Co było dla Ciebie najważniejszym impulsem do stworzenia cyklu „Displaced Lands”? To temat wymagający dość specyficznej wiedzy o regionie i jego problemach. Skąd czerpiesz inspiracje do swoich projektów?
Pierwszym impulsem była moja podróż na Tajwan w 2024 roku. Już wtedy poczułem, że to miejsce wymaga dłuższego, uważnego spojrzenia. Inspiracje czerpię głównie z bezpośredniego doświadczenia i spotkań z ludźmi. Interesują mnie różne perspektywy, dlatego pozwalam, by temat pojawiał się w relacjach i rozwijał się w czasie.
W przypadku Displaced Lands bardzo szybko stało się jasne, że jednym z najważniejszych kontekstów jest kryzys klimatyczny i jego realny wpływ na życie społeczności. Ta sytuacja w Guangfu nie jest odosobniona, ale odzwierciedla szersze realia wschodniego Tajwanu, gdzie powtarzające się tajfuny, trzęsienia i osunięcia ziemi w ostatnich latach znacząco zmieniły krajobraz i wywierają stałą presję na lokalne społeczności oraz gospodarki.
W wielu regionach, szczególnie w mniejszych miejscowościach, proces odbudowy jest długotrwały i często opiera się bardziej na wsparciu lokalnych społeczności, wolontariuszy czy organizacji pomocowych.
To przykład reportażu wymagającego szybkiej reakcji. Czy jego realizację i miejsca, które odwiedzasz planowałeś z wyprzedzeniem, czy może działasz „na gorąco”? Jak wygląda twoja praca w terenie?
Projekt jest połączeniem obu podejść. Z jednej strony wróciłem na Tajwan z konkretną intencją pracy nad tematami społecznymi i klimatycznymi, ale z drugiej, sama realizacja często wymagała szybkiej reakcji i obecności w danym miejscu.
Na miejscu moja praca opiera się przede wszystkim na byciu z ludźmi. To rozmowy, powracanie do tych samych miejsc, próba zrozumienia całego kontekstu. Staram się nie działać wyłącznie „na gorąco”, tylko budować dłuższą obecność, nawet jeśli sytuacja początkowo tego nie sugeruje. Ale zgadzam się, trzeba być cały czas w trasie, by nie stracić tego „momentu”.
To chyba pierwszy z Twoich reportaży, który dotyka osobistych tragedii. Czy w związku z tym zmieniłeś styl pracy? Jak jako obcokrajowiec budowałeś relację, żeby fotografować swoich bohaterów w tak trudnych momentach?
Ten projekt rzeczywiście był jednym z pierwszych, w których zetknąłem się tak bezpośrednio z osobistymi tragediami bohaterów. To wymagało jeszcze większej uważności i odpowiedzialności. Nie powiedziałbym jednak, że zmieniłem styl pracy - na pewno go za to pogłębiłem. Jeszcze bardziej skupiłem się na relacji, na czasie spędzonym bez aparatu, na rozmowie. Nie każda sytuacja powinna być fotografowana i nie każda historia musi być opowiedziana obrazem.
Jako obcokrajowiec musiałem szczególnie zadbać o zaufanie. Bardzo pomogła mi w tym obecność mojej narzeczonej, Pauliny, która wspierała mnie w komunikacji i tłumaczeniach. Dzięki temu mogłem lepiej zrozumieć ludzi i uniknąć powierzchowności.
Twoja seria pokazuje nie tylko zniszczenie, ale też współpracę i solidarność. Czy taki był twój zamysł od początku czy może temat wykształcił się dopiero w trakcie realizacji zdjęć?
Na początku interesował mnie ogólnie temat skutków tajfunów i katastrof klimatycznych. Natomiast to, co naprawdę ukształtowało projekt, to spotkania z ludźmi. To właśnie w trakcie pracy zobaczyłem, że obok zniszczeń istnieje bardzo silny element wspólnoty i wzajemnego wsparcia. I to stało się dla mnie kluczowe. Nie chciałem zatrzymać się na obrazie katastrofy, tylko pokazać, co dzieje się później, jak ludzie funkcjonują dalej i nawzajem sobie pomagają.
Jak długo realizowałeś ten projekt? To z pewnością materiał dużo bardziej obszerny niż 7 zdjęć prezentowanych w ramach konkursu. Czy zamierzasz kiedyś pokazać go szerzej?
Projekt tworzę od momentu mojego powrotu na Tajwan pod koniec 2025 roku i nadal jest on w trakcie realizacji. To dla mnie bardzo ważne, żeby nie zamykać go zbyt wcześnie. Selekcja konkursowa to tylko niewielka część całości. Materiał jest znacznie bardziej rozbudowany i obejmuje wiele historii, które wymagają czasu i odpowiedniego podejścia. Zdecydowanie planuję pokazać ten projekt szerzej, zarówno w formie publikacji, jak i wystawy.
Czy zamierzasz kontynuować swój rozwój w kierunku tego typu „zaangażowanych” projektów?
Przypuszczam, że tak. To jest kierunek, który jest mi bliski, ale nie chcę się zatrzymywać na jednym. Jestem reporterem, fotografem dokumentalnym, ale i również artystą. Na pewno interesuje mnie długoterminowa praca dokumentalna, szczególnie w obszarach, gdzie zachodzą istotne zmiany społeczne. Tego typu projekty wymagają czasu, ale pozwalają na głębsze zrozumienie tematu i budowanie bardziej odpowiedzialnej narracji.
To już nie pierwsze twoje wyróżnienie w SWPA, jak i nie pierwsza nagroda w konkursie fotograficznym. Czy to sygnał, by w końcu spróbować swoich sił także w kategorii profesjonalnej?
Możliwe, że tak. Nadal jestem jednak studentem studiów magisterskich na Akademii Sztuki w Szczecinie, dlatego chciałem spróbować swoich sił w kategorii studenckiej, jak w zeszłym roku. Tym bardziej było dla mnie dużym i bardzo pozytywnym zaskoczeniem, że również w tym roku udało się zostać finalistą i pokazać swoją historię. Traktuję to jako coś bardzo motywującego i napędzającego do dalszej pracy.
Nie zmienia to jednak faktu, że najważniejsze jest dla mnie rozwijanie własnych projektów i opowiadanie historii w sposób uczciwy wobec bohaterów, jak i samej rzeczywistości.