Adam Trzcionka: Jesteś takim fotografem ślubnym, jakim jesteś fotografem. Po prostu.

Reportaż czy portretaż? O tym, dlaczego fotografia ślubna ugrzęzła w schematach i co jest największą ściemą w branży, rozmawiamy z Adamem Trzcionką.

Skomentuj Kopiuj link
Posłuchaj
00:00

Cześć! Co w fotografii ślubnej uważasz za największą ściemę?

Chyba to, że z tej dwuśladowej frazy „fotografia ślubna”, dzisiejsi fotografowie specjalizują się bardziej w ślubach, niż w fotografii. Ścigają się w instagramowych igrzyskach, odtwarzają tiktokowe trendy, chcą być tacy, jak inni, którym uwierzyli, że są świetni i odnoszą sukces, nie dając sobie szansy, żeby zobaczyć kim mogliby być, gdyby postawili na siebie. To są oczywiście większe tematy, zapewne wynikające z poczucia jakiejś niewystarczalności - co i mnie nie jest obce - albo po prostu biznesowa kalkulacja. Ale mogę te ściemy wymieniać dalej.

Kolejna to ta, że branża fotograficzna obiecuje ślubnym klientom „reportaż”, a oddaje głównie aranżowany, pozowany „portretaż”, wrzuconą w internetowy folder fotorelację, chronologiczny zbiór zdjęć. A w reportażu nie ma ustawiania, zarządzania fabułą. I reportaż to forma, opowieść, historia: ma się otworzyć, zaprosić dalej, rozwijać wątki, zamknąć. Logika edycji, układ zdjęć, zarządzanie ich kolejnością - to kluczowe, żeby materiał się opowiadał, płynął, porywał.

fot. Adam Trzcionka

Jeszcze kolejna ściema to może ta, że zdjęcia ślubne muszą być kolorowe i radosne. Nie muszą. Chcę pozwolić moim parom przeżywać swój ślub tak jak chcą i potrafią. Ktoś bardziej do środka, inny bardziej na zewnątrz. Chcę pokazać to, kim są, jacy ludzie ich otaczają, kogo kochają, z kim się przyjaźnią. I spojrzeć na to czujnie i czule. I często w czerni-bieli.

Zwykle nie wiem jaki obowiązuje „kolor roku”, nie znam się na algorytmach z insta. Za to chcę egzekwować momenty, emocje, myśleć szybciej, żeby te momenty opisać i opasać ciekawym kadrem

Mówisz o sobie, że nie jesteś fotografem ślubnym, tylko “fotografem, który fotografuje śluby”.

Myślę, że to bardzo istotna różnica. Muszę nawiązać do tego, co wyżej: chcę się specjalizować w fotografii, nie w fotografii ślubnej, bo ślub to tylko temat do sfotografowania. Jesteś takim fotografem ślubnym, jakim jesteś fotografem. Po prostu. Zwykle nie wiem jaki obowiązuje „kolor roku” narzucony przez modowe domy zza granicy, który przewodzi w dekoracjach i dodatkach, nie znam się na algorytmach z insta, za to chcę rozumieć lepiej ideę i egzekwować sprawniej momenty, emocje, myśleć szybciej, żeby te momenty opisać i opasać ciekawym kadrem, znajdywać piękno w czymś zwykłym.

fot. Adam Trzcionka

Mam takie mocne doświadczenie z ostatnich miesięcy: zostałem zaproszony do sfotografowania procesu powstawania i otwarcia fundacji działającej w domu komendanta Rudolfa Hoessa w Oświęcimiu, znajdującego się przy murze byłego obozu Auschwitz. I choć w tego typu fotografii dokumentalno-reportażowej nie miałem żadnych doświadczeń, używałem dokładnie tych samych kompetencji, co przy fotografowaniu ślubów, liczyły się: moment, kadr, kompozycja, poetyka obrazu. Ja po prostu jestem chory na fotografię. Ale dla jasności: bardzo, bardzo lubię śluby, to piękny temat.

Widzieć czy czuć?

A gdybym tak odpowiedział onelinerem w stylu Paolo Coelho: widzieć, żeby czuć i czuć, żeby widzieć? Lepiej obrazuje to angielskie „I see”. Bo „I see” oznacza zarówno widzieć, jak i rozumieć. No więc widzenie-rozumienie lub właściwie zobaczenie - bo nie wystarczy spojrzeć, żeby zobaczyć - to dla mnie warsztat fotograficzny, umiejętności, rzemiosło. Wgląd. Rozumienie, że fotografowanie to praca nad żywą, trójwymiarową sceną, zaadaptowanie do tego odpowiedniego narzędzia, czyli ogniskowej i przysłony, z uwzględnieniem kompresji, czasu, ale też pułapu, perspektywy, miejsca, z którego próbuję to wszystko zmieścić w ciasnym prostokącie. To dla mnie oznacza próbować zobaczyć. Widzieć. Rozsunąć kurtynę powierzchowności, odsłaniać warstwy. A czuć jest chyba o czymś innym.

fot. Adam Trzcionka

Kusiło mnie powiedzieć, że o czymś więcej, ale niekoniecznie. Bo rzemiosło jest fundamentem. No więc czuć, to jest może bardziej o jakiejś wrażliwości, łączeniu tych kilku poetyckich kropek, bardziej o czymś ze środka, o widzeniu piękna na swój sposób. Moim zawodowym marzeniem jest budowanie siebie na obydwu tych polach: chcę być takim fotografem, który ma dobry warsztat reporterski, a jednocześnie szuka poetyki, tego, co się dzieje na marginesach, co porusza. I żeby tak było, ćwiczę warsztat, ale też karmię się pięknem, literaturą, filmem. Lubię i chyba umiem znajdywać to piękno także w zwykłych rzeczach, codziennych.

fot. Adam Trzcionka

Wierzę, że co jakiś czas każdy fotograf ślubny ma moment: „to jest to, dlatego to robię”. Pamiętasz takie chwile?

Masę! Wśród par młodych zdarzają się naprawdę zakochani ludzie, a ja kocham miłość. To raz. Dwa: mnie naprawdę porusza zjawisko ślubu, rytuału przejścia, wielkiej rangi tego, co się wydarza. Łatwo to zbanalizować, bo ślub się kojarzy raczej z folklorem kolorowych rac, udawania gangsterów z cygarami i pijanych wujków, a nie z duchowym poruszeniem. Ale ja to widzę jednak właśnie tak. Wiesz, ludzie wpuszczają cię do swoich domów, do swoich tajemnic. Są emocje, jest stres, taniec. Życie w soczewce, nomen omen. Ktoś kiedyś złożył mi takie życzenia: nie zbieraj doświadczeń, ale doświadczanie. Doświadczam. To jest piękna praca.

fot. Adam Trzcionka

Wspomniałam o miłych momentach, a czy zdarzyło Ci się pomyśleć: „to nie jest miłość, to teatr”? Fotografujesz wtedy taki teatr, czy szukasz w nim prawdy?

Ponad wszystkie uniesienia jestem profesjonalistą i usługodawcą, staram się znajdywać w sobie oceany pokory i dać całe serce i moc łydek nawet wtedy, kiedy jestem świadkiem instagramowego teatru. Ktoś chce, żeby ślub był imponującym show za dwa miliony, pełnym atrakcji, z przewodnim hasłem „jeszcze za sto lat będą wspominać to wesele”, a ktoś inny chce zrobić kameralne przyjęcie w stylu slow, rozmawiać, tańczyć, całować się i spotkać z bliskimi, bez scenariusza. Gdybym planował swój ślub to raczej w tej drugiej opcji, nie tylko dlatego, że nie mam wolnych dwóch milionów, ale tu i tu dam z siebie wszystko i szukam w tym, co robię prawdy. Nie takiej, która jest przeciwko ludziom, ośmiesza. Szukam relacji człowieka z drugim człowiekiem, z samym sobą, emocji.

fot. Adam Trzcionka

Czyli fotografując śluby tyle lat da się nie stać cynikiem albo zobojętniałym?

No pewnie. Wydaje mi się, że cała nasza rozmowa jest właśnie o tym. Uczę się nie odpisywać klientom po 19, ale wciąż ekscytuje mnie fotografia jako intelektualno-gimnastyczna szarada, ślub jako temat i spotykanie ludzi. Lubię pauzy między sezonami, ale już w lutym zaczyna mi brakować tego rytmu. Wydaje mi się, że nie tylko nie stałem się cynikiem, ale ta praca mnie życiowo zmiękczyła, uwrażliwiła.

fot. Adam Trzcionka

Powiedziałeś: “uważam, że granica biegnąca między tym co zinwentaryzowane, a tym, co zinterpretowane, dzieli świat na to, co sfotografowane banalnie, przewidywalnie i na to, co może być intrygujące i próbować opowiedzieć więcej. To dotyczy ślubu, ale i chyba każdej fotografii”. Wiem, że Ty starasz się interpretować, a nie inwentaryzować, ale… na każdym ślubie ten element inwentaryzacji chyba jednak się pojawia. Młodzi chociażby mogą chcieć portrety z członkami rodziny, klasyczne grupówki, które dla wielu fotografów są zmorą, choć ja uważam je za bardzo wartościowe po latach. Jakie Ty masz podejście do takich elementów?

Miałem parę z Azji dla której grupówki były chyba ważniejsze niż sam ślub i robiliśmy je cztery godziny. I ja je oczywiście nie tylko robiłem, ale starałem się zrobić dobrze i ciekawie. Jedno z moich ulubionych zdjęć, moich-moich, to w końcu grupówka. Staram się zawsze zrobić zdjęcia z najbliższymi, choć nie wszyscy klienci tego oczekują. I chyba to nie jest jednak moja zmora, jest na to miejsce.

fot. Adam Trzcionka

Zawsze pytam ludzi, których mam fotografować, co jest dla nich ważne. Ale też chciałbym podkreślić, że nie zawsze decyduję się na współpracę. Chcę chcieć kogoś sfotografować i nie ma w tym żadnego gwiazdorzenia, a jedynie szukanie tego magnetyzmu, kiedy biznes i serce mówią w tym samym języku. I zamiast do pałacu pojadę z radością na skromny ślub na Podlasiu (kocham!), jeśli czuję, że to moi ludzie. Ale 90% czasu w dniu ślubu to jednak żywioł reportażowy. I o tym są te słowa.

Tak powstają kalki kalek. Widziałem tysiąc tysięcy zdjęć dziewczyn gładzących suknię wisząca na karniszu przy oknie

Możesz przyjść na kolejny ślub i z tą ekspercką nonszalancją rzucić pytanie: „A gdzie jest suknia i buciki?”, bo już dzień wcześniej wiedziałaś jak i co będziesz fotografować. Wtedy operujesz na matrycach, schematach, tym, co się sprawdza. Powstają z tego kalki kalek. Widziałem tysiąc tysięcy zdjęć dziewczyn gładzących suknię wisząca na karniszu przy oknie, pana młodego dopinającego spinki w mankietach w trakcie melancholijnego spojrzenia przez okno. To jest inwentaryzacja, to coś, co aranżuje fotograf. Odhacza kolejne epizody i tematy, jakby miał ściągawkę.

fot. Adam Trzcionka

Podobnie na sesjach - sztuczne pozy, teatralność, pauzowanie... To jak z tymi sesjami kobiecymi i ciążowymi, czy one w większości nie są niemal identyczne? I są dla mnie trochę jak piosenki, które najlepiej brzmią, gdy wciskasz mute, po prostu nie chce mi się ich oglądać. Widzę kalki. Pewnie należy przyjąć, że duża grupa klientów tego oczekuje, chcą, by nimi kierować, chcą takich zdjęć, jakie miała kuzynka. Ale to nie są moi klienci.

Czym jest więc interpretowanie?

Interpretowanie to próba fotografowania za każdym razem inaczej. Nie dla zasady, ale dlatego, że ludzie są inni, inna temperatura wydarzenia, inne tempo, inne miejsca. I to wszystko są możliwości, szanse. Inwentaryzujemy jako branża, bo brakuje nam odwagi albo warsztatu, albo traktujemy to wszystko jako prosty, szybki biznes. Bo interpretowanie jest jednak ryzykiem. Ale i największą frajdą. No i ryzyko wypalenia, znużenia zdecydowanie mniejsze. Znów trudno nie powołać mi się na słowa Martyny, uczestniczki moich warsztatów: „I że to nie jest coś, co ktoś tobie dał i miałeś szczęście to zapisać, ale to właśnie ta sztuka pisania”. Interpretowanie jest bardziej o braniu, niż o dostawaniu.

fot. Adam Trzcionka

Nie tylko fotografujesz, ale i uczysz. Miejsca na Twoje warsztaty znikają błyskawicznie. Jakie pytania najczęściej zadają kursanci, a jakie raczej chciałbyś słyszeć?

Zacznę od tego, że warsztaty są również dla mnie znakomitą formą pedagogiki, uczę się. Trzymają mnie w dyscyplinie, konfrontują ze sobą, z wizjami innych. To rodzaj wymiany. Masa ludzi pisze do mnie na co dzień jaki kupić aparat, jaki obiektyw, jakie ISO ustawić, jak skalibrować monitor, a nawet co mam na sobie w dniu ślubu. Ale nie przypominam sobie, żeby ktoś spytał, jak stawać się lepszym fotografem, jak nauczyć się czytać moment, na co zwracam uwagę wybierając i gospodarując kadr. Uwierzysz?

fot. Adam Trzcionka

I na warsztatach jest podobnie, ale mam wrażenie, że po pierwszych dwóch godzinach otwiera się w ludziach inne spojrzenie. Na to, co być może jest naprawdę ważne. To na warsztatach z reportażu. A na tych o sesjach uderza mnie coś innego: 90% uczestników na wstępie pyta jak rozkręcić drewniane pary. Odpowiadam pytaniem: jesteś pewien, że to pary są drewniane, a nie ty?

W branży ślubnej wiadomo jest, że odmawiasz uczestnictwa w większości podcastów czy wywiadach. Dlaczego?

Najuczciwsza odpowiedź jest taka: obawiam się, że nie nadążę za oczekiwaniami, powiem coś naiwnego, co nie dorasta do tych oczekiwań. To raz. Dwa nie wiem, czy po prostu mam taką potrzebę eksponowania siebie, bywania, pozowania na autorytet. Kilka razy w roku biorę udział jako spiker w różnych publicznych wykładach i wydaje mi się, że to wystarczy, a to i tak dużo mnie kosztuje.

fot. Adam Trzcionka

Wielu ludzi z branży kreatywnej ma ADHD. Ty również mi o tym wspominałeś. Jak „ogarniać”, kiedy się nie ogarnia? Masz swoje sposoby, które realnie pomagają, czy raczej nauczyłeś się żyć w kontrolowanym chaosie?

Jako fotograf, jestem uporządkowany do bólu. Zarówno zaplecze, ta cała energologistyka, ładowanie, pakowanie, zapobiegliwe sprawdzanie kart pamięć, kopie, zgrywanie. Jestem tu szalenie pedantyczny. Ale życiowo – cóż, chaos. Zaczynam pięć rzeczy naraz. Trochę płynę, trochę jestem niesiony. I jest mi z tym ostatecznie chyba dobrze.

Czy i kiedy ostatni raz pomyślałeś: „może to już nie jest mój czas w tej branży”?

Często, a ostatnio jakieś dziesięć minut temu. Nie nadążam za instagramowymi trendami i tiktokiem. W jednej z rozmów powiedziałem nawet, że czuję się, jakbym szedł z nożem na strzelaninę, tak bardzo mój czarno-biały instagram nie przystaje do tego radosnego, kolorowego świata Meta. Ale to też trochę poza, trochę udaję takiego dziadersa. Rok w rok mam swoich klientów, tylu ilu potrzebuję i w większości takich, jakich potrzebuję. Na warsztaty przychodzą ludzie. Mnie samemu się bardzo chce. Więc chyba wszystko jest na swoim miejscu.

fot. Adam Trzcionka

A czy zdarza Ci się udawać większy spokój lub profesjonalizm, niż naprawdę czujesz?

Przez całe życie niesie mnie rodzaj niepokoju, na który już się chyba zgadzam, więc w udawaniu spokoju mam profesurę. A zawodowo, cóż, to część tej gry. Choć jednocześnie umiem na sesji powiedzieć po prostu: słuchajcie, nie wiem co teraz robić, dajcie mi chwilę, muszę odparować. Nie udaję eksperta, który strzela pozami jak z rękawa. Ale to też wynik tego, że nie bazuję na moodboardach, matrycach. Staram się czytać, słuchać, iść bieżąco za tropami. Interpretować, ha!

fot. Adam Trzcionka

Czy nadal czujesz głód rozwoju, czy bardziej lojalność wobec tego, co już znasz i potrafisz? Gdzie kończy się styl, a zaczyna stagnacja? Jak odróżnić jedno od drugiego?

Przestałem już chcieć być jak ktoś inny, a latami chciałem. Czuję się ugruntowany, ale też czuję głód rozwoju, może nawet większy niż kiedyś, bo wyraźniej widzę deficyty i kierunki. Jestem rzadko zadowolony z tego, co zrobiłem, co robię. Pewnie to jakaś psychologiczna aberracja – ale mnie napędza ten samokrytycyzm. Obiektywnie jednak czuję, że fotografuję dziś ciekawiej niż 10 lat temu. Nauczyłem się na przykład bardziej otwierać na sesjach – siebie i ludzi. Porzucić pozy. Niech się dzieje! Powiem coś, co powinno być oczywiste, ale chyba nie jest: zawsze chciałem być dobrym fotografem. Nie fotografem ślubnym, nie instagramerem, nie biznesmenem. Fotografem. Zdarłem masę par butów na streecie, zrobiłem sto sesji za darmo, żeby się do tego zbliżyć.

fot. Adam Trzcionka

Wielu fotografów mówi dziś, że aparat jest przezroczysty, a ważne jest oko. Ty - jako ktoś, kto dużo myśli o fotografii - uważasz, że sprzęt może wpływać na sposób patrzenia?

Tak, jestem tego pewien. Zacznę od samego patrzenia: jeśli ustawisz swój wizjer w czarnobieli, widzisz zupełnie inny, monochromatyczny, uproszczony, ale bardziej poetycki, subtelny obraz świata, zredukowany do plam, ale ubogacony o rytmy, których w kolorze nie zauważysz. To, jak obrazują obiektywy, przecież to często element twojej charakterystyki, fotograficznej tożsamości. Jeden z wielu, ale istotny. Choć oczywiście aparaturą główną jest nie aparat a głowa, mózg, oko, wrażliwość.

fot. Adam Trzcionka

Na zakończenie, gdzie jest Twoje własne „miejsce ucieczki”, kiedy masz przesyt ludźmi, emocjami, historiami?

Proste rzeczy. Spacer z psem, długa trasa autem z ukochaną muzyką. I morze – muszę choć dwa razy w roku zobaczyć morze, znaleźć trzy godziny, żeby się po prostu pogapić. Rozpłynąć.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Trzcionka
Od ponad 15 lat fotografuje ludzi w ważnych dla nich momentach. Głównym fotograficznym tematem są dla niego śluby i przyjęcia oraz sesje par. Głównym celem jego pracy są nie tylko pojedyncze zdjęcia, ale większe historie opowiadające dzień ślubu możliwie wyczerpująco i ciekawie. Pracuje nieinwazyjnie, bez aranżowania sytuacji, pozwalając ludziom przeżywać swój dzień tak, jak chcą i potrafią: rozbawieni albo skupieni, poważni albo nie, na zewnątrz lub do środka. Od jesieni 2023 ambasador Canon Europe.
Komentarze
Przeczytaj także
Zobacz więcej z tagiem: fotografia ślubna
logo logo
Magazyny
Zamów