Przyjdź na spotkanie! Podczas tegorocznej Fujikiny w Warszawie Wiktor poprowadzi Masterclass “Czego szukamy w portrecie” a w piątek 12 czerwca o 10:30, oraz wykład “Portret, kolor, przestrzeń – moje fotografowanie z Fujifilm” w sobotę 13 czerwca o 17:30.
Wiosna już na horyzoncie. Jak się czujesz?
Już naprawdę wyczekuję wiosny. Dzisiaj sprawdziłem prognozę - za tydzień w sobotę ma być 15 stopni. Oczy mi się zaświeciły, bo zima jest dla mnie trudna. Jestem wrażliwy na pogodę i krótkie dni, mrok, taka ponurość - to nie sprzyja mojemu nastrojowi. Ale jednocześnie to ciekawe, bo kreatywnie działa na mnie bardzo dobrze i moje zdjęcia to lubią. Na co dzień słoneczko, plaża, luz - to mnie cieszy. Natomiast w fotografii melancholia, pustka, minimalizm - to jest coś, co bardzo do mnie trafia.
Czyli w tych bardziej ponurych miesiącach jesteś fotograficznie bardziej “płodny”?
Z tym bywa różnie, bo czasem po prostu mniej chce mi się wychodzić z domu. Ale jeśli trafi się projekt i już wychodzę, to te warunki bardzo mnie pobudzają. Nawet jeśli to nie jest zima w Polsce, to i tak ciągnęło mnie zawsze w północne rejony, na przykład na Islandię. Mgła, zimno, surowość. To zawsze jakoś działało na moją fotografię.
Często, kiedy ktoś nowo poznany pyta mnie: “co fotografujesz?”, mam chwilę zawahania. Nie jestem pejzażystą, choć używam pejzażu. Nie jestem wyłącznie portrecistą. Z czasem ułożyło mi się w głowie, że jestem fotografem klimatu, nastroju. Pejzaż, światło, miejsce, osoba - to są elementy, które składają się na całość. I ten mroczniejszy, tajemniczy klimat ewidentnie gdzieś we mnie gra. Umiem go też zaprezentować.
Rozmawialiśmy z Tobą w pandemii. Mówiłeś wtedy, że pierwszy raz od 14 lat masz “czystą głowę”, jesteś na bieżąco ze zleceniami. To było 6 lat temu. Czy pęd wrócił?
Udało mi się zachować pewien balans. Ciekawie się wraca do dawnych rozmów, trochę jak do pamiętnika, konfrontujesz się z tym, czy coś się zmieniło, a dla mnie zmieniło się sporo. Jestem teraz w momencie zmiany podejścia do fotografii - do tego, co chcę z nią robić i jak chcę z nią funkcjonować. Relacja z fotografią to wciąż “love”, nie “love and hate”, ale po tylu latach pojawiają się wyzwania. To jest mój sposób zarabiania na życie, a jednocześnie język, którym opowiadam o rzeczywistości. I czasem te dwie sfery wchodzą ze sobą w kolizję.
W jakim sensie?
To jest kolizja z własnym mindsetem. Uświadomiłem sobie, że fotografując komercyjnie, podlegam ciągłej ocenie. Ta praca wiąże się z nieustanną konfrontacją i nawet jeśli nie spotykam się z negatywnymi opiniami, to w głowie mam świadomość, że ktoś to będzie oceniał. A to rodzi stres. Na szczęście on znika, kiedy biorę aparat i robię projekt z czystej radości fotografowania.
Przełom przyszedł podczas samotnego wyjazdu w listopadzie. Spędziłem miesiąc na prawie pustej wyspie, gdzie spotykałem może dziesięć osób dziennie. Bycie samemu pozwala poukładać rzeczy w głowie. To wtedy naprawdę poczułem coś, co może zabrzmieć banalnie: że ja muszę robić to, co kocham. Uświadomiłem sobie też, że tę presję w dużej mierze nakładam sam na siebie. A tak naprawdę nic nie muszę - wcale nie muszę być fotografem zawodowo. Mogę, ale to nie jest konieczne. Jeśli przestanę czuć, że sprawia mi to radość, to z czystym sumieniem to odpuszczę.
Samo uświadomienie tego sobie było uwalniające. Jestem dziś w miejscu, w którym na nowo definiuję zasady tego, jak chcę pracować i po co. A wiem, że chcę fotografować to, co rezonuje ze mną także poza zdjęciami. Kocham muzykę, film, sztuki wizualne. Inspirują mnie muzycy, aktorzy, lubię wymianę myśli, jaka z nimi zachodzi. Czuję, że z wiekiem sam też mogę dać dużo od siebie w tej interakcji.
A czy żeby dobrze sfotografować muzyka, trzeba lubić muzykę, jaką tworzy?
Technicznie potrafię sfotografować każdego. Ale pytanie brzmi: czy chcę? Jak wspomniałem, żeby podtrzymać w sobie ogień, potrzebuję fotografować to, co czuję. Tak jak przy portrecie - na czas sesji trzeba się w kimś zakochać. Jeśli muzyka ze mną rezonuje, to znaczy, że jest punkt styczny naszej wrażliwości i wtedy możemy stworzyć coś wyjątkowego. To trochę jak z zespołami muzycznymi - kilka osób razem tworzy coś niezwykłego, a osobno ta siła zanika. W fotografii też tak jest. Spotykają się dwa światy i czasem z tego połączenia myśli rodzi się coś więcej.
Udaje Ci się znaleźć wystarczająco czasu na sesji na te wspomniane rozmowy, wymianę myśli?
Czas na rozmowę jest wcześniej, przed zdjęciami. Omawiamy muzykę, inspiracje. Na samej sesji jestem bardzo skupiony, wręcz zatracam się w tym, co robię. Korzystam z elementów zastanej rzeczywistości: światła, krajobrazu, energii osoby i potrzebuję się skupić, żeby to wszystko ze sobą zagrało.
A co się musi wydarzyć, żebyś powiedział: “mamy to, koniec zdjęć”?
Muszę poczuć, że przekroczyłem siebie. Lubię to zaskoczenie. Owszem, zaczynam od bezpiecznej bazy, tego, co na pewno zadziała, ale potem zawsze próbuję czegoś nowego. Jeśli patrzę na ekran i czuję, że jest “wow”, choć zaplanowałem tylko część elementów, a reszta zagrała nieoczekiwanie - to jest ten moment. Wtedy “mamy to”
To co Cię ostatnio zaskoczyło?
Sesja do płyty Adama Bałdycha. Najpierw robiliśmy zdjęcia studyjne - dobre, klasyczne,
z całym zespołem. Każdy z muzyków miał wyrazistą, charakterystyczną twarz, niby wszystko grało, ale czułem niedosyt. Zaproponowałem drugi termin i z samym Adamem pojechaliśmy pod Warszawę.
Powitała nas mgła i to taka ograniczająca widoczność do 50 metrów, co dało idealne połączenie ze śniegiem. Uruchomiłem długie czasy naświetlania, błysk światła. Snop padający na Adama stojącego pośrodku pola dał totalne zawieszenie w nieokreślonej przestrzeni. Tytuł płyty - “Endless” - nagle stał się czytelny wizualnie.
To było to zaskoczenie. W ogóle coraz częściej używam błysku nie po to, żeby ładnie oświetlić scenę, ale żeby nadać jej charakter. Światło wykorzystuję jako integralną część samej sceny lub element surrealistyczny.
Zdarza się, że pomysł okazuje się słabszy niż wyobrażenie o nim?
Zdarza się. Czasem zdjęcia są dobre, ale czuję, że nie przekroczyłem siebie. To nie zarzut wobec zdjęć, tylko wobec własnego procesu, ale to też część drogi. Jeśli decydujesz się na przekraczanie siebie, musisz liczyć się z porażkami.
Czy Twoje bardziej konceptualne zdjęcia to nadal fotografia portretowa?
Mam z tym problem, zwłaszcza przy konkursach, gdzie trzeba wybrać kategorię. Ja lubię rozmywać granice między portretem, pejzażem, reportażem i dla mnie to wciąż portret - bo oddaje osobowość. Niekoniecznie przez twarz i emocje na niej. Tę osobowość bohatera buduje cały kadr, a emocje dzieją się bardziej w odbiorcy zdjęcia niż na samym zdjęciu.
Jakiego modela szukałeś na początku swojej drogi, a jakiego szukasz teraz?
Na początku interesowała mnie właśnie twarz - jej charakter, estetyka. Chciałem pokazać kogoś atrakcyjnie. Z czasem ważniejsze stało się pokazanie kogoś niekoniecznie atrakcyjnie, tylko interesująco, prawdziwie, głębiej. Dziś szukam osób, które mnie inspirują twórczością i osobowością. Kiedyś chciałem sfotografować Björk, dziś chyba bliższy byłby Jeff Bridges, a może nawet bardziej postać, którą stworzył - The Dude z filmu “Big Lebowski”. Dlaczego? No cóż, wydaje mi się, że byśmy się dogadali. W wielu aspektach The Dude to mój bohater życiowy, więc chciałbym go spotkać na ulicy w Los Angeles, pogadać z nim chwilę i zrobić mu portret.
Dużo mówisz o ewolucji twojego myślenia i fotografii. Czy sprzęt też ewoluował? Z czego teraz korzystasz?
Zmieniam swój zestaw pod kątem wygody i mobilności, dlatego system Fujifilm jest
dla mnie świetnym rozwiązaniem. Ostatnio fotografowaliśmy na Fuerteventurze i dla mnie ogromną zaletą było to, że miałem dwa aparaty z dwoma różnymi obiektywami, mogłem trzymać je w rękach i szybko przełączać się między nimi bez konieczności przepinania szkła. Natomiast na Islandii, gdzie warunki były trudne - silny wiatr, zmienna pogoda - wygodą był uniwersalny zoom Fujinon XF 16-55 mm f/2.8 II i nim zrobiłem większość zdjęć.
Są jakieś obiektywy, po które dziś sięgasz, a kiedyś byś na nie nie spojrzał?
Myślę, że kiedyś byłem bardziej przywiązany do klasycznych ogniskowych, zwłaszcza że część moich zdjęć ma charakter filmowy. Do takich ujęć bardzo dobrze sprawdza się 50 mm - to ogniskowa, która zachowuje klasyczność kinowego obrazu. Ale kiedy w zdjęciach zaczęła pojawiać się większa dynamika, ruch w kadrze, zacząłem sięgać po szersze ogniskowe. One pozwalają rozciągnąć przestrzeń i wprowadzić napięcie w obrębie kadru.
Nadal lubię fotografować na dwa aparaty i stałki, mieć dwa różne spojrzenia podpięte jednocześnie i reagować intuicyjnie. Zauważyłem natomiast, że coraz bardziej zależy mi na skracaniu procesu. Uwielbiam w telefonie to, że robię zdjęcie, obrabiam je szybko i jest gotowe. Podobnie w analogu - robię zdjęcie, wywołuję i ono już jest.
Zauważyłem, że nie potrzebuję rozbudowanej postprodukcji, bo światło, nastrój i klimat staram się budować już w momencie fotografowania. Maksymalnie skracam czas pracy przy komputerze, dlatego coraz poważniej myślę o pracy wyłącznie na JPEG-ach. Dla wielu to może być kontrowersyjne, przewrotne, ale na Islandii robiłem jednocześnie JPEG-i i RAW-y - i finalnie w ogóle nie użyłem RAW-ów.
W serii X są symulacje filmowe, które można dodatkowo modyfikować. Mi to w zupełności wystarcza - mam trzy ulubione symulacje i wiem, której użyć w danych warunkach. Na Islandii - bardziej mroczna, chłodna; w cieplejszych miejscach - inna. To upraszcza proces i zwiększa radość z fotografowania.
Korzystasz głównie z małych korpusów X, ale też średnioformatowych GFX. Pod względem rozmiarów i stylu pracy wydają się być na przeciwnych biegunach.
Zgadza się - korzystam z różnych aparatów w zależności od rodzaju zdjęć, ich przeznaczenia oraz okoliczności, w jakich powstają. Dla mnie jednak sprzęt zawsze musi być podporządkowany wizji. To powinien być aparat, z którym pracuję intuicyjnie - taki, który staje się naturalnym przedłużeniem mojego oka i umysłu.
W fotografii wyjazdowej od lat towarzyszą mi modele z serii Fujifilm X. Zaczynałem od X-Pro2 (wciąż z niecierpliwością czekam na nową odsłonę serii Pro, to wyjątkowe body), później pracowałem na Fujifilm X-T5, a do nagrywania filmów wykorzystuję Fujifilm X-H2.
Obecnie najczęściej fotografuję Fujifilm X100VI. Po system GFX sięgam przy większych produkcjach lub podczas pracy w studiu. W takich warunkach większe gabaryty sprzętu są wręcz atutem - mobilność i ergonomia schodzą na dalszy plan, a średni format daje mi dokładnie to, czego wtedy potrzebuję.
W czerwcu będziesz jednym z prelegentów pierwszej w Polsce Fujikiny. O czym opowiesz na festiwalu?
Będę prowadził wykład, warsztaty i pokażę wystawę. Opowiem też o najnowszych projektach. Zdjęcia, które teraz szczególnie lubię, dojrzewały we mnie latami. Odkąd zobaczyłem prace Alexa Webba, fascynowało mnie światło, ciepłe plamy, kontrasty, sylwetki w cieniu, intensywne kolory.
To długo we mnie pracowało, aż w końcu udało mi się pójść też w stronę takiej fotografii. Podczas festiwalu poprowadzę też warsztaty z portretu, gdzie postaram się popracować z uczestnikami nad fotograficzną uważnością przy fotografowaniu ludzi, temu na co zwracać uwagę i czego szukać podczas pracy z bohaterem zdjęć.
Opowiem pewnie też o projekcie z „latającymi samochodami z przyszłości”. Powstał z czystej radości fotografowania. Koncept polega na tym, że patrzymy na Instaxy i zakładamy ich dokumentalną prawdziwość, a dopiero po chwili dostrzegamy manipulację – auta bez kół. To gra z percepcją, nawiązanie do amerykańskiej estetyki science fiction lat 50. i 60., do wyobrażeń powojennej Ameryki, UFO i futurystycznych wizji. Jednocześnie to projekt dokumentalny – pokazuje realne przestrzenie i sposób życia Amerykanów. Interesuje mnie to zawieszenie między gatunkami: dokument, kreacja, estetyka, żart.
Zazwyczaj pyta się fotografa, kogo chciałby sfotografować, a ja zapytam: przez kogo Ty chciałbyś być sfotografowany?
Generalnie raczej nie czuję się szczególnie komfortowo jako osoba fotografowana, ale w ramach rewanżu chyba dałbym sobie zrobić zdjęcie Jeffowi Bridgesowi, który na marginesie robi rewelacyjne zdjęcia. Ma aparat Widelux, to analog, który robi zdjęcia panoramiczne w formacie 3:1. Zdjęcia Bridgesa to często ujęcia z planów filmowych, świetnie się je ogląda.
Tak, takim aparatem mógłby mi zrobić zdjęcie i byłbym bardzo zadowolony. Zresztą twórców, którzy robią rewelacyjne foty, jest więcej. Na Instagramie ciągle trafiam osoby, które potrafią mnie zaskoczyć swoim spojrzeniem na świat.
Właśnie - publikowałeś w pierwszych “mediach społecznościowych”, czyli forach internetowych. Jak porównałbyś tamten moment dzielenia się twórczością z dzisiejszym światem Instagrama?
Tak, dawniej publikowałem na forach jak digart.pl czy plfoto. Wtedy to było budowanie społeczności - wynikały z tego spotkania, rozmowy, realne relacje. Fotografowie z forów to byli moi pierwsi bohaterowie, inspirowali mnie, zanim poznałem wielkie nazwiska fotografii. Dziś nadal pewnie można znaleźć mistrzów wśród rówieśników, ale z czasem bardziej ufa się sobie. Kiedyś patrzyłem na czyjeś zdjęcia z zazdrością: “wow, chciałbym tak umieć”. Dziś widzę projekt na Instagramie i myślę: “wow, super, że ktoś tak fotografuje, i super, że ja mogę inaczej”. To już nie wywołuje dyskomfortu, tylko raczej ciekawość i radość z różnorodności.
Dziękuję za rozmowę.
www.wiktorfranko.com | Ig: @wiktorfranko