„Elliott Erwitt: Found, Not Lost” - 170 niepublikowanych zdjęć legendy Magnum [RECENZJA]

Autor: Kamila Snopek

2 Kwiecień 2021
Artykuł na: 6-9 minut

Spośród 60 tysięcy zawartych w archiwach zdjęć, legendarny fotograf Magnum, wybiera 171 nigdy niepublikowanych i zamyka na kartach właśnie ukazującej się książki.

O obchodzącym w tym roku dziewięćdziesiąte trzecie urodziny Erwitcie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że myśli o emeryturze. „Elliott Erwitt's Kolor” (2013), „Regarding Women” (2014), „Cuba” (2017) czy „Pittsburgh 1950” (2017) to tylko kilka z jego publikacji, które ukazały się na rynku w ostatniej dekadzie. Amerykanin wciąż pracuje komercyjnie i realizuje własne pomysły. Jednocześnie od niedawna coraz częściej spogląda wstecz na swój fotograficzny dorobek.

„Gdy udało ci się zapracować na renomę, wraz z wiekiem wchodzisz w dobry okres. Zbierasz owoc swoich wysiłków z przeszłości” - mówił kilka lat temu w jednym z wywiadów. Opatrzona przekornym tytułem w klasycznym „Erwittowskim” duchu, „Found, Not Lost” jest książką wyjątkową, w której dobrze znane, przenikliwe i ironiczne spojrzenie fotografa ustępuje pola cichej refleksji i czułej obserwacji. „Po dziewięćdziesiątce patrzę na swoją pracę zupełnie inaczej” - opowiada twórca. „Jest czas dla fotografii, które mówią: "Witaj", i czas, żeby słuchać".

"Odbitki pokrywały każdą płaską powierzchnię w nowojorskiej pracowni Erwitta”

fot. Elliott Erwitt / Magnum Photos, Nowy Orlean, 1947 

Selekcja zdjęć z pomocą fotoedytora Stuarta Smitha i managera studia Mio Nakamury trwała niemal dwa lata; odbitki pokrywały każdą płaską powierzchnię w nowojorskiej pracowni Erwitta. Zbiór obrazów, który ostatecznie znalazł się w książce, objął obszerny okres lat 1947–2010, sięgając samych początków fotograficznej ścieżki Amerykanina.

Elio Romano Erwitz - bo tak nazywał się, nim przybył do Stanów Zjednoczonych we wrześniu 1939 roku - urodził się w Paryżu 26 lipca 1928 roku, w rodzinie rosyjskich imigrantów. Dzieciństwo spędził w Mediolanie, młodość - już za oceanem, w Nowym Jorku oraz Los Angeles, gdzie zamieszkał z ojcem po rozstaniu rodziców. Gdy ten wyjechał za pracą na drugi kraniec Ameryki, szesnastoletni Elliott zaczął żyć na własny rachunek, dzieląc czas pomiędzy szkolną edukację a naukę fotograficznego fachu. Robił zdjęcia ślubne i pracował w ciemni, ale przede wszystkim przemierzał miasto z Rolleiflexem. To tam, na ulicach Hollywood, kształtowały się zręby unikatowego stylu fotografa.

fot. Elliott Erwitt / Magnum Photos, Triest, Włochy, 1949

Miejscem, z którym najściślej miał się związać los Erwitta, było jednak nie Los Angeles, a Nowy Jork, dokąd przeniósł się w wieku dwudziestu lat. Życie nabierało tempa: studia w dziedzinie fotografii i filmu na New School for Social Research, znajomość z Robertem Capą, Edwardem Steichenem i Roy’em Strykerem, pierwsze duże zlecenia. W 1951 roku, w dobie trwającej wojny w Korei, Elliott otrzymał przydział do służby wojskowej w Europie Zachodniej w roli fotografa. Podczas pobytu nie tracił czasu: stworzył esej o życiu codziennym żołnierzy zatytułowany „Bed and Boredom”, który przyniósł mu nagrodę w konkursie magazynu „LIFE” dla młodych fotografów. Dużo także podróżował. Powrót i dołączenie do grona członków agencji Magnum na zaproszenie Capy w 1953 roku rozpoczęły nowy rozdział w jego fotograficznej biografii.

Od tamtego momentu życie Amerykanina wypełnia(ła) intensywna praca na kilku frontach. Działający jako wolny strzelec Elliott Erwitt kolaborował z redakcjami największych czasopism ilustrowanych: „Holiday”, „Look” czy wspomnianego wyżej „LIFE”. Portretował osobistości z pierwszych stron gazet (wymieńmy chociażby Marylin Monroe, Che Guevarę, Kennedych czy Jacka Kerouaca), uczestniczył w ważnych wydarzeniach politycznych w roli reportera, fotografował na planach filmowych, a nawet sam w latach 70. i 80. sięgał po ten środek wyrazu, co ciekawe pełniąc niekiedy jednocześnie funkcję producenta, reżysera, scenarzysty i operatora. W części dla żartu, w części z pragnienia eksploracji nieznanej gałęzi fotografii, stworzył dla siebie także artystyczne alter ego. André S. Solidor, o którym sam Erwitt z krzywym uśmieszkiem opowiada jak o dobrym znajomym, jest uznanym fotografem kreacyjnym pochodzącym z Gujany Francuskiej.

fot. Elliott Erwitt / Magnum Photos, New Rochelle, Nowy Jork, 1959

Nie można wykluczyć, że do Gujany dotarł również Elliott we własnej osobie. Zlecenia pozwalały mu na ulubioną wędrówkę po świecie; tylko w „Found, Not Lost” wraz z fotografem zaglądamy m.in. do Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Maroka, Brazylii, Chin, Japonii, ZSRR, Afganistanu, Iranu, a także - warta wspomnienia ciekawostka - do Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Gdziekolwiek wyrusza, na spacer po Manhattanie czy wyjazd na drugą półkulę, zawsze ma przy sobie podręczną Leicę. To właśnie przy jej pomocy, na boku realizowanych zleceń, zupełnym „przypadkiem” wykonał wiele ikonicznych obrazów. „Fotografia to bardzo nieskomplikowana sprawa” - stwierdził w wywiadzie z 2008 roku. „Po prostu reagujesz na to, co widzisz, i robisz dużo, dużo zdjęć”.

Ta książka to cenny portret humanistycznego stylu Erwitta, którego, jak nam się wydawało, zdążyliśmy już poznać na wylot

Powyższe stwierdzenie stanowi dobrą próbkę Erwittowskiego stylu wypowiedzi, znajdującego zastosowanie zarówno w rozmowach z dziennikarzami, jak i fotografii. Minimalna liczba słów, maksymalna siła przekazu i absurdalne, ale bez wątpienia czarujące, poczucie humoru - to trzy jego filary. Za nimi zaś coś jeszcze: głęboki humanizm fotografa, jego zainteresowanie i szczera, nawet jeżeli niekiedy zabarwiona kpiną sympatia do spotykanego człowieka.

fot. Elliott Erwitt / Magnum Photos, Perth, Australia, 2000

Wielbiciel spojrzenia Amerykanina odkryje w „Found, Not Lost” zupełnie nowe wizualne perełki. Są tutaj oczywiście psy i ich właściciele oraz uliczne miniatury. Są także wyciszone, na poły melancholijne opowieści o nieznajomych i najbliższych, wśród nich intymne, delikatne portrety pierwszej żony Elliotta, Lucienne - wszystkie tym cenniejsze i w pewnym sensie magiczne, że pierwotnie odrzucone przez fotografa. Po latach otrzymały od niego kolejne życie. Ten gest i każda pojedyncza decyzja mają kluczowe znaczenie. Chociaż najpewniej tego nie planował, książka przede wszystkim mówi właśnie o nim, o fotografie, którego, jak nam się wydawało, zdążyliśmy poznać na wylot.

"Elliott Erwitt: Found, Not Lost" | Gost Books

Zobacz wszystkie zdjęcia (9)
 

  • Wydawnictwo: Gost Books
  • Stron: 232
  • Format: 21,5 x 29 cm
  • Oprawa: twarda
  • Cena: ok. 270 zł

Książkę "Elliot Erwitt: Found, Not Lost" można na razie zamówić wyłącznie na stronie wydawnictwa Gost Books w cenie 60 funtów. Do ogólnej sprzedaży nowy tytuł trafi w maju.

Więcej informacji: gostbooks.com.

Skopiuj link

Autor: Kamila Snopek

Absolwentka archeologii, studentka fotografii na Uniwersytecie Warszawskim. Nałogowo ogląda stare zdjęcia i dzieli się w mediach społecznościowych opowieściami na ich temat. W wolnym czasie lubi wędrować po filmowych i literackich światach.

Komentarze
Więcej w kategorii: Recenzje
Panasonic Lumix GH5 II to najlepszy w swojej klasie aparat dla twórcy wideo. Zobaczcie dlaczego
Panasonic Lumix GH5 II to najlepszy w swojej klasie aparat dla twórcy wideo. Zobaczcie dlaczego
Premiera Lumixa GH5 II mogła umknąć waszej uwadze. Zupełnie niesłusznie. Dzięki usprawnieniom, to jeden z najlepszych aparatów do filmowania. A do tego swoje...
12
Statki widmo istnieją - niezwykłe zdjęcia z dna Morza Bałtyckiego w albumie „Ghost Ships of the Baltic Sea”
Statki widmo istnieją - niezwykłe zdjęcia z dna Morza Bałtyckiego w albumie „Ghost Ships of the...
Na dnie Bałtyku spoczywa blisko 100 tysięcy zatopionych statków. Dzięki albumowi "Ghost Ships of the Baltic Sea" część z nich możemy zobaczyć z bliska.
42
Aparaty do vlogowania od Sony - jaki wybrać?
Aparaty do vlogowania od Sony - jaki wybrać?
Szukasz aparatu do vlogowania i kręcenia filmów? Sony ma aż trzy modele, dostosowane do oczekiwań twórców na każdym poziomie zaawansowania - Sony ZV-1, Sony ZV-E10 i...
31
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (2)