Na początku wcale nie fotografowałaś ludzi. Bardziej ciągnęło Cię w stronę zwierząt, podróży, takiego klimatu „National Geographic”. Jak to się stało, że dziś w centrum jest człowiek?
Szczerze? Trochę przez przypadek. Jeździłam na obozy jeździeckie, fotografowałam konie, psy, wstawałam na wschody i zachody słońca. I w pewnym momencie koleżanki powiedziały: „Skoro robisz zdjęcia koniom, to może nam też zrobisz?”. Pomyślałam: serio? Portrety? Ludzie? Ale spróbowałam i okazało się, że ludzie są fajni. Ze zwierzęciem nie pogadasz, a z człowiekiem możesz wejść w relację, coś zbudować. Inaczej się też kreuje. Zabawne jest to, że trochę zatoczyłam koło. W zeszłym roku byłam na Bahamach, wzięłam aparat na nurkowanie i przypomniałam sobie, że fotografia podwodna to coś, o czym zawsze marzyłam, tylko wydawało mi się nieosiągalne.
Chcesz to rozwijać zawodowo czy raczej zostawić jako coś dla siebie?
Chciałabym zawodowo, jasne. Tylko to jest trudniejszy rynek. W fotografii ludzi mam już swoją ugruntowaną pozycję, a tutaj to terra incognita. Ale nawet jeśli to zostanie tylko moją prywatną zajawką, i tak będę to robić.
Powiedziałaś, że ze zwierzętami kreuje się inaczej niż z ludźmi. Lubisz kreować?
W sumie wolę łapać momenty. Ale przy ludziach jest jeszcze ta warstwa emocjonalna. Ktoś przychodzi ze swoim bagażem, z kompleksami, niepewnościami, z historią o sobie. I w trakcie sesji często dzieje się coś więcej niż tylko robienie zdjęć. To mnie napędza, kiedy ktoś patrzy na siebie i mówi: „wow, to ja?”. Rekin pod wodą nie sprawdza, czy dobrze wyszedł na zdjęciu. A człowiek tak. I ten moment przemiany, nawet jeśli chwilowej, jest niesamowity.
Jak dochodzi się do „ugruntowanej pozycji”?
Nie ma w tym nic romantycznego - po prostu ciężką pracą. Wiem, że wszyscy chcieliby usłyszeć o jakimś magicznym sposobie, ale serio: za wszystkim stoi konsekwencja. Dopiero potem przychodzi to, co nazywamy szczęściem, że spotkasz właściwą osobę w odpowiednim momencie. Ale to się nie wydarzy, jeśli tylko wrzucasz zdjęcia na Instagrama i czekasz, aż ktoś do Ciebie przyjdzie.
Ty sama wychodziłaś do ludzi?
Oczywiście! Nadal wychodzę, już rzadziej, ale wciąż zdarza mi się „uderzać”. Uważam, że to absolutna podstawa, o której wiele osób zapomina: jeśli my czegoś nie damy od siebie, to nie dostaniemy nic w zamian. To trudniejsza droga, bo zajmuje dużo więcej czasu: dawanie, wychodzenie do ludzi, budowanie relacji.
W jaki sposób „uderzałaś”? Pisałaś do potencjalnych klientów?
Nie na zasadzie: „Hej, jestem Marta, chcę Wam zrobić płatną sesję”. Najpierw proponowałam coś od siebie. Znajdowałam marki, modelki, agencje, z którymi chciałam współpracować, i wychodziłam z inicjatywą sesji TFP. Nadal uważam, że TFP jest wspaniałe, jeśli robisz to świadomie. Zwykle niczego nie oczekiwałam w zamian. Jeśli była chemia i flow, później rodziły się z tego płatne projekty. A jeśli nie, i tak zostawało fajne doświadczenie i piękne zdjęcia w portfolio.
Wspomniałaś kiedyś, że ludzie przychodzą do Ciebie nie dlatego, że jesteś najlepszą fotografką, tylko dzięki atmosferze, jaką budujesz. Jak to robisz?
Myślę, że szczerością. I tym, że nikogo nie oceniam. Nieważne, czy ktoś ma milion followersów, czy w ogóle nie ma Instagrama. Każdy jest dla mnie tak samo ważny. Zawsze najpierw jest rozmowa. Czasem aparat wyciągam dopiero po czterdziestu minutach. Najpierw kawa, gadanie, śmiech. Często okazuje się, że mamy podobne doświadczenia, i to już buduje przestrzeń. Oczywiście przy sesjach typowo komercyjnych jest trochę inaczej, ale tam z kolei jest praca z pięknymi modelkami, których ja nie boję się komplementować. W ogóle dużo komplementuję ludzi, co, jak się okazuje, wcale nie jest takie częste. I pokazuję zdjęcia w trakcie sesji, bo dla mnie to ważna informacja zwrotna, czy idziemy w dobrym kierunku, a dla tej osoby moment zobaczenia siebie w dobrym świetle.
Czy obracając się w świecie mody, czujesz presję, żeby interesować się modą?
Patrząc na to, jak wyglądam dzisiaj, to jest absolutnie w punkt pytanie, które przez wiele lat spędzało mi sen z powiek. Kiedyś uważałam, że powinnam wyglądać „modnie”, być pomalowana. Znam fotografki, które przychodzą w szpilkach na plan. Ale szybko uświadomiłam sobie, że to nie jestem ja. Nawet jeśli branża modowa miałaby mnie przez to „skasować” — trudno. Wolę być sobą. Do mnie przychodzą raczej osoby, które na co dzień chodzą w minimalnym makijażu i ubierają się zgodnie ze sobą, a nie tym, co akurat jest modne. Przyciągam ich swoim luzem i portfolio, a nie perfekcyjnym lookiem, dlatego mamy wspólny vibe. Modowe influencerki w full make-up’ie pójdą raczej do fotografek, które wyglądają podobnie i mają podobne wartości, dzięki temu w tym świecie jest miejsce dla każdego.
Minimalny retusz to Twój znak rozpoznawczy. Dziś to już powszechne, ale kiedyś rynek był bardziej oporny.
Oj tak. Punktem zwrotnym było to, kiedy wysłałam klientce prevki, oczywiście bez retuszu, nawet bez finalnych kolorów. A ona wrzuciła je na social media, myśląc, że to gotowe zdjęcia. Wtedy pomyślałam: po co ja się tak męczę? Po co powiększam obraz na 200%, skoro poza mną nikt tego nie widzi? Delikatną niedoskonałość skóry poprawię, jasne. Ale nic więcej. Robiłam zdjęcia bez retuszu, zanim to było modne. I wspaniałe jest, że teraz klienci, prywatni, biznesowi, komercyjni, też tego chcą. A osoby, które wolą większy retusz, po prostu do mnie nie trafiają.
Wyobrażam sobie, że to wymaga większej dyscypliny na etapie fotografowania.
Tak. Staram się, żeby światło, naturalne czy błyskowe, nie robiło nikomu „krzywdy”. Żeby portret już w kadrze wyglądał dobrze. Jeśli ktoś ma wysportowane ciało, możemy pobawić się kontrastem. Jeśli ktoś ma trochę dodatkowych kilogramów, nie będę ustawiać póz, które to podkreślą. Do każdego dobieram takie ustawienia, żeby wyciągnąć atuty i przykryć to, co ktoś sam uważa za słabsze.
A co, gdy masz gorszy dzień?
Nauczyłam się tego już wiele lat temu, praca to praca. Mój zły humor nie jest winą ludzi, z którymi pracuję. Nie chcę nim nikogo obciążać. Bywało, że prywatnie było bardzo ciężko, walił mi się świat, ale na planie nikt by się nie domyślił.
Jak się regenerujesz?
Uciekam w ciszę, w naturę. Czasem robię krótki, choć dwudniowy wyjazd. Często po sesji w domu musi być spokój, dużo przytulania z córką, kolorowanki, układanie puzzli.
Czy są sesje, które Cię jeszcze stresują?
Każda. Bo mi zależy. Nowy klient, chcę go zachwycić. Stały klient, nie chcę obniżyć poziomu. Przyjaciel, tym bardziej. Ale to dobry stres. Przygotowuję się najlepiej, jak potrafię. Sprawdzam sprzęt, jadę wcześniej do studia. Na resztę nie mam wpływu.
Fotografia i nurkowanie. Czy te światy coś sobie dały?
Nurkowanie daje mi całkowite oderwanie od rzeczywistości, w dobrym sensie. Jak tylko wchodzę pod wodę, kończą się wszystkie problemy. Nie wiem, czy wpływa bezpośrednio na fotografię, ale na pewno nauczyło mnie uważności, na detale, na dźwięki, które paradoksalnie w wodzie są obecne. Nauczyło zatrzymania się w momencie i obserwowania.
Z jakich obiektywów korzystasz najczęściej i dlaczego?
Moim absolutnym numerem jeden, który mam podpięty przez 95% czasu, jest Tamron 35–150 mm f/2–2.8. Jest mega uniwersalny. To fenomenalne szkło, bo w jednej sekundzie mogę zrobić szeroki kadr, na przykład całą sylwetkę, jeśli klient tego potrzebuje, a chwilę później przejść do detali. Czy to będzie beauty, zbliżenie na twarz i mimikę, czy malutki fragment ubrania, nie muszę tracić czasu na zmianę obiektywu. To jest dla mnie ogromna przewaga. Kocham go też za minimalną odległość ostrzenia. Przy 150 mm mogę zrobić super close-up, który normalnie wymagałby cropowania albo dodatkowego obiektywu makro. Tutaj mam pół twarzy w kadrze, naprawdę bardzo blisko. A ja lubię blisko. To są kadry, których innym sprzętem zwyczajnie się nie zrobi.
A pozostałe szkła?
Mam jeszcze dwa, których używam przez te pozostałe 5% czasu. Pierwsze to Tamron 11–20 mm f/2.8 — to mój ultraszeroki kąt. On jest pod APS-C, więc realnie wychodzi troszkę ciaśniej, ale świetnie sprawdza się przy przerysowanych ujęciach albo w pięknym plenerze. Drugi to Tamron 17–28 mm f/2.8. To obiektyw, który zabieram pod wodę, daje mi dużo przestrzeni w kadrze i pozwala pięknie opowiedzieć szerszą historię.
Natomiast gdybym miała wybrać tylko jeden obiektyw i pojechać z nim na koniec świata, to bez zastanowienia byłby to 35–150 mm.
A jak z wagą tego 35–150? To jednak kawał szkła!
Ja tej wagi nie czuję, nawet przy 10–12 godzinach na planie. Waży niewiele ponad kilogram, więc nie jest cięższy od stałek innych marek. Natomiast ja jestem jeszcze z czasów lustrzanek, więc dla mnie pewien ciężar sprzętu jest naturalny. Największy plus? Mogę mieć tylko jeden obiektyw i właściwie ogarnąć nim wszystko.
Na sesji puszczasz muzykę?
Zawsze. Inaczej za dużo gadam (śmiech).
Masz ulubioną playlistę?
Nie. Jeśli się da, to modele wybierają muzykę. Czasem lecą szlagiery, czasem są zaskoczenia. Kiedyś na męskiej sesji prywatnej wleciało grube techno. Wtedy zupełnie tego nie słuchałam, a dało mi dużo inspiracji. Muzyka generuje energię. Na kobiecej, zmysłowej sesji poleci raczej latino albo jazz.
Czy jesteś zadowolona z proporcji między komercją a projektami dla siebie?
Pomidor (śmiech). Miałam moment, kiedy było za dużo komercji, a za mało projektów dla mnie. W zeszłym roku powiedziałam sobie: koniec. Staram się mieć przynajmniej jedną sesję w miesiącu tylko dla siebie. Zbieram zespół i robimy edytorial. Czasem biorę przepiękną twarz, z którą jeszcze nie pracowałam, i robimy „białą ścianę”. Proste, czarno-białe portrety. Może dla mnie to nie jest technicznie nowe, ale to najpiękniejsze, proste, uśmiechnięte historie.
Jak patrzysz dziś na swoje zdjęcia sprzed paru lat?
Fotografia jest moim zawodem od dziesięciu lat. Między zdjęciami sprzed dekady a teraz jest kosmiczny przeskok. Ale mam ogromną łaskawość i sentyment do swoich starych prac. Nawet jeśli technicznie zostawiają wiele do życzenia, wiem, że wtedy się uczyłam i byłam z nich dumna. Ciekawe jest natomiast, że patrząc na niektóre sesje sprzed dwóch, trzech lat, nie zawsze potrafiłabym powiedzieć, czy były robione wtedy, czy teraz.
A w 2036 roku, gdy spojrzysz na dzisiejsze kadry?
Mam nadzieję, że w 2036 będę nurkować z płaszczkami i rekinami na jakiejś rajskiej plaży, wdzięczna, że te zdjęcia mnie tam doprowadziły. A fotograficznie, myślę, że nadal będę dumna, wiedząc, że robiłam wszystko na 200%.
Dziękuję za rozmowę.