Do tej pory Canon do tematu wideo podchodził bardzo ostrożnie. Choć kamery z serii Cinema EOS są popularnym wyborem na rynku profesjonalnym, to w systemie ewidentnie brakowało rozwiązań nakierowanych na pracę w pojedynkę czy zlecenia mniejszej rangi, których przeznaczeniem jest głównie publikacja w social mediach, a które to odpowiadają dziś za większość rynku.
Oczywiście, aparaty z serii R już od dawna oferują świetne możliwości wideo i z powodzeniem używane są do tego typu realizacji, ale jednak brakowało tu mocniej sfokusowanych konstrukcji, które cieszą się dużą popularnością w ofercie konkurencji, jak seria Sony FX czy niedawny Nikon ZR (choć ten model nie zdążył akurat jeszcze wyrobić sobie followingu). Pierwszym sygnałem „dobrej zmiany” była zeszłoroczna premiera Canona PowerShot V1, który z miejsca stał się najciekawszym vlogerskim kompaktem na rynku. Teraz wreszcie producent wciska pedał gazu nieco mocniej i prezentuje konstrukcję, która rywalizować w segmencie opisanym na początku. I kolejny raz jest to konstrukcja bardzo konkurencyjna.
Canon EOS R6V to ostateczna kamera na mniejsze potrzeby
Jeżeli chodzi o samą specyfikację, Canon EOS R6 V nie jest żadnym odkryciem czy przecieraniem nowych szlaków. Wzorem niegdysiejszego modelu R5C, to po prostu przepakowana wersja aparatu z tej samej linii - w tym wypadku pokazanego jesienią Canon EOS R6 Mark III. Patrząc inaczej, to także zminiaturyzowana wersja kamery EOS C50 (również wykorzystującej tę samą matrycę). Pod względem ogólnych możliwości rejestracji otrzymujemy więc prawie identyczne możliwości, jak w modelach pokazanych zeszłej jesieni.
Otrzymujemy więc wewnętrzny zapis 7K RAW do 60 kl./s (format 17:9), opcję rejestracji Open Gate (również RAW, do 30 kl./s) oraz 10-bitowy, pełnoklatkowy zapis 4K do 120 kl./s z próbkowaniem 4:2:2 i kompresją wewnątrzklatkową All-Intra (3 ustawienia do wyboru). Mamy też profil Canon Log 2 (poza standardowym Log 3), możliwość rejestracji plików Proxy, jednoczesnego nagrywania na dwie karty czy rejestracji kopii w pomniejszonej rozdzielczości do wygodnego udostępniania w mediach społecznościowych. Do 4K 60 kl./s otrzymujemy też obraz nadpróbkowany z rozdzielczości 7K, a kamerka oferuje wsparcie dla 4-kanałowej rejestracji dźwięku przez opcjonalny interfejs doczepiany do stopki i wszelkie pomoce w postaci zebry, peakingu czy funkcji false color. Względem R6 III poprawia się jedynie opcja streamingu przez USB-C - do 4K 60 kl./s względem 30 kl./s.
Drobne różnice zauważymy jedynie względem wyższego modelu C50. Canon EOS R6 V nie oferuje zapisu wideo RAW w jakości HQ (mamy do wyboru jedynie kodek Standard i Light) i nie pozwala także na rejestrację RAW w trybach crop (w modelu C50 dostępne tryby Super35 i Super16). Nie mamy też wsparcia podglądu dla pracy z obiektywami anamorficznymi, a aparat nie pozwala nam manualnie wybrać bazowego wzmocnienia w ramach Dual Base ISO (przełącza automatycznie względem wybranej czułości). Dla pracy do jakiej został stworzony R6V nie będzie to wszystko miało jednak większego znaczenia, a dodatkowo nowy model wyposażony jest w stabilizację matrycy, której C50 nie posiada.
W dużym skrócie, to specyfikacja, która pozwala na w pełni profesjonalną pracę wideo, z którą poradzimy sobie z absolutną większością typów realizacji, jakie możemy napotkać na drodze twórcy wideo. I to warto szczególnie podkreślić. Bo choć przekaz marketingowy kieruje model R6 V głównie do "twórców kontentu", jego możliwości znacznie wykraczają poza proste tworzenie filmów na social media. To kamerka która doskonale nada się także do kręcenia teledysków, dokumentów czy niezależnych form fabularnych - wszystkiego, co nie wymaga angażowania dużego domu produkcyjnego i kilkudziesięcio-osobowej ekipy.
Z racji tego, że podczas eventu premierowego nie mieliśmy czasu ani warunków na dokładnie sprawdzenie trybów rejestracji, nie będziemy się tu o nich rozpisywać. Zresztą nie ma to większego sensu, bo dziś wszystkie tego typu aparaty oferują jakość w pełni wystarczającą do profesjonalnych realizacji. Znaczenie maja jednak jak zwykle kwestie ergonomii, łączności i interfejsu, które bezpośrednio przekładają się na wygodę pracy i nasze możliwości. I to one najwyraźniej rozgraniczają poszczególne modele z oferty.
Canon EOS R6V to urządzenie stworzone w myśl idei kamery „pudełkowej”. Otrzymujemy więc względnie kompaktową, prostą formę, którą łatwo będzie obudować klatką i rigować w większym zestawie. Nie jest to jednak urządzenie małe. Całość jest dosyć spora (choć stosunkowo lekka - 590 g) i wymaga bardzo podobnego stylu pracy, jak tradycyjny aparat. Plusem jest na pewno głęboki wygodny grip, który wydaje mi się masywniejszy niż w aparacie R6 Mark III i który widocznie poprawia komfort filmowania w ręki.
Tu jednak mamy także do czynienia z jednym z największym - w mojej opinii - minusów nowej konstrukcji. Otóż w odróżnieniu od modelu EOS C50, Canon EOS R6 V nie ma dodatkowego uchwytu górnego z interfejsem audio. I nie chodzi o to, że nie jest on dołączany do zestawu. Na aparacie nie znajdziemy górnych gwintów mocujących, które pozwalałyby na jego bezpieczne podłączenie. Oczywiście, górny uchwyt możemy bez problemu doczepić do klatki operatorskiej, a 4-kanałowe Audio nagrywać przy użyciu opcjonalnego interfejsu Tascam, ale zintegrowane uchwyty z modelu C50 czy serii Sony FX to jedne z najwygodniejszych akcesoriów, które widocznie zwiększają komfort pracy i pozwalają na pracę z profesjonalnymi mikrofonami, nie zwiększając jednocześnie widocznie rozmiaru naszego zestawu.
Jeżeli więc mamy w założeniach nieco bardziej profesjonalne realizacje, finalny zestaw może okazać się wcale nie mniejszy od tego, który zbudowalibyśmy na bazie C50. Mimo wszystko, Canon EOS R6V to nadal naprawdę rozbudowana ergonomia, którą model ten rozkłada na łopatki konkurencyjnego Nikon ZR i która według mnie wypada także lepiej, niż w modelach Sony FX. Otrzymujemy w pełni rozbudowany zestaw 3 pokręteł funkcyjnych (tylne pokrętło pełni też rolę 4-kierunkowego wybieraka), 6 konfigurowalnych przycisków na body, a do tego pokrętło PASM i dużo wygodniej umiejscowiony joystick AF.
Do tego jak zwykle wzorowy interfejs dotykowy, który pozwala błyskawicznie dostroić najważniejsze parametry i opcje. Mamy tu wszystko, by dostosować kamerę pod siebie i wygodnie reagować podczas pracy, bez konieczności nurkowania w menu. Sam interfejs obraca się też do pionu, co ułatwia tworzenie treści na social media.
A jeśli o tym mowa, warto zwrócić też uwagę na dodatkowy gwint boczny, dzięki któremu kamerę zamocujemy na statywie, gimbalu czy wysięgniku w pionie, bez konieczności stosowanie płytek L czy klatek operatorskich. Co prawda w ten sposób blokujemy możliwość otwarcia slotu kart pamięci, ale nie jest to rzecz, która powinna nam specjalnie doskwierać. W przypadku realizacji pionowych i tak zapewne nie będziemy filmować w RAW-ach, które szybko zapełniają kartę i wymagałyby zmienianie nośników podczas zlecenia.
Body R6 V skrywa także jeszcze jedną bardzo ważną funkcję - wentylator, zapewniający aktywne chłodzenie, które znacznie wydłuża limity rejestracji i sprawia, że będzie to bardziej praktyczne urządzenie na długich zleceniach czy przy realizacjach typu long form. Podczas gdy w R6 III zapis RAW przed przegrzaniem możliwy jest przez ok. 25-30 min, tutaj wyciągniemy ponad 60 minut rejestracji. Analogicznie, rejestracja 4K 60 kl./s możliwa jest do 6 godzin (lub do wyczerpania baterii), podczas gdy w R6 III było to ok. 50 minut, a 4K 120 kl./s przez godzinę, względem 15 minut w R6 III.
W końcu, względem modelu R6 Mark III, nowy Canon EOS R6 V otrzymuje też jaśniejszy ekran LCD, lepiej zoptymalizowany pod kątem pracy w słabym świetle. Ekran sprawuje się dobrze, ale nie powala. Jego rozdzielczość to raptem 900 x 600 px a rozmiar 3” nie daje ogromnej wygody podglądu. Zdecydowani wygrywa tutaj duży, 4-calowy ekran Nikona ZR, który przy okazji pokrywa szeroki gamut kolorystyczny DCI-P3. Biorąc pod uwagę stosunkowo duże body, prawdopodobnie w R6 V dałoby się upakować jednak nieco większy monitor.
Jeżeli chodzi o wyposażenie EOS-a R6 V, widzę też niewykorzystaną szansę w postaci braku zaawansowanego wbudowanego mikrofonu, jaki oferuje np. wspomniany na początku PowerShot V1. Jako aparat kierowany do „creatorów”, powinien być on również konkurencyjny dla takich modelu, jak Sony ZV-E1, który taką funkcję posiada. Podobnie zresztą jak wymieniony wyżej Nikon ZR. Niestety, z jakiegoś powodu Canon swojej kamery w taką funkcjonalność nie wyposażył, a szkoda. Realnie usprawnia to bowiem przygotowywanie wszelkiego rodzaju materiałów vlogowych czy reportażowych.
Żeby jednak nie było, spośród wszystkich urządzeń video-first, Canon EOS R6 V wydaje się także najciekawszą hybrydą, umożliwiającą pracę fotograficzną. Fakt, podobnie jak inne tego typu konstrukcje, nie posiada migawki mechanicznej, ale rozbudowana ergonomia do pary z dużą, 32,5-megapikselową matrycą, jednym z najdoskonalszych systemów AF na rynku i trybem seryjnym do 40 kl./s czynią z tego modelu dużo bardziej poręczny aparat od Nikona ZR czy kamer Sony FX. Jeśli więc poza realizacjami wideo macie też potrzebę okazjonalnego sporządzana dokumentacji fotograficznych, R6 V bez wątpienia poradzi sobie z tym najlepiej z całej stawki. To mówiąc, trochę szkoda, że wśród opcjonalnych akcesoriów nie znalazł się doczepiany do stopki wizjer (jak niegdyś w w serii EOS M). Zapewne i z tego rozwiązania chętnie skorzystaliby niektórzy operatorzy, a dodatkowo kamera miałaby szansę stać się jeszcze lepszą hybrydą - proporcjonalną do modelu R6 Mark III, ale ukierunkowaną bardziej w stronę wideo.
Canon RF 20-50 mm f/4L IS USM PZ - uniwersalny zoom do pracy wideo
Poza samą kamerą, ofertę rozbudowuje także będący częścią jej zestawu sprzedażowego obiektyw Canon RF 20-50 mm f/4L IS USM PZ, czyli - jak reklamuje go producent - pierwszy zoom topowej serii L z napędem Power Zoom. To więc uniwersalny zoom, którego ogniskowa powinna idealnie pokrywać zapotrzebowania w zakresie reportażowych realizacji wideo - od szerokiego kąta do master shotów, po standardową ogniskową do realizacji ujęć portretowych i detali. Być może trochę szkoda, że wzorem konkurencji nie jest to model 20-70 mm, ale dzięki temu otrzymujemy całkiem kompaktową konstrukcję, która była w stanie pomieścić również napęd PZ.
Dla niezaznajomionych z tematem, funkcja Power Zoom to możliwość płynnego, elektronicznego sterowanie zoomem, z poziomu obiektywu, aparatu, aplikacji mobilnej czy - co jest interesującą nowością - z pilota zdalnego sterowania. Choć sam zoom nie jest nagminnie używanym środkiem wyrazu w realizacjach wideo, to umożliwia jednak pewne urozmaicenie nagrań, a także tworzenie ciekawych ujęć typu dolly zoom.
W praktyce działa to bardzo płynnie i elegancko, pozwalając na swobodną i dokładną pracę. Szkło pozwala na ustawienie szybkości zoomowania w 15-stopniowej skali (z poziomu menu) a także zaprogramowanie osobnych prędkości dla dźwigni na obiektywie i aparacie, co wyczerpuje wszelkie nasze potrzeby. Mamy też jednak pewien minus. Otóż zoom sterowany jest elektronicznie (mechanizm focus-by-wire) również w przypadku kontroli manualnej, co uniemożliwia tworzenie idealnie powtarzalnych lub błyskawicznych zbliżeń i co zawsze obarczone jest delikatnym opóźnieniem ruchu. Nie jest to duża rzecz, ale wyczuwalna.
Jak już wspomniałem, szkło jest całkiem zgrabne - mierzy 79,9 × 98,4 mm przy wadze 420 g, dzięki czemu tworzy bardzo przyjemny i uniwersalny zestaw do nagrywania z ręki czy na gimbalu. Co bardzo ważne dla tego typu realizacji, oferuje też wewnętrzny mechanizm zoomu, dzięki czemu obiektyw nie wydłuża się podczas zmiany ogniskowej i nie zmienia środka ciężkości. Pozytywnie wpływa to także na kwestię pyłoszczelności.
W końcu, to także obiektyw bardzo wydajny, zarówno w zakresie współpracy z systemem AF, jak i jakości obrazu. Producent obiecuje, że jako szkło z serii L, zaoferuje nam wzorową optykę, z wysoką rozdzielczością i bardzo dobrą korekcją wad optycznych. Jak to wygląda w praktyce? Obiektyw mieliśmy okazję przetestować tylko pobieżnie, ale już teraz widać, że w zakresie ostrości jest naprawdę dobrze. Szkło oferuje wysoką rozdzielczość w całym zakresie przysłon i wydaje się kontrastowe.
Jeżeli chodzi o wady optyczne, to klasycznie już dla współczesnej optyki, redukowane są one programowo. Korekcja dystorsji narzucona jest automatycznie i nie możemy jej wyłączyć. Z kolei wyłączenie korekcji winietowania odsłania przed nami rzeczywiste, mocne wyciemnienie dużej części kadru, które zanika dopiero przy f/11. W realnym zastosowaniu to oczywiście żaden problem, gdyż finalnie nie ma to żadnego znaczenia - profile korekcji świetnie ten problem eliminują. Do tego, trzeba też pamiętać, że dzięki takim praktykom szkło mogło zachować swoje przystępne wymiary.
Fantastyczną cechą tego obiektywu jest również bardzo krótka minimalna odległość ostrzenia, przekładająca się na duże powiększenie, dzięki któremu obiektyw ten dobrze nadaje się do fotografowania małych obiektów i pozwala na ciekawe przerysowanie ujęć szerokokątnych. Oficjalna specyfikacja podaje, że ostrzyć możemy z 24 cm dla całego zakresu ogniskowych, co przełoży się na powiększenie 0,14x w przypadku ogniskowej 20 mm i 0,33x przy ogniskowej 50 mm. Wydaje mi się jednak, że w praktyce jest nieco lepiej, gdyż przy poniższym zdjęciu na szerokim kącie niemalże dotykałem śrub na kole przednią soczewką obiektywu.
Poza tym, szkło ma do zaoferowania też całkiem przyjemne i plastyczne rozmycie (na tyle, na ile jest w stanie pozwolić światło f/4) i wyposażone jest w układ optycznej stabilizacji, która bardzo dobrze wspólpracuje ze stabilizacją sensora i skutecznie stabilizuje ujęcia. Co ciekawe, nieźle sprawdza się także w ruchu, gdzie ogranicza nieprzyjemne skoki spowodowane stabilizacją matrycy (do filmowania ujęć w ruchu najlepiej jednak i tak wyłączyć układ IBIS).
Canon RF 20-50 mm f/4L IS USM PZ wydaje się też doskonale współpracować z systemem AF. Dzięki trzem silnikom liniowym USM, obiektyw potrafi przeostrzać momentalnie w przypadku zdjęć, ale również zachowywać płynność i dużą kulturę pracy przy ujęciach wideo. Generalnie, jak to bywa w przypadku szkieł USM, mamy do czynienia z wzorową wydajnością układu AF i trudno się tu do czegoś przyczepić.
Pierwsze wnioski
Canon EOS R6 V i obiektyw Canon RF 20-50 mm f/4L IS USM PZ to bardzo atrakcyjne i praktyczne rozszerzenie filmowej oferty Canona, które ma szansę przyciągnąć do systemu R więcej młodych, ale sfokusowanych już na ambitną pracę twórcówwideo, jacy do tej pory rozwiązań dla siebie szukali głównie w systemie konkurencji. Mamy tu naprawdę doskonałą specyfikację i bardzo konkurencyjne możliwości, które producent zamyka w korpusie atrakcyjnie wycenionym. Przy cenie 11999 zł, nowy R6 V to prawdopodobnie najlepiej wyposażona kamera tego segmentu, która - co według mnie warto podkreślić - jest w tym segmencie także najlepszą hybrydą, umożliwiającą całkiem komfortową pracę fotograficzną (jeśli zaakceptujemy brak wizjera i migawki mechanicznej).
Przy okazji chciałbym uspokoić osoby, które mogą być nieco zmylone marketingiem tego modelu. Podczas gdy producent przedstawia R6 V jako urządzenie do nagrywania wysokiej jakości, ale jednak głównie typowo instagramowego/influencerskiego contentu, jest to kamera będąca w stanie udźwignąć większość profesjonalnych realizacji, z jakimi mamy do czynienia na co dzień. Teledyski, dokumenty, relacje, wywiady czy reklamy dla marek, które w swoim budżecie nie zakładają zatrudniania całego domu produkcyjnego - to wszystko i wiele więcej nowym R6 V ogramy bez najmniejszego problemu.
Świetnie prezentuje się także obiektyw Canon RF 20-50 mm f/4L IS USM PZ, który ze swoją specyfikacją i możliwościami staje się w zasadzie naturalną parą dla nowego R6 V i który, jak na Canona, jest też całkiem przyzwoicie wyceniony (6549 zł). Oczywiście, nagrywać dobrze wyglądające wideo jesteśmy dziś w stanie taniej, ale biorąc pod uwagę ogół możliwości, wraz z wysokiej jakości kodekami, profesjonalnym profilem Canon Log 2, zapisem Open Gate, rejestracją 4K 120 kl./s i wzorową pracą AF, możliwość złożenia stosunkowo uniwersalnego zestawu do pracy wideo w cenie ok. 15 tys. złotych wydaje się dziś zupełnie sensowną ofertą.
Mimo wszystko, nowa premiera ma też drobne, ale jednak wady. Choć EOS R6 V targetowany jest na social media, to jednak nie otrzymuje zaawansowanego wbudowanego mikrofonu jak podobnie plasowane modele konkurencji. Producent na siłę ogranicza też konkurencyjność względem wyższego modelu C50 - poprzez brak możliwości podłączenia natywnego uchwytu ze złączami audio. Konstrukcji nakierowanej na wideo dobrze zrobiłby też nieco bardziej zaawansowany ekran poglądowy, a wizerunku ciekawej hybrydy mógłby dopełnić opcjonalny wizjer.
W końcu zostaje też kwestia zamkniętego systemu optyki. Choć Canon EOS R6 V to konstrukcja bardzo atrakcyjna, to jednak głównie dla osób z budżetem. Wielu „twórców contentu”, którzy dopiero rozkręcają swoją działalność będzie gotowych na kompromisy w zakresie aparatu/kamery, żeby tyulko mieć dostęp do taniej optyki. W systemie Canona tej w zasadzie nie ma - w tym temacie nasz wybór ogranicza się głównie do szkieł manualnych lub podłączania starszych konstrukcji EF przez adapter.
Wszystko więc rozbija się tu o zasobność portfela. Jeśli dysponujemy łącznym budżetemna poziomie 20 tysiecy złotych, Canon EOS R6 V będzie bardzo ciekawym wyborem na zbudowanie zestawu do pracy zawodowej. Jeśli nie, prawdopodobnie rozsądniejszym wyborem będą alternatywy z innych systemów.
- Imponująca specyfikacja wideo
- Zapis Open Gate
- Zapis 4K do 120 kl./s bez cropa
- Stabilizacja sensora
- Jeden z najlepszych układów AF na rynku
- Rozbudowana ergonomia
- Aktywny system chłodzenia
- Wydajny tryb fotograficzny
- Użyteczny obiektyw 20-50 mm f/4L IS USM PZ
- Konkurencyjna cena
- Brak możliwości podłączenia górnego uchwytu
- Ekran LCD mógłby być większy
- Tylko elektroniczne sterowanie zoomem w obiektywie 20-50 mm
- Zamknięty system optyki
Zdjęcia przykładowe
Poniżej możecie zobaczyć zdjęcia przykładowe, wykonane obiektywem RF 20-50 mm f/4L IS USM PZ podpiętym do body Canona EOS R6 V, na standardowych ustawieniach obrazu, z włączonymi profilami korekcji.
Zdjęcia przykładowe do pobrania: