Canon EOS R5 i R6 - pierwsze wrażenia

Pod względem specyfikacji nowe korpusy Canona prezentują się jako najbardziej kompletne bezlusterkowce, które mają szansę zmienić układ sił na rynku. Czy jednak praca z aparatem prezentuje się równie zachwycająco? Obydwu modelom mieliśmy już okazję przyjrzeć się bliżej.

24

Autor: Maciej Luśtyk

10 Lipiec 2020
Artykuł na: 23-28 minut

Nie ukrywam, że ten artykuł piszę z radością. Od zawsze byłem zwolennikiem korpusów Canona i ze zgrzytem w zębach obserwowałem, jak niegdyś dyktujący tempo producent miota się, by odnaleźć własną tożsamość na rynku bezlusterkowców i dogonić konkurencję, która z roku na rok przyciągała do siebie coraz większą grupę odbiorców. Bo Canon ma w sobie coś z Apple’a - do wielu rzeczy można się przyczepić, ale jak mało który producent przykłada on wagę do tzw. user experience. Aparaty Canona wydają mi się po prostu wygodne - obsługa jest szybka, intuicyjna i bezproblemowa, a wycieczki do menu możemy zwykle ograniczyć do długich deszczowych wieczorów.

Dlatego też zwyczajnie było mi nieco żal, że cała ta filozofia nie może znaleźć dla siebie godnego miejsca w nowych, bezlusterkowych realiach. Gdy pierwszy pełnoklatkowy bezlusterkowiec producenta zadebiutował wreszcie w 2018 roku, spóźniony o dobrych kilka lat względem dokonać konkurencji, miałem wrażenie że Canon nie dał z siebie wszystkiego i to czego oczekiwałem (pewnie nie tylko ja) udało się tylko połowicznie. Aparat był dobry, ale jednak względem funkcjonalności konkurencyjnych korpusów nieco okrojony, z przesadnie udziwnioną obsługą. Spodziewałem się (pewnie tak samo jak konkurencja), że potrzeba jeszcze przynajmniej dwóch generacji sprzętu, by producent nadrobił zaległości.

Jeśli są chęci, wszystko jest możliwe

Łatwo jednak zapomnieć, że Canon, będąc od lat liderem rynku może przeznaczyć znacznie większe środki na R&D i potrzebuje na to mniej czasu (dlatego też pewnie przez dłuższy czas ociągał się z wejściem w ten segment). Biorąc pod uwagę tempo kurczenia się rynku fotograficznego, musiał w końcu nastąpić moment, w którym ktoś tam w Japonii zauważy, że pozostaną na nim tylko naprawdę najlepsi i aby utrzymać się na fali trzeba znów zacząć oferować wszystko, a nawet więcej niż oczekuje odbiorca.

Wyglada na to, że aby zrobić to wreszcie dobrze Canon potrzebował jedynie motywacji, bo oto w niecałe dwa lata po premierze debiutanckiego modelu R, na rynku pojawiają się korpusy, które swoim zaawansowaniem przeskakują od razu dwie generacje do przodu i sprawiają, że zarząd konkurencji ma obecnie zapewne miny jak dziewczyna z mema "Distracted Boyfriend". Na papierze, modele EOS R5 i R6 jawią się po prostu jako najbardziej kompletne i najlepiej wyważone względem preferencji użytkowników korpusy na rynku.

Dla jednych wyższe rozdzielczości, nieco bardziej zaawansowane podzespoły i tryb filmowy wykraczający poza obecne zapotrzebowania, dla drugich tańszy, uniwersalny korpus z matrycą o niższej rozdzielczości, która pewnie lepiej będzie radzić sobie w dynamicznych warunkach i słabym świetle. Co ważne korpus identycznie wypadający pod względem szybkości i wydajności pracy. Obydwa wycelowane tak, by trafić w gusta możliwie najszerszej rzeszy odbiorców i wreszcie sprawić, że w zbiorowej świadomości zawodowców bezlusterkowce zajmą pełnoprawne miejsce obok lustrzanek.

Przeczytaj także:
Canon EOS R5 i R6 - powrót na szczyt

Jeśli mieliście do tej pory wątpliwości czy aby na pewno Canon obudził się z kilkuletniego letargu, powinniście je porzucić. Producent prezentuje modele, które przywracają mu koszulkę lidera i które jawią się jako najbardziej kompletne aparaty na rynku. [Czytaj więcej]

O podstawowych różnicach pomiędzy korpusami EOS R5 i EOS R6 możecie przeczytać w powyższym artykule premierowym, tutaj skupimy się na tym czy świetnie prezentująca się specyfikacja znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. Bo nie raz już pięknie prezentujące się osiągi okazywały się tylko błyszczącym papierkiem.

Nowe korpusy to przemyślana konstrukcja i niemal perfekcyjna ergonomia

Zacznijmy od samych korpusów. Obydwa wyglądają niemal identycznie (model R6 przez 0,5 cm mniejszy ekran i obniżoną górną ściankę zdaje się jedynie bardziej zwarty), różnią się jednak budową. Według danych udostępnionych nam przez producenta w przypadku modelu R5 mamy do czynienia z w pełni magnezową obudową, a w przypadku R6 jest to jedynie aluminiowa rama i obudowa z tworzywa.

I rzeczywiście, po wzięciu do ręki EOS R6 sprawia wrażenie bardziej plastikowego, ale ogranicza się ono właściwie jedynie do tego, że metalowa obudowa modelu R5 jest zwyczajnie nieco zimniejsza. Pod względem jakości wykonania i kontroli przycisków obydwa aparaty oferują dokładnie takie samo wrażenie podczas fotografowania. No prawie, bo w modelu EOS R5 producent nie odpuścił sobie jednak „nowoczesnej” systematyki regulacji trybów fotografowania, opierającej się o przycisk MODE i górny wyświetlacz LCD (notabene duży i czytelny). Z jednej strony jest ona wygodna i pozwala na błyskawiczne przełączenie się do trybu filmowego (wystarczy wcisnąć przycisk INFO), z drugiej nadal bardziej praktyczny, a przede wszystkim szybszy wydaje mi się pojedynczy ruch dobrze znanym i łatwo wyczuwalnym, fizycznym pokrętłem PASM. Być może to zresztą nawet lepiej dla modelu R6, bo ten opiera się właśnie o taką, bardziej tradycyjną systematykę obsługi.

Do samej obsługi trudno się jednak przyczepić - palce same lądują na odpowiednich przyciskach, obydwa korpusy oferują wreszcie znane dobrze wszystkim kanoniarzom tylne, świetnie wyczuwalne pokrętło funkcyjne (tym razem bez funkcji dotyku), perfekcyjnie działające joysticki (zdecydowanie najbardziej płynna kontrola punktu AF z obecnych na rynku bezlusterkowców) i kleją się do ręki, oferując świetne wywarzenie i ergonomiczny grip.

Jedynie same przyciski mogłoby być nieco większe i oferować bardziej wyczuwalny skok. Osoby przyzwyczajone do lustrzankowych „piątek” i „jedynek” mogą poczuć się nieco nieswojo. Oczywiście nie ma tu mowy o widocznym obniżeniu komfortu, ale już podczas fotografowania w rękawiczkach pewnie problemy mogą się pojawić. Uroniliśmy też łzę nad faktem, że producent nie zdecydował się na użycie nowego systemu dotykowego joysticka, który zrobił na nas fenomenalne wrażenie podczas pierwszego kontaktu z modelem EOS-1D X Mark III. Prawdopodobnie zobaczymy go w systemie dopiero za kilka lat wraz z bezlusterkową „jedynką”, ale i tak nie powinniśmy narzekać. Jak wspomnieliśmy, działanie zastosowanych joysticków to klasa sama w sobie.

Korpusy różnią się jednak w kilku aspektach. Po pierwsze EOS R5 oferuje złącza do synchronizacji lamp, których EOS R6 nie posiada, a także wyposażony jest lepszy wizjer (rozdzielczość 5,69 Mp względem 3,6 w EOS-ie R5) i nieco większy ekran (3,2 cale względem 3 cali) o wyższej rozdzielczości (2,1 Mp względem 1,68 Mp). Jak przekłada się to na wrażenia z użytkowania? Na szczęście nie widzimy tu odczuwalnej różnicy na niekorzyść szóstki. Wizjer modelu EOS R5 jest oczywiście fantastyczny i plasuje się w zdecydowanej czołówce rynku, ale i w przypadku 3,6-megapikselowego wizjera modelu EOS R6 trudno narzekać. To ten sam moduł co w modelu EOS R, który też ocenialiśmy bardzo dobrze. Warto odnotować natomiast, że w przypadku obydwu modeli otrzymujemy teraz odświeżanie na poziomie 120 kl./s, co bardzo pozytywnie przekłada się na komfort pracy.

Jeśli zaś chodzi o ekrany, gołym okiem różnice są praktycznie niewidoczne, a większy rozmiar i rozdzielczość modelu R5 sprawią jedynie, że zoomowanie podglądu do 100% będzie być może nieco szybsze i bardziej wygodne.

Obydwa aparaty oferuja też odmienny zestaw obsługiwanych slotów pamięci. Podczas gdy w modelu EOS R5 mamy jedno wejście na kartę CFExpress i jedno na kartę SD, w modelu R5 otrzymujemy dwa wejścia na karty SD. Czy któryś model na tym traci? Moim zdaniem nie, gdyż rozwiązanie to wydaje się idealnie odpowiadać oczekiwaniom docelowej grupy odbiorców. Osoby, które zdecydują się na model R5 nie będą miały problemu z dodatkowym wydatkiem w postaci karty CFExpress, a poza tym będzie im ona potrzebna do filmowania w wysokich rozdzielczościach. Z kolei zawodowcy obracający się w sferze mniejszych zleceń docenią wygodę dwóch nośników SD.

Warto wspomnieć też słowem o nowych pionowych gripach, które podłączamy do złącza znajdującego się pod klapką baterii, a nie jak wcześniej - do styków na spodzie aparatu. W ten sposób prawdopodobnie uchronimy się przez zgubieniem osłaniającej je gumki. Co ważne, choć jeden z nich pełni rolę większego ogniwa (2 akumulatory LP-E6NH) a drugi bezprzewodowego transmitera (też 2 akumulatory, ale jeden odpowiedzialny wyłącznie za zasilanie anten), obydwa są bardzo zbliżone pod względem wymiarów i dostępnych kontrolerów - moduł transmittera oferuje jedynie dodatkowe złącze Ethernet.

W praktyce prezentują się bardzo wygodnie i praktycznie, choć mamy wrażenie że w relacji do pionowego chwytu wizjer wypada nieco za nisko. Jest to pewnie jednak wyłącznie kwestia przyzwyczajenia.

Modele EOS R5 i R6 są szybkie jak lustrzanki. Naprawdę

Rzeczą, która zrobiła nas nas jednak największe wrażenie, jest szybkość i wydajność aparatów. Modele EOS R5 i R6 uruchamiają się chyba najszybciej ze wszystkich bezlusterkowców z jakimi mieliśmy do czynienia i równie dobrze wypadają pod względem użytkowania. Podgląd między ekranem a wizjerem przełącza się momentalnie, bez jakiegokolwiek opóźnienia, zdjęcia ładują się błyskawicznie, a ekrany dotykowe są czułe i precyzyjne. Dzięki świetnie dopracowanemu interfejsowi, wszystko też dzieje się ekspresowo, bez jakichkolwiek opóźnień. Na pewno nikt przesiadający się z lustrzanki nie odniesie wrażenia „przymulenia”, jakie towarzyszy podobnej przesiadce na system konkurencji.

Doskonałe wrażenie zrobił na nas też nowy system Dual Pixel AF II. Już w przypadku EOS-a R było nieźle (poza wykrywaniem oka we wczesnej wersji firmware’u), tutaj zaś możemy śmiało stwierdzić że autofokus staje na równi z najlepszymi systemami lustrzankowymi. W przypadku obiektywów RF aparaty ostrzą błyskawicznie i skutecznie nawet w słabych warunkach oświetleniowych. Choć raz przydarzyło się nam, że aparat miał problem z „wyjściem” z dużego rozostrzenia w przypadku obiektywu 85 mm f/2, zazwyczaj ostrość ustawiana była w czasie nie przekraczajacym ok. 0,15-0,2 sekundy, niezależnie od sytuacji. Do tego dochodzi wygoda możliwości dotykowego sterowania ostrością i fakt, że system AF na całej powierzchni kadru oferuje taką samą skuteczność niezależnie od zamocowanego obiektywu (- 6 EV w modelu EOS R5 i -6,5 EV w modelu EOS R6). Jak zwykle też otrzymujemy możliwość ingerencji w czułość i szybkość systemu śledzenia.

Równie dobrze zapowiada się pomiar ciągły, na czele z systemem wykrywania oka. Pokusimy się o stwierdzenie, że działa on równie sprawnie co najnowsza implementacja tego rozwiązania w aparatach Sony. Aparat śledzi oko skutecznie i bardzo dobrze radzi sobie z ponownym jego „złapaniem” gdy fotografowana osoba wyjdzie z kadru lub się obróci. Co ważne, funkcja ta działa równie sprawnie zarówno w przypadku krótszych obiektywów, jak i długich zoomów. 

Do tego system wykrywania oczu i sylwetki u zwierząt, Choć jeszcze nie mieliśmy okazji sprawdzić go w praktyce, wierzymy że nie będzie on działał dużo gorzej. Warto jednak zapamiętać, że pomiędzy obydwoma trybami trzeba się przełączyć i choć w trybie „zwierzęcym” aparat także będzie w stanie wykrywać i śledzić oczy ludzi, w odwrotnej sytuacji nie zadziała podobnie.

Jednym słowem jest świetnie, a być może nawet doskonale. Z ostatecznym werdyktem będziemy jednak musieli wstrzymać się do czasu pełnego testu. Już teraz jednak możemy wystawić aparatom duży plus za wydajność trybu seryjnego (12 kl./s z migawką mechaniczną i 20 kl./s w trybie migawki elektronicznej). Już same te prędkości robią bardzo dobre wrażenie, ale co najważniejsze problemu z ich wykorzystaniem nie będzie sprawiał bufor, który pomieści kolejno 350 zdjęć JPEG i 180 zdjęć RAW. W nawet najbardziej ekstremalnym wypadku otrzymujemy więc aż 8-sekundową długość serii - rzadko kiedy dobijemy do tego wyniku.

Nowe matryce, nowa jakość?

Na tę chwile pewną zagadką pozostaje jedynie to, co aparaty mają nam do zaoferowania w zakresie jakości obrazu. Wiadomo jedynie, że 45-megapikselowy sensor modelu EOS R5 (natywny zakres ISO 100-51200) to zupełnie nowa konstrukcja, a 20-megapikselowa matryca modelu EOS R6 (natywny zakres ISO 100-102400) została oparta na module wykorzystanym w modelu EOS-1D X Mark III, który to wg najnowszych doniesień DxO oferuje najlepszy zakres dynamiczny ze wszystkich dotychczasowych sensorów producenta (ok, 14,5 EV).

Jak przekłada się to na praktykę? Testowany przez nas EOS R5 był modelem przedprodukcyjnym, dlatego nie możemy podzielić się z wami zdjęciami. Mogliśmy natomiast fotografować modelem R6. Niestety w pośpiechu nie wyłączyliśmy systemu odszumiania, ale może to nawet lepiej, gdyż widzimy, że nawet przy najgorszych dla jakości wyjściowego obrazu JPEG ustawieniach, zdjęcia wykonywane w słabym świetle, w przypadku rozmiarów ekranowych powinny być używalne aż do zakresu ISO 25600. Dobre wrażenie robi też fakt, że wraz ze wzrostem czułości nie obserwujemy właściwie jakiejkolwiek utraty informacji o kolorach.

1/4 s, f/2, ISO 100, ogniskowa: 85 mm

1/8 s, f/2, ISO 200, ogniskowa: 85 mm

1/30 s, f/2, ISO 400, ogniskowa: 85 mm

1/30 s, f/2, ISO 800, ogniskowa: 85 mm

1/100 s, f/2, ISO 1600, ogniskowa: 85 mm

1/125 s, f/2, ISO 3200, ogniskowa: 85 mm

1/200 s, f/2, ISO 6400, ogniskowa: 85 mm

1/400 s, f/2, ISO 12800, ogniskowa: 85 mm

1/800 s, f/2, ISO 25600, ogniskowa: 85 mm

1/2000 s, f/2, ISO 51200, ogniskowa: 85 mm

1/4000s, f/2, ISO 102400, ogniskowa: 85 mm

Dochodzimy wreszcie do najgorętszej informacji, dotyczącej nowych korpusów, czyli stabilizacji matrycy, która pojawia się w konstrukcji Canona po raz pierwszy. Producent chwali się, że w przypadku obiektywów IS, mamy oczekiwać wydajności sięgającej nawet 8 EV… I tak, ku naszemu zdziwieniu stabilizacja jest rzeczywiście piekielnie dobra - uchwycenie nieporuszonego zdjęcia przy ogniskowej 85 mm i czasie naświetlania 1 s, wymagało jedynie 3 prób. Do 2 s zejść już nam się nie udało, ale nawet przy 1,5 s zdjęcia poruszone były bardzo nieznacznie. Pewnie przy odrobinie wprawy i takie czasy da się utrzymać, nie mówiąc już o tym, że w przypadku obiektywów szerokokątnych zapewne uzyskany wynik znacznie poprawimy. Tak czy siak przekracza on już nasze oczekiwania, a dodatkowo stabilizacja wydaje się dobrze radzić sobie podczas filmowania. Temu jednak przyjrzymy się bliżej dopiero podczas pełnego testu aparatów.

Czym producent się nie chwali

Póki co, nowe modele jawią się jako prawdziwi tytani, czy jednak nie obyło się bez żadnych wpadek? Przede wszystkim producent niezbyt chętnie chwali się faktem, że choć nowa bateria oferuje większą pojemność niż wcześniej, to ogólna wydajność zasilania jest nawet niższa niż w modelu EOS R.

W przypadku pracy z wizjerem elektronicznym, wg oficjalnych danych wyciągniemy ok. 380 (EOS R6) i 320 zdjęć (EOS R5). W modelu EOS R wynik ten oscylował na poziomie 430 zdjęć. I choć obydwa nowe korpusy notują nieco wyższe wyniki w przypadku pracy jedynie z ekranem (kolejno 510 i 490 zdjęć względem 450 w modelu EOS R), to w przypadku zwykłej pracy, gdzie raz spoglądamy w wizjer a raz na ekran, prawdopodobnie należy spodziewać się nieco gorszych rezultatów niż w poprzedniku. Oczywiście wyposażenie się w dodatkowe akumulatory nie stanowi większego problemu, ale jednak lepiej gdy możemy je wymieniać jak najrzadziej.

Tabela żywotności akumulatora dla modeli EOS R5, EOS R6 i EOS R

Kolejną rzeczą, którą producent przesadnie się nie chwali jest migawka elektroniczna, a raczej fakt, że jej możliwości nie wykraczają poza czas 1/8000 s oraz to, że w przypadku jej użycia zdjęcia RAW zapiszemy jedynie z 12-bitową konwersją A/D (13 bitów w przypadku elektronicznej pierwszej kurtyny migawki).

Do tego dochodzą niewielkie, ale jednak ograniczenia trybu wideo. Po pierwsze filmy 8K (wraz z zapisem RAW) zapiszemy wyłącznie wewnętrznie - moduł HDMI obsługuje tylko rozdzielczości do 4K 60 kl./s. Do tego dochodzi fakt, że w obydwu przypadkach jest to jednak bardziej podatne na uszkodzenia i średnio wygodne złącze microHDMI. Szkoda też, że wideo w formacie RAW nie zapiszemy w mniejszych rozdzielczościach, chociażby na zewnętrznych rekorderach.

Trzeba też pamiętać, że materiały z prędkością 100/120 kl./s nagramy tu jedynie w specjalnym trybie zwolnionego tempa, które automatycznie 4-krotnie spowolni nagrany materiał do wyjściowego klatkażu 25/30 kl./s, co delikatnie zawęża użyteczność tego trybu. Do tego materiały slow motion są nagrywane bez dźwięku.

W przypadku modelu EOS R6, oprócz wiadomego od początku ograniczenia do 4K 60 kl./s, będziemy też musieli liczyć się z niewielkim (ale jednak) współczynnikiem cropa (1,07x), a także nie skorzystamy z kompresji ALL-i (dostępna jedynie kompresja IPB). Możemy więc spodziewać się, że w bezpośrednim porównaniu materiały nagrane obydwoma aparatami będą nieco różnić się jakością. 

Wreszcie kwestia samej wydajności. Choć producent obiecuje do 12 kl./s w trybie migawki mechanicznej i 20 kl./s w trybie migawki mechanicznej, specyfikacja zaznacza, że rezultaty mogą być zależne od temperatury, obiektywu czy stanu naładowania akumulatora. Według przedstawiciela firmy, w przypadku używania zamienników, wydajność serii będzie nieco niższa. O ile? Na razie nie wiemy.

Na koniec kwestia czułości systemu AF. Skuteczności nowego systemu Dual Pixel AF trudno cokolwiek zarzucić, ale należy pamiętać, że wyniki -6 i -6,5 EV podawane są dla obiektywów ze światłosiłą f/1.2. W praktyce, przy innych szkłach możemy więc spodziewać się realnej skuteczności -4, -4,5 EV (to i tak bardzo dobry wynik).

Czym producent chwali się za mało

Na szczęście, oprócz tych niewielkich minusów, nowe konstrukcje wprowadzają także kilka istotnych nowości, które dla wielu okażą się kluczowe. Przede wszystkim, o ile mnie pamięć nie myli, są to pierwsze aparaty pełnoklatkowe, które umożliwiają stałe zewnętrzne zasilanie przez złącze USB-C. Będziemy więc mogli zapomnieć o adapterach dummy i różnych egzotycznych zestawach do zasilania.

Oprócz tego, obydwa aparaty pozwalają teraz na bezprzewodowy transfer zdjęć na FTP (Canon EOS R5 dodatkowo w częstotliwości 5 GHz), co znacznie ułatwi chociażby pracę w studio i pozwoli wcielić w życie workflow na miarę XXI wieku (dodatkowy grip-transmitter pełni jedynie rolę wzmacniacza sygnału). Aha, aparaty oferują też moduł Bluetooth, dzięki któremu pozostaną w stałym połączeniu ze smartfonami i pozwolą na przesyłanie zdjęć na urządzenia mobilne na bieżąco, podczas fotografowania.

Z kolei model EOS R5 rozbudowuje wprowadzoną funkcję Dual Pixel RAW o opcję Portrait Relighting, która w przypadku obróbki z programie DPP umożliwi nam regulację oświetlenia fotografowanej sylwetki. Póki co wygląda na to możliwość łatwego sterowania jasnością pierwszego i drugiego planu, jesteśmy jednak bardzo ciekawi czy daje to realne korzyści w pracy z portretem.

Pierwsze wnioski

Oczywiście w pełni rzetelnie nowe korpusy będziemy w stanie ocenić dopiero przy okazji pełnego testu, ale na pewno nie skłamię, gdy napiszę, że wprowadzają one na rynek nową jakość wygody i wydajności. Są szybkie niczym lustrzanki, bardzo dobrze zaprojektowane i równie funkcjonalne. Oferują najlepszy na rynku system obsługi dotykowej i tak samo wygodne menu. Wydaje się też, że będą oferowały bardzo dobrą jakość obrazu.

Całość sprawia, że są to zwyczajnie aparaty przyjemne w obsłudze i takie, które mają szansę wreszcie postawić definitywną granicę między erą lustrzanek a bezlusterkowców. Oczywiście weterani reportażu czy fotografii sportowej zapewne zostaną jeszcze przez pewien czas przy swoich „jedynkach”, ale w przypadku jakiegokolwiek innego rodzaju fotografii, w obliczu możliwości EOS-a R5 i R6 naprawdę trudno znaleźć sensowny argument przemawiający za pozostaniem przy lustrze.

Aparaty te mają wszystko co potrzebne 95% fotografujących i oferują w pełni satysfakcjonującą szybkość działania. Prawdę mówiąc, po tych premierach spodziewam się już niewielu ruchów producenta w kwestii lustrzanek, ale to tylko świadczy o tym z czym mamy tu do czynienia. Dla większości będą to aparaty na lata, a dla konkurencji solidna kłoda pod nogi w wyścigu o miano innowatora rynku. 

I nie, nie piszę tego z perspektywy „fanboya” marki. To po prostu najbardziej udane aparaty producenta od lat. Zwłaszcza że, wobec swoich możliwości, nowe body nie są też koszmarnie drogie. No dobrze, model EOS R6 kosztuje ponad 20 tys. złotych, ale to i tak nie najgorsza cena jak na "kamerę", jaką de facto również jest. Z kolei w przypadku kosztującego 12 tys. zł, a równie sprawnego modelu R6, możemy spodziewać się względnie szybkiego potanienia i przekroczenia psychologicznej bariery 10 tys. zł.

Dodaj ocenę i odbierz darmowy numer DCP
Digital Camera Polska

Autor: Maciej Luśtyk

Redaktor prowadzący serwisu Fotopolis.pl. Tłumacz i fotograf, codziennie selekcjonuje dla Was porcję najciekawszych newsów ze świata fotografii. Zafascynowany nowymi technologiami, choć woli fotografować analogiem. Prywatnie niespełniony snowboardzista i spełniony tata.

Komentarze
Więcej w kategorii: Aparaty
Instax SQUARE SQ1 - test aparatu natychmiastowego
Instax SQUARE SQ1 - test aparatu natychmiastowego
Następca, a właściwie młodszy brat modelu SQ6, ma być aparatem, z którego zdjęcia po prostu zawsze się udają. Czy jest tak faktycznie? Wystrzelaliśmy kilka paczek...
14
0
Nikon Z6 II i Z7 II - pierwsze wrażenia
Nikon Z6 II i Z7 II - pierwsze wrażenia
Najnowsze korpusy Nikona obiecują wiele, ale z pozoru nie wnoszą rewolucji w temacie bezlusterkowej pełnej klatki. Jak wypadają w rzeczywistości? Nowe puszki trafiły w...
25
3
Leica S3 - pierwsze wnioski i zdjęcia przykładowe
Leica S3 - pierwsze wnioski i zdjęcia przykładowe
W nasze ręce, na jeden dzień, wpadł pierwszy w Polsce egzemplarz średnioformatowej lustrzanki z 64-milionowym sensorem o proporcjach 3:2. Czy po dwóch latach od...
19
3
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (4)