodatkowych baterii. Wbudowany akumulator ładujemy za pomocą złącza microUSB, tak jak większość popularnych akcesoriów elektronicznych.

Obsługa

 

Jak zwykle w przypadku aparatów Instax, otrzymujemy systematykę obsługi, którą można w całości przyswoić w parę chwil - to w końcu aparat stworzony z myślą o imprezach i uwiecznianiu codziennych chwil. Cała ergonomia sprowadza się tu do kierunkowego wybieraka, przycisków pozwalających na przejście do trybu podglądu i druk zdjęć oraz oczywiście spustu migawki. Mamy też osobny przycisk do rejestracji dźwięku oraz 3 boczne przyciski skrótów, szybko uruchamiających ulubione efekty, ale o nich za chwilę.

Aparat włącza się stosunkowo szybko, bo w około 2 sekundy. Po uruchomieniu wita nas szybki wizualny przewodnik po funkcjach uruchamianych za pomocą tylnego wybieraka. Ruch w górę przywoła bibliotekę możliwych do nałożenia na zdjęcie szablonów, do dołu - bibliotekę filtrów, a kliknięcie w lewo i prawo umożliwi nam szybką kontrolę ustawień samowyzwalacza oraz lampy błyskowej. Na tym właściwie cała filozofia obsługi się kończy. Mamy też proste menu, w którym znajdziemy m.in. ustawienia łączności bezprzewodowej, głośności, oszczędzania energii czy też możliwość aktualizacji firmware’u i sformatowania karty pamięci. Z poziomu menu otrzymujemy także dostęp do ręcznej kompensacji ekspozycji. Żałujemy że funkcja ta nie została wyciągnięta “na wierzch” aparatu, gdyż wydaje się ważniejsza niż np samowyzwalacz.

 

Samo fotografowanie, wybór zdjęć i drukowanie przebiegają sprawnie, choć w oczy rzucają się dwie kwestie. Po pierwsze dosyć powolnie działa system AF, przez co często zanim aparat wykona zdjęcia upływa dłuższa chwila. Do tego, choć spust możemy wyzwolić bez uprzedniego czekania na ustawienie systemu AF, to i tak od momentu jego wciśnięcia do wykonania faktycznego zdjęcia upływa zwykle ponad sekunda. Nieco irytuje też brak możliwości wykonania jednego zdjęcia po drugim - odstęp między jednym a drugim zdjęciem trwa około 5 sekund. Oczywiście należy brać pod uwagę, że w przypadku tradycyjnych instaksów czas ten jest jeszcze dłuższy, bo musimy poczekać na wydruk zdjęcia, ale jednak mając do czynienia z konstrukcją cyfrową chciałoby się nieco więcej.

Funkcjonalność

Model LiPlay to też niespotykana dotąd wcześniej w świecie instaksa funkcjonalność, jaką jest możliwość przypisywania do zdjęć notatek głosowych. Po wciśnięciu przycisku z ikoną mikrofonu, uruchomiony zostaje tryb nagrywania, w którym aparat zarejestruje dźwięk z 5 sekund przed i po wciśnięciu spustu migawki. Następnie podczas drukowania na zdjęcie możemy nałożyć kod QR, który po zeskanowaniu przeniesie nas na stronę, na której zdjęcie będziemy mogli obejrzeć razem z dźwiękiem.

Do wydrukowania tego rodzaju zdjęcia potrzebna będzie nam uruchomiona aplikacja mobilna Instax LiPlay oraz dostęp do internetu. Warto tu wspomnieć, że cały proces prezentuje się tu lepiej niż analogiczna funkcja znana z aparatów Polaroid Snap - zdjęcie z dźwiękiem dostępne jest dla każdego oglądającego, którego smartfon pozwala na zeskanowanie kodu QR, a nie tylko dla osób posiadających zainstalowaną dedykowaną aplikację.

Sama aplikacja pozwoli nam także na zdalne sterowanie aparatem i wyzwalanie migawki, programowanie znajdujących się po boku przycisków przywołujących ulubione szablony (biblioteka aplikacji jest bogatsza niż szablony standardowo wbudowane w pamięć aparatu) oraz na drukowanie zdjęć bezpośrednio z naszego smartfona - dzięki temu aparat przejmuje funkcję przenośnej drukarki. Warto przy tym wspomnieć, że obecnie cena drukarek Instax Share na wkłady Mini oscyluje w granicy 500 zł. Dopłacając nieco ponad 200 zł otrzymujemy i drukarkę i ciekawy aparat - podjęcie właściwej decyzji nie powinno być trudne.

Aplikacja mobilna Instax Mini LiPlay

Aparat oferuje też wspomnianą już, wbudowaną bibliotekę szablonów (nakładek), którymi możemy wzbogacić nasze zdjęcia oraz zestaw 6 filtrów, które pozwolą dodać zdjęciom nieco charakteru. Wybór nie jest duży i czujemy pewien niedosyt, zwłaszcza że aplikacja mobilna daje tutaj pole do popisu. Dziwi nas też fakt, że filtry możemy zastosować jedynie przed wykonaniem zdjęcia, podczas gdy np w modelu Instax Square SQ10 mogliśmy dowolnie aplikować je na obrazy zapisane w pamięci aparatu. To jednak zapewne kwestia tego, że jest to obecnie najtańszy z cyfrowych Instaksów w ofercie producenta.

Z tego samego powodu aparat nie oferuje zapewne znanych nam z wcześniejszych konstrukcji trybów wielokrotnej ekspozycji, osobnego trybu makro czy możliwości naświetlania zdjęć z długim czasem ekspozycji (tryb Bulb). Są to jednak funkcje, bez których da się przeżyć.

Jakość zdjęć

O jakości zdjęć w formie cyfrowej, zapisywanych w pamięci aparatu (do 45 zdjęć), lub na karcie microSD właściwie nie ma co się rozwodzić. Miniaturowa 5-megapikselowa matryca w formacie 1/5 cala przywołuje wszystkie koszmary pierwszy cyfrowych kompaktów, ale też nie o cyfrowe zdjęcia tutaj chodzi. Ważne że sensor jest w zupełnie wystarczający do tego, by dostarczyć nam dobrej jakości odbitki - wyjściowa rozdzielczość zdjęć to 2560 x 1920 px, podczas gdy odbitki instax drukowane są w rozdzielczości 800 x 600 px.

Tym, co rzuca się w oczy jest klarowność drukowanych odbitek. Zdjęcia są znacznie ostrzejsze niż w przypadku klasycznych natychmiastowych Instaksów, a odbitki wiernie odzwierciedlają kolorystykę. Jak na Instaksa Mini, wygląda to bardzo dobrze.

Trudno nie docenić też faktu, że dzięki wbudowanemu zestawowi filtrów - jakkolwiek ubogiemu - możemy fotografować w w monochromie, bez konieczności kupowania czarno-białych wkładów Instax. W tym temacie widać istotną poprawę względem poprzednich cyfrowych konstrukcji producenta. Podczas gdy na przykład w modelu SQ10 czy nawet w drukarce SP-3 na tego typu zdjęciach widoczne były kolorowe przebarwienia tutaj czerń i biel to prawdziwa czerń i biel. W połączeniu z czarnymi ramkami specjalnej edycji wkładów Instax finalny efekt prezentuje się naprawdę atrakcyjnie.

Nie można też zapomnieć o jednej z najciekawszych funkcji modelu LiPlay, czyli możliwości drukowania zdjęć ze smartfona. Dzięki temu zasób możliwych środków wyrazu przy pomocy filmów natychmiastowych staje się właściwie nieograniczony. Możemy drukować zdjęcie przerobione w aplikacjach do edycji czy nawet zgrane uprzednio na smartfona zdjęcia ze zwykłego aparatu. Jednym słowem pełna swoboda działania. Minusem jest jedynie fakt, że aplikacja nie pozwala na obracanie zdjęć, toteż nawet zdjęcia poziome będziemy musieli wykadrować do pionu. Oczywiście fakt ten możemy obejść obracając zdjęcie w galerii przed uruchomieniem aplikacji.

Podsumowanie

Instax Mini LiPlay to naszym zdaniem najlepszy z cyfrowych instaksów i jeden z najciekawszych instaksów w ogóle. Z proste przyczyny - jest bardzo uniwersalny i daje duże pole do popisu pod względem tego co i jak możemy zaprezentować na odbitkach natychmiastowych. Bardzo ciekawie wypada też funkcja notatek głosowych a pozytywnym zaskoczeniem jest również jakość drukowanych zdjęć.

Do tego fakt, że cała ta funkcjonalność zamknięta jest w jak na razie najmniejszym dotychczasowym korpusie z linii Instax, który bez problemu zmieścimy w kieszeni spodni. Aparat trudno może nazwać kompaktowym, ale wreszcie nie będzie problemu, żeby Instaksa zabrać ze sobą w dowolne miejsce.

Choć w świecie Instaksa 725 zł za korpus to niemało, cenę uzasadnia wszechstronność konstrukcji. Oprócz samego aparatu otrzymujemy tu bowiem także drukarkę do smartfona, co pozwoli na natychmiastowych odbitkach zapisać także chwile, w których nie mieliśmy aparatu pod ręką. Zdecydowanie konstrukcja godna polecenia, która nie rozczaruje kupujących.

Tłumacz i fotograf, codziennie selekcjonuje dla Was porcję najciekawszych newsów ze świata fotografii. Zafascynowany nowymi technologiami, choć woli fotografować analogiem. Prywatnie niespełniony snowboardzista i spełniony tata.

Komentarze
Więcej w kategorii: Aparaty
Fujifilm X-Pro3 - zdjęcia przykładowe
Fujifilm X-Pro3 - zdjęcia przykładowe
Fujifilm X-Pro3 to odważna kontynuacja "dalmierzowej" serii aparatów systemu X. Oprócz specyficznej konstrukcji odchylanego ekranu aparat otrzymał jednak także zupełnie nowe wnętrze. Zobaczcie...
16
12
Fujifilm X-A7 - pierwsze wrażenia
Fujifilm X-A7 - pierwsze wrażenia
Najnowszy przedstawiciel podstawowej linii bezlusterkowców systemu Fuji X stara się zaakcentować swoje filmowe aspiracje, które dotąd nie były mocną stroną tej serii aparatów japońskiego...
7
0
Sony A9 II - pierwsze wrażenia
Sony A9 II - pierwsze wrażenia
Czy druga generacja A9 to na pewno niewielka aktualizacja, czy może jednak znaczący krok do świata zawodowych fotoreporterów? Po sesji w ośrodku sportowym, mamy już...
11
4
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (7)