“To, co zobaczy na zdjęciach, stanie się jej historią” - wywiad z Anią Wibig, fotografką porodów

Rozmowa o fotografii, która nie tylko rejestruje wydarzenie, ale realnie wpływa na to, jak kobieta je zapamięta. Ania Wibig mówi o porodzie jako doświadczeniu mocy, a także odpowiada na pytania o granice intymności.

Skomentuj Kopiuj link
Posłuchaj
00:00

Co w Twoim przypadku było pierwsze - bycie mamą czy fotografką?

Mamą. Fotografią zainteresowałam się dopiero przy trzecim dziecku, kiedy poczułam, że poza pracą i domem brakuje mi przestrzeni tylko dla siebie i takiego artystycznego spełnienia. W dziewiątym miesiącu ciąży zapisałam się na podstawowy kurs i pierwszy raz ktoś pokazał mi fotografię w sposób, który totalnie mnie zachwycił. Chwilę później urodziłam, więc naukę musiałam przerwać, ale zrobiłam wtedy mnóstwo zdjęć noworodkowych swojej córce.

Wysłałam te zdjęcia Oldze - fotografce, która robiła mi sesje ciążowe - i napisałam, że jeśli kiedyś będzie potrzebowała pomocy w studio, chętnie przyjdę potrzymać blendę. To był świetny trening, ale też moment, w którym zrozumiałam, że powtarzalne, pozowane sesje potrafią mnie energetycznie wyczerpać. A fotografia miała przecież dawać mi siłę, ładować moje baterie. Zaczęłam więc szukać w internecie, co innego mogłabym robić z kobietami w ciąży, czegoś, co bardziej gra mi w duszy. I tak trafiłam na zdjęcia porodowe. Zobaczyłam te zdjęcia po raz pierwszy i… miałam łzy w oczach i ciary. Kompletnie mnie powaliły.

A czy pamiętasz moment, w którym - już fotografując porody - poczułaś, że to ma sens?

Od razu! Kiedy zobaczyłam zdjęcia porodowe wtedy pierwszy raz, zaczęłam automatycznie szukać w głowie obrazów z własnych porodów. Okazało się, że… właściwie nic nie pamiętałam. Z pierwszego porodu mam tylko kilka naprawdę kiepskich zdjęć zrobionych przez męża. I to one w zasadzie są jedynym śladem. Uświadomiłam sobie wtedy, jak ogromna jest to wartość, żeby mieć takie obrazy. Poszukałam w internecie amerykańskich i australijskich reportaży, bo wtedy na polskim rynku praktycznie tego nie było.

Na swój pierwszy “fotograficzny poród” weszłam z ogromnym stresem, ale kiedy zrobiłam zdjęcia, wiedziałam od razu, że do studia już nie wrócę. To było właśnie to, czego szukałam: prawda, emocje, to wszystko, co mnie ładuje. Dziś mówię na to „oksytocynowy haj”. Fizycznie jesteś wykończona po wielu godzinach, ale duchowo mogłabyś przenosić góry. Po prostu lewitujesz na tym szczęściu. To była ta przestrzeń, której brakowało mi w życiu.

Mówisz o tym, co cię pozytywnie ładuje, ale chciałam zapytać o trudniejsze momenty. Czy są emocje lub momenty które niełatwo ci uchwycić aparatem?

Oczywiście. Jak tylko mówię, że fotografuję porody, naprawę ogrom ludzi pyta od razu, czy widziałam kiedyś trudny poród. To jest socjologicznie ciekawe, że my w społeczeństwie myślimy o porodzie przede wszystkim przez pryzmat strachu i komplikacji. Przez to trudno ludziom zrozumieć, po co fotografować poród, skoro to coś, co trzeba po prostu jakoś przeżyć i zapomnieć. 

Tak, to prawda, ale do tego jeszcze wrócimy. Co jest dla CIebie wyzwaniem w fotografowaniu porodu?

Myślę, że fotografowanie bólu. W każdym porodzie jest, mniejszy lub większy. Jedynie przy planowym cięciu cesarskim go nie widzę, bo przychodzi dopiero później, jak przestaje działać znieczulenie. Ból porodowy rysuje się na twarzy bardzo różnie. Kiedy widzę, że ból idzie w stronę siły, sprawczości - uwielbiam go fotografować. Zdarza się jednak czasem ból, który maluje się cierpieniem, takim, że jak na to patrzysz, masz odruch, żeby rzucić aparat i pobiec ratować. To jest dla mnie najtrudniejszy moment. Wtedy raczej uciekam w metaforę, detal. Nie portretuję wprost twarzy. Bo wiesz, działają hormony, pamięć rodzącej kobiety się zaciera i pojawia się pytanie: jak mocno ktoś naprawdę chce do tego wracać? Możesz sfotografować zaciśniętą dłoń, naprężoną żyłę i mózg kobiety później sam wybierze, na ile chce sobie przypomnieć z tego momentu. Ale jak sfotografujesz twarz w cierpieniu… to jest brutalnie dosłowne. Uważam, że nie ma potrzeby inwentaryzowania tego jeden do jednego. 

Tak, zgadzam się - to nie jest film poklatkowy.

Tak i nie jest też dokumentacja medyczna. To ma być opowieść o pierwszym spotkaniu, a nie o cierpieniu. W swoich reportażach zawsze fizjologię i ból spycham na drugi plan. Dla mnie centrum jest jedno: ten moment, kiedy dostajesz dziecko na ręce. Nie największy skurcz. W porodach trudniejszych, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem, staram się układać reportaż tak, aby uwypuklać pozytywne akcenty. 

To ma być opowieść o pierwszym spotkaniu, a nie o cierpieniu.

Zdarzają się też sytuacje naprawdę trudne. Siłą statystyki, po stu porodach, miałam momenty, kiedy wszystko nie kończyło się pełną euforią - na przykład dziecko trafia na intensywną terapię albo wymaga natychmiastowej resuscytacji. Wtedy wychodzi się z porodu z poczuciem bardzo silnego, psychicznego obciążenia i przygotowanie takiego reportażu wymaga ogromnego wyczucia. Natomiast doświadczenie nauczyło mnie, że w takich przypadkach zdjęcia z porodu potrafią mieć dla rodzącej prawdziwie terapeutyczną moc - że ona dała z siebie wszystko, nie zawiodła. Oczywiście mówię o porodach szpitalnych, żeby nie dokładać paliwa do tej obecnej dyskusji o „dzikich” porodach domowych. Nie fotografuję porodów w domu bez asysty medycznej. Ale to duży, osobny temat.
Jak się zachowujesz przy tych trudnych sytuacjach?

W takich momentach od razu przestaję fotografować. Chowam aparat, odsuwam się w kąt. Nie czekam, aż ktoś mnie o to poprosi. Personel medyczny musi być maksymalnie skupiony a nie myśleć co ja tam z tym aparatem robię. 

Chcę powiedzieć coś jeszcze: mimo tych trudnych historii, większość porodów w Polsce kończy się dobrze. Naprawdę. Tylko że nasza medialna wyobraźnia jest karmiona głównie dramatami. Mówisz „poród” - i większość ludzi widzi od razu najgorsze scenariusze. Fakty są jednak takie, że to są przede wszystkim dobre doświadczenia. Te trudne sytuacje to naprawdę znikomy procent porodów, które fotografowałam. Jest też inna ciekawa rzecz: czasem w moich odczuciach poród jest bardzo trudny, a dla rodzącej… wcale nie. I trzeba na to niesamowicie uważać. Fotografia porodowa to nie jest tylko fotografia, to również psychologia. Gdy fotografujesz kobietę w tak granicznej sytuacji, jaką jest poród, musisz mieć świadomość, że to co jej pokażesz później na zdjęciach stanie się jej historią - z jednego z najważniejszych momentów w jej życiu. Ja swoje porody pamiętam głównie z tych kilku fotografii i wiem, że wiele kobiet ma tak samo. Poza tym bardzo mocno pamiętają słowa, które padły przy porodzie i zaraz po nim - jedno zdanie potrafi zmienić sposób, w jaki czują się jako kobiety. Trzeba to mieć w głowie nawet jak idziesz do porodu jako fotografka.

 Jedno zdanie potrafi zmienić sposób, w jaki czują się jako kobiety

Podasz jakiś przykład?

Miałam kiedyś sytuację wyjątkowo trudnego porodu, jednego z najtrudniejszych, jakie widziałam. Zastosowano kleszcze, a ja wtedy pierwszy raz widziałam to na żywo. Dziecko urodziło się zdrowe, trafiło na brzuch mamy, pojawiła się ogromna ulga. Położna i lekarz poprowadzili to naprawdę super, bez paniki, bez budowania atmosfery strachu. A dzień później ta kobieta zadzwoniła do mnie i zapytała: „Ania, czy ja miałam trudny poród?”. I ja stanęłam w rozkroku. Zamiast więc odpowiedzieć „tak” czy „nie”, spytałam ją: „a jak Ty to czujesz?”. I ona mówi: „no dla mnie było okej, tylko teraz wszyscy zaglądają mi w krocze i zaczęłam się zastanawiać, czy tam coś było mocno nie tak…”. To jest niesamowicie trudne: nie narzucić kobiecie własnych trudnych emocji. Może być też odwrotnie: ona jest rozczarowana, czuje, że „nie dała rady”, a z mojego punktu widzenia to był świetny poród, bardzo dobry przebieg, ogromna jej siła. I w tym wszystkim jeszcze musisz podjąć decyzję, które zdjęcia pokazać, bo to Ty tworzysz obraz, który zostanie z nią na zawsze. To ogromna odpowiedzialność. To nie jest „przyjdę, zrobię fajne fotki i wyślę”. To może być moment, od którego zacznie się całe jej macierzyństwo i jej poczucie kobiecości.

A pewnie kobiety, prosząc Cię o takie zdjęcia, często nie zdają sobie z tego sprawy. Co mówią, gdy pytasz o ich motywację dla takich zdjęć?

Na początku, kiedy dopiero zaczynałam, zgłaszały się głównie kobiety rodzące po raz kolejny. I główną motywacją było to: „zobaczyłam Twoje zdjęcia i też takie chcę. Rodzę ostatni raz, muszę mieć tę pamiątkę. Chcę zobaczyć siebie w porodzie”. To było bardzo mocne. Sama miałam podobnie - zobaczyłam zdjęcia innych fotografek i pomyślałam: urodziłam trzy razy i ja nie mam nic takiego. Nie widzę siebie, nie pamiętam, jak to wyglądało. Chciałabym zobaczyć jakie miałam emocje, co robił mój mąż. Pamiętam tylko, że trzymał mnie za rękę, ale już nie wiem, czy był wzruszony, czy płakał. I to nie jest kwestia „złej pamięci”, tylko podczas porodu jesteś w zupełnie innym stanie świadomości. Dlatego te dziewczyny chciały to mieć: bo ich porody były dobre. Doświadczyły, że poród to nie jest koszmar, że nie ma w tym nic traumatyzującego - przecież nikt nie chce zdjęć z koszmaru. Więc kiedy poprzedni poród był dobry, naturalnie pojawia się ciekawość, pragnienie utrwalenia tego doświadczenia na kolejnym.

W ostatnich latach zgłasza się jednak coraz więcej kobiet, które rodzą po raz pierwszy. W ostatnim roku to była ponad połowa moich klientek. I to jest super zmiana, bardzo się z niej cieszę. Te kobiety nie wiedzą, w co wchodzą, a mimo to decydują się na zaproszenie mnie z aparatem. To płynie z ich przygotowania do porodu, dojrzałości do tego tematu. Widzę, że coraz więcej kobiet patrzy na poród szerzej: nie tylko jako fizjologię i ból, ale jako doświadczenie, które ma sens i cel. Ból to tylko środek do celu, a nie cel sam w sobie.

A jak to jest z mężczyznami? Masz na swoim instagramie stories pod tytułem “jak przekonać”.

Partnerzy często kompletnie nie widzą wartości tej fotografii. Na początku byłam pewna, że skoro kobieta mówi „chcę”, to partner tylko przytaknie. A tu niespodzianka - największymi przeciwnikami są właśnie mężczyźni. Kobiet już w ogóle nie muszę przekonywać, bo gdy oglądają moje zdjęcia to od razu wiedzą, czy one przekraczają ich granice intymności, czy też są czymś super. Ale faceci? W 90% pierwsza reakcja to: „co? Nie ma mowy”. Dlatego nagrałam całą serię filmików, żeby dać dziewczynom argumenty dlaczego warto powiedzieć “tak”. Schemat jest prosty: ona pisze „to moje marzenie!”, wysyłam ofertę, a potem słyszę: „dobra, idę pogadać z partnerem”. I wtedy zaczynają się schody. Już mówię dziewczynom: nie zdziw się, jeśli usłyszysz „czy Cię pogięło?”.

Z czasem zrozumiałam dlaczego: dla kobiety, owszem, to moment ogromnego odsłonięcia, ale dla faceta to często najbardziej niekomfortowa sytuacja w jego życiu. Może się czuć zagubiony, bezradny, bo nie może zabrać bólu od ukochanej osoby i nie chce, żeby ktoś tę jego bezradność dokumentował. Drugi typ to „strażnik”: „to jest moja kobieta, a ktoś obcy będzie ją oglądał nago?”. To jest też powód, dla którego nie ma facetów fotografów porodowych. Dodatkowo jest jeszcze czasem wyobrażenie w głowach mężczyzn, że trzeba będzie pozować jak w jakimś studio, a przecież poród to nie jest sytuacja kiedy da się pozować… Więc jest totalna negacja tego pomysłu. Ważne jest, żeby partner poczuł, że nie jestem intruzem - czasem muszę z nim pogadać, spotkać się, żeby przekonał się, że nie jestem jakąś „wariatką z aparatem”. A kiedy już oboje się na to godzą, dzieją się naprawdę piękne rzeczy. Często panowie mi później mówią że dzięki temu, że byłam czuli się dużo pewniej w porodzie.

A jak wygląda ta relacja między partnerami na sali porodowej?

Początkującym fotografkom powtarzam: nie sfotografujesz czegoś, czego nie ma. Osoby, które mnie wybierają, zwykle mają w sobie gotowość do kompromisu. Bo jeśli ona mówi „marzę o tym”, a on „nie”, to… o czym to jest? W miłości czasem robisz coś niekomfortowego, bo druga strona tego pragnie. I ci, którzy robią ten krok, potem mają na zdjęciach prawdziwą bliskość - czasem subtelną, czasem bardzo widoczną. Ale zaangażowanie ma różne twarze. Jesteśmy w Polsce, a nie w USA, u nas emocje są często dużo bardziej powściągliwe. Wsparcie przy porodzie nie zawsze wygląda jak hollywoodzki entuzjazm. Czasem partner jest cichy, trochę wycofany, co też jest w porządku. Raz miałam sytuację, że partner poprosił, żebym w ogóle go nie fotografowała z bliska, poza ujęciami “w tle”. Szanuję to w pełni. Bywa też odwrotnie: ktoś przez cały poród poda wodę raptem dwa razy (co jak wiemy, nie jest dużo), ja uwiecznię każde to podanie, a potem kobieta patrzy i mówi: „wow, jaki on był zaangażowany!”. Ja też musiałam zaakceptować, że nie wyczaruję czegoś, czego nie ma. Fotografuję rzeczywistość. Nie doklejam emocji Photoshopem, choć wyborem kadrów mogę subtelnie opowiedzieć historię.

Zabawię się w adwokata diabła. Jak odpowiesz na argument: że takie zdjęcia „odzierają z prywatności”?

Trzeba rozdzielić różne kwestie. To, że jestem obecna z aparatem podczas porodu, nie oznacza, że zdjęcia zobaczy świat. Publikacja to zupełnie osobna decyzja i u mnie zawsze odbywa się po porodzie, przy konkretnych wybranych kadrach. Nie biorę zgód z góry, w ciemno. Dla mnie „odzieranie z prywatności” to byłoby wrzucanie intymnych zdjęć do internetu bez zgody osób na zdjęciach. A tutaj nic takiego nie ma miejsca. Druga sprawa: prywatność na sali porodowej. Na początku swojej drogi fotografowania porodów myślałam, że powinnam być niewidzialna: schować się gdzieś w kącie, pod stołem. Życie szybko to zweryfikowało i okazało się, że ludzie najczęściej potrzebują wsparcia. Kobiety od zawsze rodziły w stadach, w kobiecej energii. I czasem naprawdę moja obecność działa kojąco. Często partner wita mnie w drzwiach i mówi: “o jak dobrze, znajoma twarz”. Jeśli kobieta potrzebuje ciszy, jest w hipnoporodzie i ma mantry w słuchawkach - wiadomo, wtedy nie zagaduję. Trzeba mieć wyczucie i uważność na to czego potrzebują rodzice na danym etapie porodu. 

Często jestem traktowana, jak ktoś pomiędzy fotografką a osobą, która już wiele widziała. Gdy partner jest zagubiony, a położna jest zajęta, bo ma trzy porody naraz, to czasem delikatnie podpowiem: „słuchaj, spróbuj jej ucisnąć biodra w ten sposób”. Nie jestem doulą, nie mam wykształcenia medycznego i pilnuję, żeby nie wchodzić w nie swoją rolę, ale doświadczenie robi swoje. Czasem wystarczy, że powiem do faceta: „to normalne, tak ma być, a za chwilę powie, że już nie może, że umiera - to dobry znak, zbliża się koniec porodu”. I nagle partner się rozluźnia: „aaa, okej”.

Fotografowanie porodów dla rodzin to jedno, ale pokazywanie ich w konkursach to już zupełnie inna historia. Po co w ogóle bierze się udział w takich konkursach?

Motywacji jest pewnie tyle, ile zgłaszających się do tych konkursów. Dla mnie konkursy są narzędziem, które daje wiarygodność. Wyróżnienia w nich są mocnym argumentem, żeby przebijać się do mass mediów z dobrym obrazem porodów. Wygraną mogę pokazać mediom i powiedzieć: „hej, zobaczcie te zdjęcia, ktoś na świecie wyróżnił moje fotografie. Może warto o nich porozmawiać?”. I wtedy może ktoś mnie zaprosi do śniadaniówki, do wywiadu do poczytnego portalu, a bez tego byłoby trudno. Porody to jest temat niszowy, zaskakujący, bardzo nieoczywisty, i bez takiego pretekstu trudno się przebić, zainteresować ideą fotografowania narodzin. A mi zależy właśnie, żeby promować pomysł takiej pamiątki z być może najważniejszego momentu w swoim życiu.

Wiesz, gdy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcia porodowe to były właśnie wyniki jednego z takich konkursów. Byłam zachwycona tym, że można mieć takie zdjęcia, i jednocześnie kompletnie zszokowana, że nikt mi nigdy nie powiedział, że taka fotografia w ogóle istnieje. A przecież to nie jest sesja świąteczna, nie nadrobisz jej w przyszłym roku. Masz jedną, może dwie, może trzy szanse w życiu. Dlatego miałam taką potrzebę, żeby mówić ludziom: “hej, taka fotografia istnieje. Nie musisz wybierać, nikt cię do niczego nie namawia, ale podejmij tę decyzję świadomie”. Tak jak świadomie decydujesz, czy idziesz na sesję noworodkową albo ciążową. Chciałam dotrzeć do większej grupy kobiet, a do tego potrzebowałam rozgłosu, więc poszłam w konkursy. I one rzeczywiście mnie uwiarygodniły, jako fotografke, która naprawdę umie to robić. Z czasem przyszła jednak jeszcze inna motywacja.

Jaka?

Zawodowo od ponad dwudziestu lat doradzam firmom jak prawidłowo płacić podatki. Na początku fotografia miała być tylko odskocznią. Z czasem zrozumiałam, jak bardzo słowo “poród” w Polsce boli, że jako społeczeństwo jesteśmy karmieni trudnymi obrazami. Jak wygląda poród w serialu czy filmie fabularnym? Najczęściej to scena kilkuminutowa - krew, krzyk, kobieta leży na plecach z nogami do góry i zaciśnięta prze. Masakra. I nagla pojawia się trzymiesięczne dziecko podawane w beciku. Dodaj do tego programy publicystyczne, które mówią o porodach tylko jak się wydarzy coś złego na porodówce, a także wspomnienia naszych mam, które rodziły w PRL na wspólnych salach, w przykrótkich koszulach szpitalnych. A przecież prawdziwy poród dziś wygląda naprawdę inaczej. Wiele się zmieniło. Poród dziecka może być naprawdę dobrym doświadczeniem. Poczułam misję. Zrozumiałam, że pokazywanie szerzej moich fotografii może być ważne dla wielu kobiet. 

Myślisz, że swoimi zdjęciami możesz mieć wpływ na rozumienie słowa “poród”?

Tak, dziś wiem nawet że tak jest. Na początku zaczęłam zmieniać w ogóle narrację i komunikować, że ja robię reportaż z “narodzin”, nie z “porodów”. Słyszysz “narodziny” to widzisz dziecko. A “poród”? Widzisz masakrę, prawda? Ale szybko zrozumiałam, że nie tędy droga. Właśnie trzeba zmienić ten ból w słowie “poród” - dziś naprawdę wiele kobiet do mnie pisze, że dzięki temu, że oglądały zdjęcia na moich social mediach przestały się bać swojego porodu, albo że zachciało im się ponownie urodzić. Stąd też konkursy - aby ogólnopolskie media chciały pokazać moje zdjęcia żeby docierać z dobrym obrazem szerzej. Dawać choć trochę przeciwwagi do tej negatywnej narracji.

Słyszysz “narodziny” to widzisz dziecko. A “poród”? Widzisz masakrę, prawda? (...) Właśnie trzeba zmienić ten ból w słowie “poród”

Chciałabym jeszcze wrócić do przekraczania granic intymności. Myślisz, że te zdjecia je przekraczają?

Granice każdy z nas ma inne. Są kobiety, które mówią: „możesz pokazać wszystko”. Są takie, które chcą tylko bardzo delikatnych ujęć i ja to szanuję. Moje zdjęcia, nawet te mocniejsze, nie są wulgarne. Są prawdziwe, ale estetyczne. Kiedy pokazuję ujęcia bardziej fizjologiczne, dbam o to, żeby nie było twarzy, żeby nic nie było nachalne. Ile widać pośladka na tych zdjęciach? Tyle, co na plaży w bikini. Ludzie często mówią, że te zdjęcia są „smaczne”. Wiem, że to dziwne słowo w tym kontekście, ale chodzi o to, że one nie obrażają wzroku. To nie jest pornografia ani dokumentacja medyczna. To jest piękne, intensywne, ludzkie doświadczenie. 

Oczywiście są osoby, które komentują pod moimi postami, że to jest wszystko za intymne. Wynika to jednak z tego że różnimy się pod tym względem. Uważam, że to dobrze, bo dzięki temu świat jest ciekawszy, bogatszy i w ogóle idzie do przodu. Na hejt już się trochę uodporniłam, a na kulturalną dyskusję jestem zawsze otwarta. Ja wiem po co to robię i wiem jak bardzo to jest potrzebne przede wszystkim nam - kobietom. Kobiety widząc na zdjęciach pozycje wertykalne czy różne niefarmakologiczne metody łagodzenia bólu są bardziej świadome. Szpitale widząc jakie są standardy na innych porodówek też się bardziej starają, bo dziś w dobie spadku liczby urodzin, trzeba zachęcić kobiety, aby przyszły urodzić do danej placówki.

A jak to jest z fotografowaniem znajomych w takich sytuacjach?

Znajomym robię zdjęcia tylko, jeśli one same zaczynają temat. Nigdy nie proponuję pierwsza, bo nie chcę, żeby ktoś czuł presję. Często dziewczyny mówią: „Może bym chciała, ale bałabym się, że potem przy każdym spotkaniu będziesz patrzeć na mnie i myśleć o tym, co widziałaś”. I ja to totalnie rozumiem, tyle, że ja naprawdę nie pamiętam takich rzeczy. Jak wyjdę z porodu i ktoś zapyta: „była ogolona czy nie?”, to ja nie wiem. Ja widzę światło, emocje, gesty.

Właśnie, zastanawiałam się czy zmieniła ci się taka codzienna obserwacja kobiecej fizyczności?

Bardzo. Przy pierwszych porodach miałam mnóstwo obaw, zastanawiałam się, jak blisko mogę podejść, gdzie stanąć, co mogę pokazać. Dziś czuję się pewniej i widzę ciało jako narzędzie mocy, a nie jako coś, co należy cenzurować. Osoby, które obserwują mnie od lat, często mówią, że moje zdjęcia stały się coraz bardziej odważne. I rzeczywiście - z czasem fizjologia przestała mnie ograniczać, nie dlatego, że „spowszedniała”, ale dlatego, że po prostu wiem, jak z nią pracować. Nie przeraża mnie rozcięty brzuch, nie analizuję, ile ktoś ma tkanki tłuszczowej. Ja patrzę: „o, stópka już wychodzi”. To jest trochę jak w każdym zawodzie - ginekolog też nie zastanawia się nad anatomią, a w tym co widzi szuka tego po co patrzy, bez oceny innych aspektów. Ja mam tak samo.

A czym jest dla Ciebie kobiecość?

Duże pytanie. Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć jednym zdaniem. Ale kobieta kojarzy mi się przede wszystkim z mocą, dzielnością, czymś absolutnie niesamowitym. To, jak radzimy sobie podczas porodów… to jest totalny kosmos. Ostatnio usłyszałam zdanie, które mnie rozbawiło, ale jest w nim sporo prawdy: „gdyby mężczyźni mieli rodzić dzieci i mieć miesiączkę, to urlopy menstruacyjne byłyby już dawno standardem”. Kobiecość to też umiejętność widzenia piękna. I to, jak potrafimy łączyć skrajności: ogromny ból z przekonaniem, że przeżyłyśmy jedno z najpiękniejszych wydarzeń życia. Bardzo wiele kobiet tak mówi po porodzie. I ja to rozumiem. To doświadczenie potrafi człowieka zmienić na zawsze.

A Ty to doświadczenie fotografujesz. Dziękuję za rozmowę!

Ania Wibig
Prekursorka fotografowania narodzin w Polsce. Założycielka Obiektywnie Najpiękniejsze, pierwszej polskiej marki dedykowanej fotografii porodowej. Ania sfotografowała już ponad 100 porodów. Niedawno została pierwszą Polką, która zdobyła prestiżowy tytuł Fotografki Porodowej Roku 2025 w międzynarodowym konkursie Birth Photographer of the Year. Jej zdjęcie „Supported from the Shadow” zostało wybrane Porodowym Zdjęciem Roku 2024 w głosowaniu publiczności w konkursie International Association of Professional Birth Photographers.
 
Zdjęcia Ani są publikowane w międzynarodowych portalach artystycznych i publicystycznych jak Bored Panda, My Modern Met, 121 clicks, Eltern.de, Szeroki Kadr, Wysokie Obcasy, Vouge Polska, Zwierciadło, eDziecko, ale też są prezentowane w wielu szpitalach i szkołach rodzenia w całej Polsce. 
 
Komentarze
Przeczytaj także
Zobacz więcej z tagiem: wywiad
logo logo

Zagłosuj na najlepsze produkty i wydarzenia roku 2025

Rozpocznij głosowanie
Nie pokazuj tego więcej
Magazyny
Zamów