Saal Digital - test praktyczny fotoksiążki

Saal Digital - test praktyczny fotoksiążki

Rynek foto-książek zdaje się nieustannie rosnąć. Oferta jest coraz większa, co oznacza, że również wybór właściwego wykonawcy staje się coraz trudniejszy. Dziś bierzemy pod lupę foto-książki firmy SAAL, jednego z największych graczy na rynku europejskim.

Saal-Digital to dobrze znane w Europie, niemieckie przedsiębiorstwo, które w swojej ofercie ma nie tylko fotoksiążki, ale również odbitki, plakaty, fotokalendarze, fotokartki, fotoobrazy jak np. dibond, pleksi czy PVC oraz fotoprezenty. Przedstawia się jako jeden z najlepszych i najnowocześniejszych dostawców internetowych. Przekonajmy się więc, co faktycznie ma nam do zaoferowania!

APLIKACJA

Zaczynamy oczywiście od pobrania aplikacji, która ułatwi nam zaprojektowanie i zamówienie naszej foto-książki, bez wychodzenia z domu. Dla profesjonalnych designerów, grafików czy fotografów przewidziano bezpośrednią możliwość wgrania projektu przygotowanego w InDesign, Photoshop czy QuarkXPress (i załadowania go jako np. PDF), ale my postanowiliśmy przetestować dedykowany program, który ma umożliwić przygotowanie albumu nawet zupełnemu amatorowi.

Program pobieramy ze strony producenta, gdzie znajdziemy wersję zarówno pod system Windows jak i OS X. Aplikacja zajmuje niewiele ponad 13 MB i nie stawia naszemu komputerowi zbyt wygórowanych wymagań sprzętowych. Alternatywnie, możliwe jest projektowanie książki bezpośrednio w przeglądarce, ale aplikacja jest naszym zdaniem wygodniejsza i zapewne również bardziej stabilna, zwłaszcza w sytuacji, gdy uploadujemy całkiem sporo "ciężkich" plików w jakości do druku.

Pierwszym krokiem jest wybór produktu. Jak już wspomnieliśmy, Saal to nie tylko fotoksiążki, ale również odbitki, kalendarze, czy wydruki wielkoformatowe. My wybieramy album i przechodzimy dalej. W kolejnych sekcjach precyzyjnie konfigurujemy interesującą nas formę książki. Oprócz klasycznej, do wyboru mamy również wersję XG – złożoną z ekstra grubych stron (wydrukowane na papierze fotograficznym zdjęcia naklejane są na karton o gramaturze 600 g!), a także znacznie prostszą postać foto-zeszytu (druk 6-kolorowy, z folią ochronną i łączeniem spiralowym). My postanowiliśmy wykonać typowy album fotograficzny, możliwie zbliżony do tych, które znamy z półek księgarni artystycznych. Wybieramy więc klasyczną fotoksiążkę i przechodzimy dalej.

FORMAT

Do wyboru mamy 6 podstawowych formatów. Od zeszytowego, przez kwadratowy, po wyraźnie większy format A4 i panoramiczny, o imponujących wymiarach 42 x 28 cm. Ten ostatni spodoba się zwłaszcza fanom fotografii krajobrazowej. Trzymając się przyjętego przez nas założenia wybraliśmy większy format pionowy, by wygodnie układać zdjęcia zarówno w orientacji pionowej jak i poziomo – na całej rozkładówce, lub po dwa na stronie.

Format oczywiście przekłada się na cenę, więc dysponując określonym budżetem staniemy przed wyborem – większy format, czy więcej stron. My postanowiliśmy poszukać kompromisu. W tym momencie, w widocznym na dolnym pasku podsumowaniu widzimy kwotę 200 zł. Trzymając się za kieszeń idziemy dalej!

OKŁADKA

Wybór opcji w pierwszej chwili może oszołomić, ale spokojnie. Przyglądamy się możliwościom, szukając rozwiązań najlepszych dla naszego założenia – stworzenia klasycznej ale jakościowej książki fotograficznej, w której zamkniemy konkretny projekt - podobnie jak chciałby to zrobić nie jeden fotograf.

W pierwszej kolejności wybieramy typ powierzchni. Błyszcząca, uzyskiwana wskutek specjalnego lakierowania jest szczególnie polecana dla ciemnych motywów, bo pomaga wydobyć głębię kolorów. Nam do gustu przypadła jednak wersja matowa, choć istnieje większe ryzyko, że wskutek wielokrotnego otwierania, przy grzbiecie powstaną zagięcia i marszczenia. Czy będzie tak i tym razem? Przekonajmy się!

Wybór między matem, a połyskiem nie wpływa jeszcze na cenę. Dopiero opcje uszlachetnienia oznaczają dodatkowe koszty. Jeśli chcemy nadać książce ekskluzywny sznyt, możemy zainwestować dodatkowe 90 zł w pokrycie okładki ekologiczną skórą (4 kolory do wyboru) ze spersonalizowanym napisem (tzw. absolutny highlight), oraz kolejne 25 w dodatkowe watowanie - 3-milimetrowa warstwa gąbki pod powierzchnią sprawia, że produkt wydaje się jeszcze bardziej wyjątkowy. Tego typu wykończenie spotyka się zazwyczaj tylko w droższych albumach o ograniczonym nakładzie.

STRONY WEWNĘTRZNE

Przemyśleć musimy również wygląd stron wewnętrznych. Jak informuje producent, wszystkie zdjęcia drukowane są na prawdziwym papierze fotograficznym Fujicolor Crystal Archive Album Paper, a każda kartka składa się z dwóch sklejonych ze sobą stron, co wpływa również na gramaturę i nadaje odpowiednią sztywność.

System domyślnie podpowiada nam papier błyszczący, który oczywiście wygląda efektownie, zwłaszcza w przypadku bardzo kolorowych zdjęć. Lakier UV którym pokrywane są zdjęcia zwiększa trwałość barw nawet do 200 lat, ale trzeba pamiętać, że jest jednocześnie znacznie bardziej podatny na zabrudzenia, przede wszystkim chodzi tu o odciski palców, o które przecież nietrudno, gdy oddamy album w ręce znajomych. My ponownie decydujemy się na wersję matową, która dodaje całości elegancji, no i jest mniej podatna na zabrudzenia. Wybór wersji matowej pozwolił nam ponadto zaoszczędzić 25 zł.

Albumy Saal, co niestety nie jest regułą, nie są opatrywane logotypem producenta. Mało tego, producent wręcz zachęca fotografów, do wstawiania własnego logo, by zareklamować swoją działalność i zaprezentować książkę jako własny produkt. To ciekawe rozwiązanie np. dla fotografów ślubnych. Saal w tej sytuacji staje się po prostu naszym podwykonawcą. Warto tu wspomnieć, że producent ma też własną politykę lojalnościową dla resellerów. Jeśli wykonujemy książki często, możemy liczyć na rabat od 10 do nawet 40%.

Wróćmy jednak do naszego albumu. By ułatwić produkcję i logistykę, na tylnej okładce umieszczany jest niewielki kod kreskowy. I z niego możemy zrezygnować (jeśli zależy nam na wyjątkowo czystej formie), ale oznacza to dodatkowy koszt 25 zł. Uznaliśmy, że zaryzykujemy, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczymy na dodatkowe strony. Jak się okazało było to słuszne posunięcie – kod jest naprawdę mały (ok 5 x 7 mm) i nie wpływa na estetyczny odbiór całości.

Pozostaje wybór ilości stron. Minimalna to 26, wliczone w kwotę 200 zł, która nadal widnieje na naszym liczniku. Każda kolejna to dodatkowe 11 zł, a maksymalna ilość stron to 120. Wówczas za album zapłacilibyśmy już ponad 700 zł. My przyjęliśmy budżet 400 zł, więc oszczędzając na fajerwerkach mogliśmy pozwolić sobie na wydruk albumu złożonego z 66 stron. Ostatnie spojrzenie na podsumowanie wybranych opcji, i klikamy PROJEKTUJ!

Artykuł kontynuowany na kolejnej stronie

Redaktor naczelny serwisu fotopolis.pl i miesięcznika Digital Camera Polska – wielki fan fotografii natychmiastowej, dokumentalnej i podróżniczego street-photo. Lubi małe dyskretne aparaty, kolekcjonuje albumy i książki fotograficzne.

 
 
Komentarze
Polecane artykuły
Przetestuj 3 obiektywy Samyang AF - opinia Adama Jędrysika
10 Paź 2017
Pod koniec lipca zaprosiliśmy Was do udziału w testach konsumenckich najnowszych obiektywów Samyang z autofokusem. Spośród wszystkich zgłoszeń wyłoniliśmy trzech uczestników. Dziś prezentujemy wam opinię ostatniego z nich, Adama Jędrysika.
3
Panasonic Lumix GX800 - mały mocarz
29 Wrz 2017
Panasonic Lumix GX800 to niepozorny bezlusterkowiec, który zaskakuje bogactwem zaawansowanych funkcji. Poznajcie jego możliwości!
4
Przetestuj 3 obiektywy Samyang AF - opinia Anny Rozwadowskiej
22 Wrz 2017
Pod koniec lipca zaprosiliśmy Was do udziału w testach konsumenckich najnowszych obiektywów Samyang z autofokusem. Spośród wszystkich zgłoszeń wyłoniliśmy trzech uczestników. Dziś prezentujemy opinię Anny Rozwadowskiej.
1
Remis. „Fotografie, które nie zmieniły świata”, Krzysztof Miller
8 Wrz 2017
„Tworzenie albumu, choć wtórne do naciśnięcia przeze mnie migawki, ma sens w bezsensie tego świata. Sens dla mnie. Sens dla tych, co go obejrzą. Chciałbym, żeby zrozumieli, że nasze przebywanie na świecie ma charakter prosty. Zero-jedynkowy. Jak jesteśmy, to jest jeden. Jak nas nie ma, to jest zero.” – to fragment wstępu do książki „Fotografie, które nie zmieniły świata” Krzysztofa Millera. Jedne z ostatnich jego słów. Tych publicznych. Jest: zero. Od roku nie ma Krzysztofa.
0