Historie rodzinne Marion Durand i Christophera Andersona [WYWIAD]

Gdy bohaterka zdjęć zaczyna opowiadać własną historię – rozmowa z Marion Durand, żoną Christophera Andersona, autora uznanej trylogii osobistych książek o rodzinie: SON, PIA i MARION

Skomentuj Kopiuj link
Posłuchaj
00:00

Zwykle pytam fotografa. Tym razem rozmawiam z kobietą z jego zdjęć. Marion Durand przez lata była bohaterką rodzinnych fotografii Christophera Andersona. Dziś współtworzy wystawę w otwartym na nowo Instytucie Fotografii Fort w Warszawie i opowiada własną wersję tej historii.

Jak to jest żyć z kimś, kto nieustannie „szuka kadru”? Romantycznie? Irytująco?

Jedno i drugie. Zależy od pory dnia, od sytuacji, nastroju. Kiedy ogląda się zdjęcia Christophera czy jego książki, można odnieść wrażenie, że to fotografowanie trwało bez przerwy. W rzeczywistości było to znacznie bardziej rozłożone w czasie – dla dobra naszej równowagi psychicznej nie mogło być inaczej. To nie było tak, że żyliśmy pod ciągłą obserwacją. Myślę, że to „okno”, w którym Chris chce zrobić zdjęcie, jest krótkie. I on też wie, kiedy to okno szybko się zamyka, że ma tylko chwilę.

Z cyklu Family Trilogy © Christopher Anderson & Marion Durand

Christopher odszedł od fotografowania wojen w momencie narodzin syna. Zwrócił wtedy obiektyw ku rodzinie. Czy aparat był dla niego mostem do domu, czy raczej tarczą?

Dla Chrisa fotografia to nie tylko zawód, a coś głęboko wpisanego w jego sposób bycia. Jak każdy młody ojciec naturalnie zaczął fotografować dziecko, swoją nową rodzinę. Na początku to było bardzo spontaniczne. Dopiero z czasem, tak mi się wydaje, zrozumiał, że to, co powstaje, ma również wymiar pracy artystycznej. Że to nie jest tylko prywatny album, ale coś więcej. Nie wiem, czy aparat był tarczą. Mam wrażenie, że raczej pomagał mu wracać do domu, oswajać codzienność, być bliżej nas. Może też pomagał nam być bliżej siebie nawzajem?

Wspominałaś, że na początku Christopher być może nie zdawał sobie sprawy, że prywatne zdjęcia mogą być równie ważne jak jego prace dokumentalne czy komercyjne. Kiedy uświadomił sobie, że może warto je pokazać publicznie?

To było bardzo trudne pytanie – dla niego i dla mnie. Zawsze pojawia się granica: kiedy zaczyna się nadmierne odsłanianie? To bardzo cienka linia. Myślę, że do dziś czasem z tym się mierzymy. Dla mnie było to nieco prostsze. Kiedy zdjęcie zostaje zrobione – mówię tu o zdjęciach mnie samej – w pewnym sensie ta osoba na zdjęciu przestaje być mną. Staje się moją reprezentacją, obrazem. Ja wytwarzam między sobą a tym wizerunkiem dystans.

Z cyklu Family Trilogy © Christopher Anderson & Marion Durand

To może być mechanizm obronny, ale dzięki temu nie czuję się obnażona. To już nie jestem „ja”, tylko pewna forma. A sam projekt rodzinny odbierałam zawsze jako dzielenie się czymś pięknym: szczęśliwymi momentami, doświadczeniem, które było dla mnie i dla nas dobre.

A zdarzyło się kiedyś, że powiedziałaś: „to mocne zdjęcie, ale nie chcę go pokazywać, bo jest zbyt bolesne”?

Nie. Bywały chwile znużenia, kiedy mówiłam: „nie, nie to zdjęcie”, ale sytuacji, w której coś było dla mnie zbyt trudne, prawie nie było.

Dopiero teraz mam inne spojrzenie, mogę zastanowić się, co chcę powiedzieć i uczynić tę historię także moją

Dlaczego zdecydowałaś się na tę wystawę właśnie teraz? I to w takiej formie: współtworzenia?

Powodów było kilka. Po pierwsze – zaproszenie Paolo Woodsa. Tematem festiwalu On The Move w Cortonie we Włoszech było w ubiegłym roku „reconciliation”, pojednanie. Powiedziałam mu wtedy, że ta wystawa jest w dużej mierze właśnie o pojednaniu – między mną a Chrisem, między mną a fotografią, między nim a rodziną. Uznałam, że projekt rodzinny bardzo dobrze wpisuje się w ten temat. Ale równie ważne było to, że minął czas. Potrzebowałam dystansu. Dopiero teraz mam inne spojrzenie, mogę zastanowić się, co chcę powiedzieć i uczynić tę historię także moją.

A co chcesz przez tę wystawę powiedzieć?

Dla mnie to przede wszystkim uznanie upływu czasu. Dostrzeżenie go. Chciałam dokonać takiej selekcji, która mówi bardziej moim głosem, która dotyka mnie dzisiaj. To próba odnalezienia w tych obrazach drugiej narracji, wyodrębnienia własnych wspomnień.

Z cyklu Family Trilogy © Christopher Anderson & Marion Durand

Czy to jest zmiana narracji Chrisa, czy raczej uporządkowanie własnej pamięci?

Raczej uporządkowanie mojej pamięci i pewne wydobycie siebie z tej historii. Jestem w tych zdjęciach, oczywiście, ale teraz jestem też w duchu wystawy, w sposobie jej opowiadania. To było bardzo wzmacniające doświadczenie. Zaskoczyło mnie nawet, jak ważne się stało. Kiedy zgodziłam się na wystawę, byłam podekscytowana, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo ten proces mnie poruszy. Uświadomił mi, jak bardzo jestem związana z tą pracą i jak ważne jest dla mnie, by uczynić ją również swoją. Myślę, że dla Chrisa też było to istotne – żeby na to pozwolić.

Trudno mu było oddać ci kontrolę?

Nie, przyszło to dość naturalnie. Oczywiście były kwestie techniczne – papier, druk, format – w których miał swoje jasne zdanie. Natomiast wybór zdjęć, ich wielkość i układ – tu miałam dużą swobodę.

Jako fotoedytorka pracujesz zwykle z cudzym materiałem, a nie materiałem swojego męża. Jak inne było to doświadczenie?

Zupełnie inne. Kiedy pracujesz nad cudzymi zdjęciami, nie jesteś w nich obecna. To ogromna różnica. Selekcja opierała się przede wszystkim na odczuciach, wspomnieniach, intuicji. Wybierałam obrazy, które wciąż mnie poruszają.

Z cyklu Family Trilogy © Christopher Anderson & Marion Durand

Czy rozmawiacie dziś z dziećmi o tym, że ich dzieciństwo zostało upublicznione?

Tak. Mam dwoje dzieci o bardzo różnych temperamentach. Atlas jest wobec tego ambiwalentny – rozumie, ale bywa też tym zirytowany. Pia ma zupełnie inną relację z byciem fotografowaną. Dla niej to była niemal gra między nią a ojcem, część ich relacji. Jest z tym pogodzona.

Dziś wielu rodziców nie publikuje wizerunku dzieci. Czy artysta ma inne prawo do pokazywania intymnych obrazów niż „zwykły” rodzic?

To trudne pytanie. Tak jak mówiłam, kiedy zdjęcie staje się publiczne, mój portret przestaje być „mną”. W przypadku dzieci to bardziej skomplikowane. One wciąż się kształtują. Ostatecznie uznaliśmy, że korzyści przeważają nad ryzykiem, choć faktycznie są zdjęcia, których nie pokazaliśmy. Jedno z nich musieliśmy usunąć z książki – było piękne, ale mogło zostać źle zrozumiane. To nie było dla nas łatwe.

Czy fotografia rodzinna ma datę ważności? Jak to jest teraz, gdy dzieci są starsze – czy wciąż powstają takie zdjęcia?

Tak, myślę, że ma datę ważności i kończy się w momencie, gdy nastolatek mówi „nie”. Rdzeniem tej historii są lata, kiedy dzieci były małe, kiedy wspólnie uczyliśmy się bycia rodziną. Ten etap minął. Rodzina trwa, ale tamten moment już nie wróci.

A czy ciebie Christopher wciąż uwiecznia?

Tak, tak. Mnie wciąż fotografuje (uśmiecha się).

Być może bez fotografii nie pamiętałabym tych chwil tak wyraźnie

Czy są momenty z dzieciństwa Waszych dzieci, których nie pamiętasz inaczej niż przez zdjęcia?

Tak, szczególnie obrazy z łazienki w naszym mieszkaniu na Brooklynie. Samo miejsce było niezwykłe. Być może bez fotografii nie pamiętałabym tych chwil tak wyraźnie.

Najtrudniejsza część pracy nad wystawą?

Na początku trochę trudno było określić, co chcę powiedzieć i jak. Potem wszystko samo się poukładało. Wystarczyło kilka rozmów z Chrisem.

A największa radość?

Całość to radość.

Z cyklu Family Trilogy © Christopher Anderson & Marion Durand

Na koniec: co powiedziałabyś dziś tej młodej Marion z pierwszych zdjęć?

Ciesz się. Korzystaj z tego czasu. On mija bardzo szybko. Choć myślę, że wtedy i tak to robiłam.

Dziękuję za rozmowę

Zobacz wystawę Christophera Andersona i Marion Durand

Wystawa „Trylogia rodzinna” Christophera Andersona i Marion Durand zostanie pokazana jako jedna z dwóch wystaw prezentowanych w ramach otwarcia instytucji w nowej przestrzeni (druga to Kuba Dąbrowski: W podróży służbowej).

Wernisaż: 22.04, 19:00
Instytut Fotografii Fort, Fort Mokotów, ul. Szpilmana 6, Warszawa, budynek 2
Kuratorzy: Marion Durand, Paolo Woods i Kublaikan

Marion Durand
(1975, Francja) Od 25 lat pracuje jako fotoedytorka. Obecnie jest dyrektorką fotografii w paryskim magazynie Kometa oraz prowadzi zajęcia z fotoedycji w International Center for Photography w Nowym Jorku. Wcześniej pracowała m.in. dla Newsweek International, BRIGHT Magazine, Matter oraz dla Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Po latach spędzonych w Nowym Jorku i Barcelonie mieszka dziś w Paryżu z mężem i dziećmi.
 
Christopher Anderson
(1970, Kanada) Dorastał w Zachodnim Teksasie. Współpracował z The New York Times Magazine i The New Yorker. Photographer in Residence w New York Magazine (2011-2014). Należał do agencji Magnum Photos (2005-2023). Laureat Robert Capa Gold Medal. Rozpoznawalność przyniosły mu reportaże ze stref konfliktów, ale po narodzinach pierwszego dziecka w 2008 roku skierował aparat w stronę życia rodzinnego.
Komentarze
Zobacz więcej z tagiem: wywiady
logo logo
Magazyny
Zamów