Chciałabym zacząć od małego skoku w przeszłość, do lat 1980-1981, kiedy zrobiłaś zdjęcia, które oglądamy w Twojej książce. Kim była Judith z tamtego okresu Twojego życia. O czym marzyła? I z czym mierzyła się na co dzień?
Dziękuję! To bardzo obszerne pytanie [śmiech]. Właśnie przeprowadziłam się z wiejskiej okolicy do wielkiego miasta. Miałam czwórkę małych dzieci i przechodziłam przez bardzo trudny rozwód. Około roku przed przeprowadzką wiedziałam, że zostanę żywicielką rodziny i że powinnam robić coś, co przyniesie mi dochód. W liceum i college’u studiowałam sztukę. A zawód artystki niekoniecznie przynosi ci dochód [śmiech], ani nie zostawia zbyt dużo czasu na pogodzenie pracy w studiu i tworzenie sztuki z byciem mamą i założeniem rodziny.
Zaaplikowałam i zostałam przyjęta na studia podyplomowe na MIT, bardzo dużym, prestiżowym uniwersytecie, absolutnej czołówce, jeżeli chodzi o inżynierię i nauki ścisłe. W latach 50. na uczelnię zaproszono pięcioro artystów, wybitnych i w sferze sztuki, i w sferze technologii. Programy, które zainicjowali, poszły w kierunku nadawania studentom tytułu magistra nauk w dziedzinie studiów wizualnych, zamiast tytułu magistra sztuk pięknych. Zaaplikowałam i zostałam przyjęta na studia. Przeprowadziliśmy się do Cambridge i nagle pomyślałam: „co ja teraz zrobię?”.
Kiedy zrozumiałaś, że to rodzina będzie stanowiła główny temat Twojej twórczości?
Byłam pod presją jednoczesnego tworzenia sztuki, pracy w laboratorium jako studentka i opieki nad dziećmi. Dość szybko zrozumiałam, że nie znajdę innej rodziny, której życie mogłabym dokumentować, ani nie wyruszę na wielką wyprawę w poszukiwaniu krajobrazów. Szybko dotarło do mnie, że lepiej będzie fotografować to, co blisko domu. Zaczęłam też wykonywać swoje autoportrety w ramach swoistej praktyki terapeutycznej.
Zamiast pisać w dzienniku, robiłam zdjęcia. W końcu pokazałam je kolegom i koleżankom z zajęć i spotkałam się z pozytywnym odbiorem. „Okej, mój ból z tamtego czasu nie był ich bólem, ale potrafią się z nim utożsamić”. Więc robiłam to dalej: montowałam aparat na statywie. I zdarzało się, że rano, kiedy dzieci szykowały się do szkoły jeszcze w piżamach, przez okno z tej strony mieszkania wpadało światło. Nie nazwałabym tego codzienną rutyną. Wtedy nie myślałam nawet, że to może być coś wartościowego. Po prostu: „Okej, to moje dzieci, kocham je, wyglądają pięknie, gdy siedzą w tej odrobinie światła”. Wydawało się, że nie przeszkadza im, że uczestniczą w całym tym procesie. To była pora dnia, kiedy mieliśmy akurat pięć minut przed ubraniem się i wyjściem do szkoły.
Kiedy patrzysz na te zdjęcia teraz, postrzegasz je inaczej?
Zdecydowanie. Nie sądzę, żebym była wtedy tą samą osobą, którą jestem teraz.
A kiedy zauważyłaś artystyczny potencjał swoich zdjęć?
Dostrzegłam go już wtedy. Tak, jak mówiłam, widziałam, że to, co mogę sfotografować w domu, jest o niebo lepsze od czegokolwiek, co mogłabym zrobić gdzieś indziej. Byliśmy małą grupką wykładowców i studentów. Ludzie zareagowali pozytywnie, więc wykorzystywałam swoje zdjęcia w ramach prac zaliczeniowych, prac krytycznych, wystaw studenckich i tak dalej. Wiedziałam od samego początku, że warto je robić. Były też powody praktyczne, związane ze sprzętem. Miałam lustrzankę dwuobiektywową z samowyzwalaczem, ustawiałam ją na statywie i biegłam, żeby zmieścić się w kadrze. Rolka filmu mieściła 12 klatek i nie była wtedy tak droga jak praca na kolorowej kliszy. Musiałam zmieścić się w budżecie.
Czyli fotografowanie w czarno-bieli to był wybór praktyczny?
Praktyczny i estetyczny. Przez całe dzieciństwo i college dużo rysowałam. Przeniesienie czarno-biało-szarej wizji na film i papier żelatynowo-srebrowy było już łatwe. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, rysowanie było świetnym przygotowaniem do tworzenia czarno-białych zdjęć. Pod pewnymi, a raczej pod wieloma względami, fotografie są o wiele lepsze niż rysunki, które mogłabym stworzyć. Nie byłam zbyt dobrą rysowniczką [śmiech]. Wtedy myślałam, że radzę sobie dobrze, ale teraz, kiedy to wspominam, myślę: „o nie, nie, nie” [śmiech].
Można powiedzieć, że rysunek miał Cię zaprowadzić do tego drugiego medium, do fotografii?
Tak, bardzo dobrze to ujęłaś [śmiech].
Kiedy oglądam Twoje zdjęcia z przełomu XX i XXI wieku, widzę, że jednak zaczęłaś się skłaniać ku fotografii kolorowej…
Tak, tylko tak naprawdę nigdy tych zdjęć nie pokazałam. Jeżeli będę żyła dostatecznie długo, może wymyślę, co z nimi zrobić, ale na razie jestem bardzo zadowolona z czarno-białych fotografii w książkach, które już się ukazały. Wszystkie te rzeczy po prostu same toczą się we właściwym kierunku.
My, to znaczy świat, przeszliśmy od kolorowego filmu do koloru cyfrowego i jest o wiele łatwiej w każdym formacie [śmiech]. Używałam aparatów cyfrowych i robiłam dużo barwnych zdjęć swoim dzieciom, tacie i teściowej, kiedy się starzeli. Kolejnym powodem dla wymiany aparatów był fakt, że Polaroid zakończył działalność i piękny czarno-biały film, którego używałam, zniknął. Bardzo smutne!
Twoja książka zrobiła na mnie wrażenie ze względu na unikalny temat i formę. Jest bardzo prosta, powiedziałabym nawet: surowa, i pełna wyjątkowych detali, takich jak Twoje odręczne opisy fotografii. Skąd wziął się pomysł na taki projekt?
Za to wszystko muszę podziękować Gregowi i Rachel z wydawnictwa Stanley/Barker. Współpracowali przy tworzeniu koncepcji i pomysłów na projekt graficzny. Powtarzałam tylko: „to świetne, to świetne, to piękne”. Artyści tworzący książki!
A czy wybór zdjęć należał do Ciebie? Czy jest więcej portretów na fotelu poza tymi, które widzimy w książce?
Są jeszcze dwa albo trzy zdjęcia z fotelem i trochę innych z tego samego odcinka czasowego, które uwielbiam. Greg przejrzał je wszystkie i wybrał fotel i światło w naszym „studiu”. Zareagowałam po prostu: „och, idealnie!”. To był jego pomysł, żeby książka wyglądała jak połączenie notatnika i stykówki. W przeszłości robiłam małe odbitki, które wkładałam do albumów i które mogły być łatwo przemieszczane i edytowane. To powszechna metoda, którą stosują artyści wszelkiej maści. Greg po prostu zaadaptował ją do formy książki.
I zrobił to w piękny sposób.
Zrobił to w piękny sposób, zdecydowanie.
Fotografowanie najbliższych to delikatny i intymny proces. I to wyraźnie czuć w Twoich zdjęciach. Przy fotografowaniu dzieci stąpasz po szczególnie ryzykownym gruncie, bo w grę wchodzi kwestia wyboru zdjęć i uszanowania ich własnych decyzji.
Tak, kwestia prywatności. Od tamtego czasu Internet zmienił bardzo dużo. Wtedy, w 1979 roku, ktoś zapytał, czy kiedykolwiek sfotografowałam swoje dzieci nago. I tak, istnieje kilka takich zdjęć z okresu, kiedy byli niemowlętami. Potem zastanawiałam się, czy nie podjąć kolejnej próby… ale to okazało się bardzo krępujące i nigdy tego nie zrobiliśmy. Kiedy wystawiam zdjęcia, mogę zrobić z ciałem swoim i Roba [partner Judith - red.] cokolwiek zechcemy. Jesteśmy dorośli i wiemy, co robimy.
W obecnych czasach takie fotografie mogą skończyć w Internecie bez naszej zgody - rozumiemy to ryzyko. Kiedy wystawiam zdjęcia dzieci obok kilku moich autoportretów, ukazuję się w roli matki, fotografki i samej siebie. Robię to z konkretnego powodu. Kiedy pokażę je na wystawie w galerii, przejdzie i obejrzy je ograniczona liczba osób. Kiedy znajdują się w sieci, kto wie, dokąd trafiają. To zupełnie inna atmosfera i jest to trudne. Ale zawsze uważałam, żeby nie wykorzystywać zdjęć, których moje dzieci nie lubią albo których by się wstydziły.
Skoro mówimy o Twoich dzieciach… Aparat towarzyszył im, od kiedy były bardzo małe. Czy któreś z nich odziedziczyło Twoją pasję do fotografii?
Nie do końca. To znaczy, interesują się nią. Zwłaszcza mój wnuk interesuje się fotografią. Jestem pewna, że część dzieci robi mnóstwo zdjęć smartfonem, część nie robi w ogóle. Sama nie czuję się zmuszona do robienia tylu zdjęć, co kiedyś. Mogę znaleźć obraz z wieżą Eiffla, setki obrazów lepszych od tych, które sama mogę wykonać. Podczas fotografowania iPhone określa Twoją lokalizację, ale tak naprawdę te kadry nie służą niczemu poza: „byłam tam i zrobiłam zdjęcie”. Ta część bardzo się dla mnie zmieniła.
Wiele, wiele lat dzieli moment, kiedy po raz pierwszy uczyłam się, jak i co chcę zrobić z aparatem, i to, do czego używam go teraz. Wciąż uwielbiam oglądać fotografie. Jest taki cytat z Nan Goldin, w którym mówi, że jej zdjęcia są jak pocałunki dla jej rodziny - do tej rodziny włączała też przyjaciół i kochanków. Niektóre z tych fotografii ciężko się ogląda, ale dla niej były wyrazem uczucia.
Macie rodzinny rytuał oglądania zdjęć wydrukowanych i wklejonych do albumu?
Nie, to nie jest raczej rodzinny rytuał. Rodzina współpracuje ze mną, pojawiając się na zdjęciach, ale reszta to moje zadanie jako artystki i fotografki. Kocham ciemnię, kocham robienie odbitek. Powtarzam sobie, że muszę wykonać ich jeszcze trochę, zanim nie będę już w stanie. Czas tak ucieka, a o wiele łatwiej jest biegać w górę i w dół z komputerem [śmiech]. Mam nadzieję, że uda mi się to w tym roku, bo naprawdę kocham ten cały proces tworzenia powiększeń.
Wspomniałaś o Nan Goldin. Jednym z obszarów Twojego zainteresowania jako badaczka była twórczość matek-fotografek. Masz w tej grupie ulubioną bohaterkę? Czy są mniej znane artystki, których prace mogłabyś nam polecić?
Opowiem Ci, jak trafiłam na ten temat. Kiedy byłam w szkole, działało trochę bardzo znanych fotografek, ale nie tak wiele słynęło z pracy ze swoimi rodzinami. Kiedy dotarło do mnie, że na potrzeby zaliczenia muszę wykonać projekt badawczy, zrozumiałam też, że powinnam znaleźć jakieś wzory do naśladowania, kobiety, które były w stanie pogodzić opiekę z pragnieniem bycia docenioną jako artystki. Rok 1979 był jeszcze przed erą Internetu, więc badania polegały na tym, że szłaś na biblioteki, wyciągałaś i przeglądałaś czasopisma, przeglądałaś gazety, przeglądałaś książki, książki i książki. Szukałaś czegokolwiek, co wiązało się z kobietami i dziećmi - kim są i co robią. Zaczynając od Julii Margaret Cameron przez bardziej współczesne fotografki jak Goldin… Aktualna lista jest długa.
Nurkowanie w książkach fotograficznych zaprowadziło mnie do wielu kobiet, które potrafiły balansować pomiędzy tworzeniem a opieką nad dziećmi. Dowiedziałam się, że po pierwsze potrzebowały żłobków [śmiech]. Po drugie zrozumiałam, że nie uda Ci się wykonywać całej tej pracy jednocześnie. One to godziły. Myślę o Imogen Cunningham, która miała troje maluchów i fotografowała swoje rośliny i swoich synów, a później działała jako fotografka aż do późnej dziewięćdziesiątki. A jest też wiele kobiet, które nie są znane, a zasługują na docenienie, bo tworzyły fantastyczne prace.
A co z mężczyznami? Często fotografowali swoje rodziny?
Mężczyźni też sięgali po swoje rodziny jako jeden z głównych tematów. Emmet Gowin zasłynął swoimi „rodzinnymi” pracami. Harry Callahan. Lee Friedlander nie opublikował jeszcze fotografii swojej żony i rodziny, ale robił je. Twórczość Roberta Franka po „The Americans” dotyczy jego życia prywatnego. Podczas pandemii wielu mężczyzn zaczęło fotografować w domu [śmiech].
Kolejne z moich pytań dotyczy TEGO fotela. Wzruszyło mnie, że zaadoptowaliście zużyty fotel i podarowaliście mu drugie życie. Czy w tym momencie masz jakiś przedmiot, który utożsamiasz z "domem"? Bo fotel z Twoich zdjęć dla mnie jest właśnie symbolem domu.
To bardzo ładna interpretacja, podoba mi się. Patrzę na Twoje pytanie z trochę innej perspektywy. Przyglądam się temu, co mnie otacza i co uważam za dom. Teraz, kiedy się starzejemy, myślimy o tym, że będziemy musieli pozbyć się wszystkich tych rzeczy. Bo jesteśmy na drugim i trzecim piętrze, a moje dzieci boją się, że spadnę ze schodów. Powinniśmy zmieścić się na jednym piętrze, bo koniec końców musisz przygotować się na prawdziwą starość i konieczność używania chodzika lub wózka.
Dom, w którym mieszkam teraz, nie będzie takim miejscem. Więc kiedy spaceruję po domu i ogrodzie myślę: „Nie chcę go opuszczać”. Wszystko nabiera pewnego rodzaju wyjątkowości. Ale w pewnym momencie uświadamiam sobie: „Zupełnie zapomniałam, dlaczego to mam. Mogę się tego pozbyć. Jest zepsute”. Ale to bardzo powolny proces… Nie do końca odpowiedziałam na Twoje pytanie.
Nie, to doskonała odpowiedź. A masz jakieś marzenie na przyszłość? Fotograficzne albo prywatne?
Będę trzymać się fotograficznego. Przyjemnym marzeniem (a miałam o tym kilka prawdziwych snów) byłby powrót do ciemni!
Trzymamy kciuki!
Trzymajcie. To całkiem wykonalne marzenie [śmiech].
"Where The Light Came In", Judith Black
- Wydawnictwo: STANLEY/BARKER
- Liczba stron: 88
- Format: 24 x 17 cm
- Oprawa: miękka
- Cena: 182 zł
Więcej informacji o książce znajdziecie na stronie wydawcy.
Prace Judith Black obejrzycie na jej stronie internetowej: judithblack.me