Gdyby etap życia, w którym teraz jesteś, miał być ciałobrazem - jak by wyglądał?
Byłby to totem zbudowany z matek na różnych etapach i z różnym doświadczeniem macierzyństwa. Wypełniony dziećmi, ciążowymi brzuchami i ciałem, które jest w ciągłej zmianie. Próba nadania struktury czemuś, co z natury chce się rozpaść. Taki obraz wraca do mnie od dawna i mam go zapisanego na liście projektów. Moje zdjęcia zawsze są zapisem miejsca, w którym sama jestem.
A jak zaczynałaś ten projekt, jak wtedy wyglądałby ten obraz? W końcu to projekt długoterminowy.
Na początku to była próba oswojenia ciała, mojego i osób, które fotografowałam. Uczyłam się wtedy patrzeć na nie oczami nowicjusza, dziecka: bez nazywania części, bez układania w schematy znane z mediów czy mody. Byłam odkrywcą i zakochałam się w ciele jako formie, rzeźbiarskiej glinie, otwartej na nieograniczone możliwości. Cykl dojrzewał we mnie wiele lat, zanim ujrzał światło dzienne, ale brakowało mi odwagi i wiary, że ktoś zgodzi się rozebrać przed obiektywem. Od tamtego czasu projekt cały czas się rozwijał, choć w okresach intensywnego macierzyństwa zwalniał lub zatrzymywał się na chwilę.
Jak wyglądały te chwile zatrzymania, czy trudno było ruszyć?
Ostatnie półtora roku było świadomą pauzą. Weszłam w nią celowo, ryzykując coś, czego boi się wielu twórców: że zniknę, ale z tej ciszy wróciła potrzeba tworzenia. Teraz, kiedy moje dzieci dorastają, czuję gotowość, by tworzyć dalej. Widzę też, że moje spojrzenie na ciało bardzo się zmieniło. Kiedyś było w tym dużo nieśmiałości i poszukiwań. Teraz mam większą jasność, jak chcę pracować i co pokazywać.
W dużej mierze przestałam też patrzeć na opinie innych, a bardziej interesuję mnie to czy to co robię jest bliskie mi i tożsame ze mną. Udało mi się też zrobić coś, co było dla mnie ważne od samego początku czyli zapomnieć czym ciało jest. Przestało być dla mnie człowiekiem, wstydliwą nagością, zbiorem nazw i etykiet, a stało się formą, strukturą wizualną, z którą mogę świadomie pracować.
To jest twój projekt artystyczny, ale fotografujesz też zawodowo. Co robisz dlatego, że cię to wznosi, a co - żeby móc robić to, co cię wznosi?
W pewnym momencie podjęłam decyzję, że chcę oddzielić fotografowanie od zarabiania pieniędzy, bo kiedy zaczęła być dla mnie źródłem głównego dochodu, straciłam w niej przestrzeń na własną kreację. Dlatego po latach wróciłam znów do produkcji wideo, produkcji, montażu, pracy operatorskiej. Razem z moim przyjacielem i mężem Radkiem prowadzimy firmę i to dało mi stabilność oraz pozwoliło na nowo odzyskać fotografię tylko dla siebie. I wtedy zaczęła się dziać ciekawa rzecz: pojawili się klienci, którzy byli gotowi zaufać w pełni, gotowi bym fotografowała tak jak chcę i czuję, otwarci na dialog i wspólną kreację. Dziś pracuję z osobami, które dają mi wolną rękę, a ta wolność jest dla mnie dzisiaj najważniejsza.
Mam wrażenie, że - nawet poza Ciałobrazami - praktycznie zawsze fotografujesz ciało. I zawsze blisko.
Tak, ciało to moja główna przestrzeń pracy. Kilka lat temu sprzedałam swój obiektyw siedemdziesiąt dwieście, nie mam już zoomów ani teleobiektywów. Lubię podchodzić blisko i być częścią tego, co fotografuję.
Ciałobrazy często przestają być projektem fotograficznym, ale stają się pewnego rodzaju happeningiem czy performancem, w którym jestem zarówno twórcą jak i uczestnikiem. Ramy się tutaj rozmywają i to na wielu poziomach. Nie czuję, że jestem jedyna autorką tych zdjęć, tworzy je cała grupa i to, co dzieje się między ludźmi. Grupa wpływa na jednostkę, a jednostka na grupę i ta dynamika, która często dzieje się pod powierzchnią jest dla mnie najciekawsza.
Wiele lat pracowałam w reportażu i to we mnie zostało. Na swoich planach wkładam moich modeli i modelki w wyreżyserowane ramy, zachęcam by odgrywali sceny, aby za chwilę puścić ich całkiem wolno. Czasem wystarczy sam kontekst. Reszta wydarza się sama i to często właśnie ten nieprzewidziany moment buduje cały obraz.
Ale wiele z tych zdjęć wygląda, jakby była tam jakaś choreografia. Jak to się udaje?
Narzucam strukturę, ale tylko po to, żeby za chwilę ją puścić. Kiedy widzę napięcie w ciałach, wprowadzam proces i zachęcam, żeby przestać „pozować” i zacząć rozlewać się ciałem, stawać się bardziej materią niż formą. Czasem wystarcza prosta opowieść, na przykład: wyobraź sobie, że jesteś zwierzątkiem w gęstej trawie i próbujesz znaleźć sobie swoje miejsce, kryjówkę. Wchodząc w takie role, ludzie przestają kontrolować ciało, stają się bardziej organiczni. I wtedy pojawia się prawda.
Kto przychodzi na takie sesje? Naturyści czy koleżanki z osiedla?
Zaczyna się od koleżanki z osiedla. To się rozchodzi jak sznurek: matki przychodzą z córkami, córki z matkami, koleżanki, siostry, dalsze znajome. Często są to osoby, które nigdy wcześniej nie były fotografowane. To często ich pierwsze razy w dodatku w tak dużej grupie i bez ubrań.Dlatego to nie jest tylko doświadczenie fotograficzne, ale doświadczenie, które realnie coś w ludziach zmienia.
Jedna z moich najważniejszych sesji wydarzyła się, kiedy byłam w piątym miesiącu ciąży na plaży w Ciszycy. Poniedziałek, zimny poranek, piąta rano, majowa mgła i pięćdziesiąt kobiet. Do dziś w spotykam osoby, które tam były. W kawiarni, na ulicy, ktoś podchodzi i mówi „brałam udział w tej sesji i ona mnie zmieniła”. Kiedy ludzie zdejmują ubrania, są w tej nieubranej zbiorowości, niewinnym doświadczeniu razem, znika napięcie i społeczne konwenanse. Wraca do nas coś bardzo prostego i pierwotnego, bycie w ciele bez wstydu.
Myślisz, że będziesz pokazywać te zdjęcia swoim dzieciom? Opowiadać o ciele?
Myślę, że to się dzieje cały czas, trochę między wierszami. Moja córka kiedyś powiedziała: „mamo, śniło mi się, że robisz zdjęcia nagim dziewczynom na placu zabaw”. Ta narracja jest u nas po prostu obecna. Projekt nie jest czymś oddzielnym od naszego życia, to jest jego naturalna część i przedłużenie tego jak żyjemy. Ciało jest u nas czymś zwyczajnym. Bez wstydu.
Czy masz poczucie, że przez ostatnie lata prezentowanie ciała w przestrzeni publicznej się zmieniło?
Na samym początku trwania projektu dostałam propozycję od firmy Jetline - żeby pokazać swoje zdjęcia na ekranach w różnych miastach w ramach kampanii skupionej na twórczości kobiet. Wybrałam wtedy obrazy z ukryta nagością, fragmenty ciał, kobietę z zarysowanym ciążowym brzuchem, dziewczyny przytulające się w gęstej trawie, bez widocznych pośladków czy piersi. To były ciała bez dosłownego kontekstu, bardziej jak rzeźba. Po dwóch dniach zdjęcia zostały zdjęte. Pojawiły się skargi na nagość w przestrzeni publicznej. To było dla mnie bardzo znaczące i odkryło przede mną coś ważnego: jesteśmy przyzwyczajeni do nagiego ciała, które coś sprzedaje. A kiedy ciało nie ma kontekstu, zaczyna nas niepokoić. Musimy nadać mu sens sami. I ten sens bardzo często wynika z naszej własnej historii, tego, w jakim środowisku dorastaliśmy i co myślimy o ciele.
Od tamtego momentu wiele się zmieniło, ale nadal zdarza mi się dostawać komentarze, że moje zdjęcia przypominają obrazy z Auschwitz. Nie odbieram tego jako ataku. To informacja o tym, z jakim obrazem ciała ktoś wcześniej się zderzał i do czego przywykł. I to jest też powód, dla którego robię ten projekt dalej. Staram się patrzeć na ciało tak, jakbym widziała je po raz pierwszy.To dla mnie esencja fotografowania - zapominać wszystko, co się wie. Wiedza potrafi zaburzać patrzenie i wykrzywiać obraz rzeczywistości. Chcę widzieć ciało jako formę: zmienną, różnorodną, płynną. Bez etykiety.
Czy szukasz na swoje sesje różnorodnych ciał? Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach fotografowie czasem aż na siłę szukają ”inności”.
Nie szukam różnorodności za wszelką cenę. W praktyce częściej zgłaszają się osoby bliższe kanonowi, choć to powoli się zmienia. Bardzo fascynuje mnie fotografowanie dojrzałych, starszych ciał. To jest coś, do czego chcę dojść, ale wiem, że to wymaga czasu i zbudowania zaufania wśród innej grupy. Czasem żartuję, że muszę sama się zestarzeć, żeby móc to zrobić, wtedy moje koleżanki też będą gotowe stanąć przed obiektywem. Mam też poczucie, że obecna obsesja na punkcie różnorodności bywa ślepym zaułkiem. Zdarzało mi się słyszeć: musi być ktoś taki, ktoś inny, jeszcze ktoś inny. A ja jednak wolę to uprościć, myślę po prostu: musi być ciało.
Jak promujesz projekt? Trudno jest pokazywać nagość w internecie, szczególnie w mediach społecznościowych
Robię chamską pikselozę. Instagram regularnie mnie banuje i przestało mnie to ruszać. Ten projekt i tak rozchodzi się głównie pocztą pantoflową. Mam swoją grupę osób zainteresowanych pozowaniem w projekcie liczącą ponad 600 osób, ludzie przekazują to dalej, więc czuję, że te ziarna już zostały zasiane. Nie mam wpływu na algorytmy, więc nie widzę sensu, żeby z nimi walczyć. W internecie publikuję też rzeczy bardziej subtelne – bliżej ciała, bardziej intymnie. A te mocniejsze zostawiam na inne momenty, specjalne okazje, które je “udźwigną”: wystawy, wernisaże, publikacje. Pogodziłam się z tym i robię swoje.
Kiedy czujesz, że zdjęcie jest skończone?
Kiedy pracuję nad tym projektem, wchodzę w stan flow, bardzo intensywny, wręcz uzależniający. Pojawia się duża klarowność i poczucie, że dokładnie wiem, co robię. I jest moment, kiedy patrzę na obraz w aparacie i czuję w ciele: to jest to.
A gdzie w ciele to czujesz?
W odcinku lędźwiowym, w trzewiach. Pamiętam pierwszy moment, kiedy to poczułam: fotografowałam dwanaście nagich kobiet stojących w kole nad wodospadem. Dziś już nie lubię tego zdjęcia, ale traktuję je jako ważny punkt. Miałam wtedy poczucie, że obraz robi się przeze mnie, a nie, że ja go kontroluję. W tym projekcie wraca to do mnie bardzo wyraźnie.
Co robisz na co dzień, żeby mieć miejsce na tę twórczość?
Może raczej: czego nie robię. Ostatnie półtora roku było świadomą przerwą. Weszłam w nią z decyzją, że chcę zrobić miejsce na coś innego. W dziewiątym miesiącu mojej drugiej ciąży, tydzień przed porodem, robiłam jeszcze dużą sesję i pamiętam, że pomyślałam: teraz rodzę dziecko i w tej chwili nic więcej nie jest ważne. Przy pierwszym dziecku tego sobie nie dałam, przy drugim już tak. Napisałam wtedy na swoim Instagramie, że może już nie będę robić więcej zdjęć. Dałam sobie taką możliwość i to było bardzo uwalniające. To był moment, w którym mogłam zacząć się od nowa - bez wiedzy, z ciekawością.
Dzisiaj dużo bardziej dbam o regulację niż o produktywność. Mam swoją strukturę dnia, ruch, powtarzalność, uważność na to, co mnie przeciąża. Przy dzieciach to często oznacza jedną większą rzecz tygodniowo i to mi wystarcza. Bardzo ważne było też dla mnie oddzielenie fotografii od zarabiania pieniędzy, bo dzięki temu mogę pracować na swoich zasadach - robić rzeczy, które czuję, i z osobami, które mi ufają. Kiedy wychodzę do świata z takiego miejsca, nie muszę się tłumaczyć i to daje mi spokój, zaufanie do siebie i przestrzeń do tworzenia.