W sieci jest o Tobie zaskakująco mało informacji. Za to można znaleźć znanego artystę urodzonego w 1932 roku Yu Fujiwarę. Jesteście spokrewnieni?
Nie, nie jestem z nim spokrewniony. A co do obecności w sieci to jestem raczej wycofany. Nie ma w tym wielkiej filozofii. Może po prostu niewiele osób interesuje się mną. [śmiech]
Pochodzisz z artystycznego domu?
W pewnym sensie tak. Mój ojciec jest fotografem. Mama robi rzeczy, które trudno streścić jednym słowem: to mieszanka redakcji, kierunku kreatywnego, brandingu. Oboje mają własne, małe firmy. Mama prowadzi studio, tata jest już raczej na pół-emeryturze.
Ojciec uczył Cię fotografii?
Nie, nawet mnie zniechęcał: powtarzał „nie bądź fotografem!”. Zresztą ja też nie chciałem być „drugim fotografem po ojcu”. Sprzęt w domu był, ale kiedy ojciec próbuje uczyć syna, zwykle kończy się to konfliktem. Poza tym tata jest samoukiem i rozumiał, że ważniejsze jest dojście do rzeczy po swojemu niż naśladowanie kogoś innego.
Dlaczego wybrałeś Londyn? Kiedy przyjechałeś do UK?
Przyjechałem w 2001 roku. Wtedy działo się dużo ciekawych rzeczy w brytyjskim kinie, które bardzo lubię. Interesuje się też muzyką. A brytyjska muzyka na początku lat 2000, to było coś! No i chciałem wyrwać się z bardzo konserwatywnej Japonii. Londyn też był naturalnym kierunkiem jeśli chodzi o edukację. Najpierw zrobiłem roczny studium w Central Saint Martins. Potem poszedłem do London College of Communication na licencjat, studiowałem Information Design.
To dość „sucha” działka jeśli chodzi o projektowanie. Statystyki, wykresy, ale ja traktowałem informację bardziej jako punkt wyjścia do opowiadania rzeczy inaczej. Z perspektywy czasu uważam, że to było bardzo dobre studium, bo zahacza też o kwestie propagandy i tego, jak działa przekaz.
Zaczynałeś od grafiki, ale dziś jesteś kojarzony z fotografią. Jak to się stało?
Interesowałem się grafiką i filmem, bo film łączy obraz, muzykę, kulturę. Jednocześnie miałem wrażenie, że gdybym poszedł od razu w film, zawęziłbym sobie głowę. W trakcie studiów cały czas robiłem zdjęcia. Pod koniec zacząłem myśleć, że grafika często jest powtarzalna, a mnie ciągnęło do rzeczy bardziej żywych, „szarych stref”, bardziej ludzkich. I fotografia zaczęła wygrywać.
Kiedy pojawił się street style i fashion week?
W 2009 lub 2010 roku. Znajoma pracowała z japońską firmą, która szukała kogoś do street snapów w Londynie. To było proste: idziesz w „modne” miejsca, zatrzymujesz ludzi, robisz zdjęcia. Tego typu rubryki istniały w Japonii od dawna, choćby w magazynach takich jak FRUiTS czy STREET.
Robiłeś to w Londynie?
Tak, mieszkałem już w Londynie. Na początku fotografowałem ludzi na targach i w centralnych dzielnicach, Flower Market, Brick Lane, Soho. Potem naturalnie wszedł London Fashion Week, bo tam łatwiej znaleźć ciekawie ubranych ludzi.
To była praca na zlecenie czy raczej „donoszenie” zdjęć?
Nie było sztywnego kontraktu. Mogli publikować też zdjęcia z ulicy. Fashion week po prostu ułatwiał robotę. A kiedy ta współpraca się skończyła, nadal fotografowałem i szukałem kolejnych klientów. Długo było mi naprawdę trudno. Bez dużych pieniędzy, frustrująco, od strzału, do strzału. W pewnym momencie pomyślałem: „dobra, robię po swojemu”.
Zrobiłem sezon podczas Fashion Week’a bardziej intuicyjnie, czasem na filmie, i rozesłałem materiał do różnych redakcji. Odezwały się do mnie Nylon i Dazed. I tak zacząłem współpracę z Dazed w 2016 roku.
Co Ci daje Dazed jako platforma?
To dość otwarte medium. Zwykle nie mówią mi dokładnie, kogo mam fotografować. I nie mają problemu z tym, że pracuję dla innych klientów, dopóki nie jest to bezpośrednia konkurencja. Dazed jest więc jednym z miejsc, gdzie pokazuję, jak widzę fashion week, a poza tym pracuję też dla innych magazynów i marek. No i lubię jeździć, oglądać inne miasta.
Co jest dla Ciebie najciekawsze w fotografowaniu fashion weeków?
Interesują mnie stylowe osoby, ale też cały „chaos” tygodnia mody: wiele rzeczy dzieje się równolegle, w różnych punktach. A jednocześnie lubię drobne detale, niekoniecznie stricte modowe.
Od kuchni to wygląda fascynująco, ale domyślam się, że w praktyce to jest harówka. Jak to wygląda naprawdę?
To jest trudne, zwłaszcza ostatnio, bo po fashion weekach często łapię jakieś problemy zdrowotne, na szczęście nic poważnego. Dziennie można spokojnie wychodzić ponad 15 km, wiele lokalizacji, różne warunki pogodowe. Logistyka zaczyna się od znajomości miejsc i relacji. Trzeba też wiedzieć, które marki przyciągają jaką publiczność. Ja wolę mniejsze, lokalne brandy. Gdy coś jest bardzo komercyjne, jest dużo chaosu, ale często też robi się nudno, bo wszyscy wyglądają podobnie.
U mniejszych projektantów widzę więcej prawdziwych „wyznawców” marki i więcej indywidualności. Na fashion weeku chcę robić zdjęcia surowe, bez ustawiania, możliwie naturalne.
To ciekawe, bo fashion week sam w sobie jest przecież „nienaturalny”. Skąd u Ciebie ten upór w stronę surowości?
Interesuje mnie indywidualność ludzi, nie tylko to, co mają na sobie, ale jak używają mody do wyrażenia siebie. Lubię piękne płaszcze, świetne krawiectwo, ale myślę też o tym, jak fotografia może być czymś więcej niż obrazem. Szukam w niej „szczeliny”: czegoś trochę nierównego, nieperfekcyjnego. Ten brak idealności zostawia widzowi przestrzeń, żeby dopowiedzieć coś między obrazami.
Czyli robisz też kampanie i content dla marek?
Tak, pomiędzy fashion weekami fotografuję dla marek, robię treści, czasem kampanie. W komercji potrafię pracować bardziej standardowo i dynamicznie, ale kiedy klient chce „mojej fotografii”, w briefie prawie zawsze pojawia się odniesienie do street photography.
Co dla Ciebie oznacza dobre zdjęcie modowe?
Jeśli ubranie wygląda świetnie, ale obraz nie jest plastikowy i nie jest sztuczny. Zwłaszcza teraz, przy AI, coraz więcej osób szuka „dotyku ręki”, rzemiosła, czegoś, co nie wygląda jak idealny render. Chcę, żeby w zdjęciu był margines, który uruchamia rozmowę, także krytyczną. Dla mnie to znaczy, że obraz żyje.
Sam poruszyłeś ten temat. Jak AI zmienia twoją pracę i branżę?
Nie bardzo. W historii już było podobnie: kiedy pojawiła się fotografia, malarze bali się, że stracą zawód, a malarstwo po prostu zmieniło formę. Kiedy smartfony dały każdemu aparat, fotografia też się zmieniła, ale nie zniknęła. AI rozwija się bardzo szybko, ale nadal rzadko widzę w pełni wybitne „dzieła” czy wybitne kampanie tworzone w całości przez AI.
Jednym z problemów jest to, że to bywa zbyt idealne. Drugim, że w procesie jest mniej ludzi. Gdy jedna osoba może „zrobić wszystko”, ginie dialog, giną relacje, ginie praca pomiędzy ludźmi. To tworzy ograniczenie. AI jest świetnym narzędziem, ale mam poczucie, że może też rozleniwiać, odbierać myślenie i komunikację.
Jednocześnie widzę, że zawsze działa wahadło: gdy technologia idzie w jedną stronę, pojawia się sprzężenie zwrotne i ludzie wracają do prostych, starszych narzędzi. Stąd moda na stare cyfrówki z lat 2000, stąd powrót filmu, winyli. To jest równowaga.
Pracujesz na filmie czy cyfrowo?
Jedno i drugie. Z czasem zrozumiałem, że pewne sytuacje lepiej działają na cyfrze, a inne na filmie. Dochodzą rzeczy techniczne, choćby synchronizacja błysku. Noszę też małego Sony RX100, używam różnych aparatów w zależności od sytuacji. Film jest jednym z moich głównych, artystycznych narzędzi, ale nie chcę, żeby ludzie myśleli o mnie wyłącznie jako o „fotografie analogowym”.
Co masz w torbie na fashion weeku?
Klasyczna, analogowa Leica MP, cyfrowa Leica M10, czasem Sony RX100. Na M10 często mam 28 mm, żeby robić detale i rzeczy „na szybko”.
Ulubiony obiektyw na M?
35 mm Summicron. Zdecydowanie. Ma świetną ostrość, kolory, a do tego pozwala podejść całkiem blisko. Lubię też Elmarita 28 mm, jest bardzo ostry i świetny z fleszem na cyfrowym body.
Dlaczego w streetcie wybierasz właśnie małe, manualne aparaty?
Zdecydowanie ułatwiają pracę. Dzięki mojej fizjonomi mogę też czasem grać „turystę”, co pomaga. Jestem też przyzwyczajony do manualnego ostrzenia i mam wrażenie, że potrafię pracować szybciej niż z automatycznym systemem ustawiania ostrości. Poza tym lubię obrazy „pomiędzy”, nie za perfekcyjne. A praca na przysłonach typu f/5.6, f/8 daje swobodę i pozwala na inny rodzaj kontaktu z fotografowaną osobą.
A Leica wzięła się z domu?
Ojciec miał M6, którym fotografował mnie, kiedy byłem dzieckiem. Nadal używam jego aparatu. Z tym wyborem filmu jako głównego nośnika, też chodzi o to, że lubię efektywność i pancerność tych aparatów. Lubię też ich niezawodność. Pracuje nimi w każdych warunkach, bardzo dużo, a mimo to pamiętam jedną jedną awarię. Te filmowe M-ki naprawdę mało się psują.
Wiem, że dla Azjatów jedzenie jest bardzo ważne, dla Ciebie też?
[śmiech] Tak, uwielbiam jedzenie, różne kuchnie. Staram się zawsze zjeść coś typowego dla miejsca gdzie jestem.
Jak w takim razie radzisz sobie podczas pracy?
W mojej kuchni. Lubię też outdoor i „camping”, więc biorę na wyjazd do Paryża i Mediolanu mój minimalistyczny zestaw kuchenny, kupuję składniki w markecie i gotuję. To pomaga mi pracować do późna, bo nie tracę czasu na kolejki i rezerwacje, a w czasie fashion weeku restauracje są pozajmowane. W Warszawie oczywiście wolałbym jeść lokalnie, polskie rzeczy.
Wybierz się na fotospacer z Yu Fujiwarą
Już 22 kwietnia odbędzie się wyjątkowe wydarzenie w Warszawie - ekskluzywny fotospacer z Yu Fujiwarą. To niepowtarzalna okazja, by poznać warsztat fotografa i zobaczyć, jak powstają kadry łączące fotografię mody, fotografię uliczną oraz wrażliwość na faktury i światłocień. Wydarzenie odbywa się w ramach wystawy Kuby Dąbrowskiego w Instytucie Fotografii Fort. Start spod Leica Store Warszawa (ul. Mysia 3), a finał spaceru odbędzie się podczas wernisażu na Mokotowie.
Szczegóły na stronie Instytutu Fotografii Fort. Bilety na wydarzenie są dostępne w Leica Store.