Nikon D6 - pierwsze wrażenia

Po 4 latach od premiery poprzednika Nikon prezentuje wreszcie nową wersję flagowej lustrzanki, która chyba po raz pierwszy niczym nie zaskakuje. Czy stosunkowo niewielkie usprawnienia są wystarczające, by skłonić zawodowców do przesiadki na wyższy model?

0
Maciej Luśtyk
12 Luty 2020
Artykuł na: 9-16 minut

Nikon D6 oficjalnie zapowiadany był już od września. Data premiery nie była zresztą żadną niespodzianką - systematycznie, od lat czołowi producenci prezentują swoje lustrzankowe monstra w roku, na który przypadają Letni Igrzyska Olimpijskie. Jeszcze przed oficjalną premierą aparat narobił wokół siebie sporo szumu, m.in. ze względu na pojawiającą się w przeciekach informację o stabilizowanej matrycy. Mając w pamięci dobrze przyjęty model D5, użytkownicy nastawiali się na rewolucję, a ostatnia premiera flagowego korpusu Canona tylko zaostrzała apetyt na to, co pokaże nam Nikon.

Z dużej chmury mały deszcz

Tymczasem dzisiejsza oficjalna premiera modelu okazała się… jeśli nie rozczarowująca, to przynajmniej średnio ekscytująca. Nie tylko nie mamy do czynienia z żadną rewolucją, ale otrzymujemy ogólnie niewielkie usprawnienia względem poprzednika, co rodzi pewne pytania odnośnie zaangażowania inżynierów i priorytetów producenta.

Aby dobrze zrozumieć nasze zdziwienie należy cofnąć się do premier poprzednich generacji flagowego korpusu. Praktycznie każdy z nich miał coś istotnego do powiedzenia. Nikon D5 otrzymał na przykład nowszą matrycę, atakował rekordowymi pułapami czułości ISO, lepszą ergonomią, usprawnionym systemem AF, czy wreszcie możliwością filmowania w rozdzielczości 4K. A to i tak tylko szybki skrót usprawnień, jakie otrzymaliśmy.

W przypadku nowego Nikona D6 nowości jesteśmy w stanie policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście można bronić producenta, że już model D5 był w zasadzie kompletnym aparatem reporterskim i teraz, podobnie jak w przypadku Sony A9 II, pozostało już jedynie szlifowanie diamentu. Niemniej jednak Canon pokazał, że w tym temacie można zdziałać znacznie więcej, pozostając jednocześnie na tym samym pułapie cenowym (choć w Polsce nowy Nikon wyceniony został nieco taniej niż Canon EOS-1D X Mark III, oficjalna zachodnia cena aparatu jest identyczna). Tym samym walka przestaje się już toczyć o nowego użytkownika, a głównym problemem pozostaje to, czy oferowane usprawnienia są wystarczające, by skłonić użytkowników niższych modeli (lub wcześniejszej wersji flagowca) do przesiadki na nowy korpus. Jak więc wygląda to w rzeczywistości?

Korpus otrzymał w zasadzie kosmetyczne modyfikacje, niemniej jednak wbudowane moduły łączności bezprzewodowej, możliwość podpięcia kłódki czy wsparcie dla nowych szybkich kart fotografowie przyjmą z radością

Najnowszą lustrzankę mieliśmy okazję poznać jedynie pobieżnie, podczas dzisiejszej oficjalnej premiery aparatu. Na głębszy wgląd w wydajność aparatu będziemy musieli poczekać, aż trafi on w nasze ręce na dłużej, niemniej jednak już teraz możemy podzielić się z wami pierwszymi wnioskami płynącymi z obsługi i możliwości aparatu. 

Zacznijmy od konstrukcji. Bryła aparatu, jak i jego ergonomia pozostały praktycznie niezmienione, korpus otrzymał jednak delikatnie płytszy grip (zwłaszcza pionowy), co jest właściwie niezauważalne gołym okiem, ale wyczuwalne podczas bezpośredniego porównania obydwu modeli w ręku. Jak wpłynie to na komfort pracy? Na razie trudno ocenić, choć raczej preferujemy jak najgłębsze uchwyty.

Oprócz tego otrzymujemy delikatnie bardziej uwydatnioną tarczę trybów po lewej stronie górnego panelu oraz nieco wyższą kopułkę wizjera, w której teraz umieszczono wbudowany moduł Wi-Fi i GPS (po raz pierwszy w serii) oraz złącze USB-C. Oprócz tego, otrzymujemy wejście na kłódkę Kensington, co może okazać się pomocne dla fotografów wyzwalających aparaty zdalnie oraz - co jest chyba najbardziej istotną zmianą - nowy podwójny slot kart, który w zależności od wersji obsługiwać będzie wyłącznie karty XQD lub CFExpress. Niestety producent porzuca jednocześnie wsparcie dla zwykłych kart CF (biorąc pod uwagę nieznacznie zmienione osiągi, być może nieco pochopnie).

Mniej punktów AF, ale doskonalsze śledzenie i taki sam obszar działania

To w zasadzie tyle jeśli chodzi o nowości w samej konstrukcji. Co zmieniło się “pod maską”? Główną nowością jest usprawniony układ AF, który choć oferuje wyjściowo mniejszą liczbę punktów (105 względem 153 w modelu D5), to ma być jeszcze skuteczniejszy od swojego poprzednika. Po pierwsze dlatego, że punkty są większe, a przez to gęściej upakowane. Po drugie, punkty te można nazwać potrójnie krzyżowymi - pomiar dokonywany jest przez 3 czujniki poziomie i 3 czujniki pionowe, dzięki czemu aparat znacznie precyzyjniej radzić ma sobie ze śledzeniem obiektów, które teraz ani przez chwilę nie znajda się w martwym dla systemu AF punkcie.

Schemat układu punktów AF w wizjerze modelu Nikon D6

Schemat pojedynczego punktu AF modelu Nikon D6

Dla porównania schemat punktów AF w modelu Nikon D5

Ponadto otrzymujemy zwiększone możliwości personalizowania aktywnej grupy punktów, co ułatwić ma śledzenie w różnych specyficznych sytuacjach. W przypadku pomiaru wielopunktowego (3D) możemy z kolei skorzystać z priorytetu oka, gdzie system AF podczas śledzenia będzie się starał utrzymywać ostrość właśnie na nim.

Sam autofokus oferuje czułość do -4,5 EV w przypadku 15 punktów centralnych i 4 EV w przypadku reszty. Co prawda producent nie informuje dla jakiej przysłony podawane są te wartości, ale możemy spodziewać się, że w praktyce będzie podobnie jak w najnowszym Canonie, który deklaruje skuteczność -6 EV, ale dla przysłony f/1.2.

Nowy procesor dał konstrukcji lekkiego kopa. Tryb seryjny nie urywa głowy, ale powinien okazać się w zupełności wystarczający

Uaktualniony został także procesor obsługujący matrycę. Najnowszy układ Expeed 6 nie wprowadza być może rewolucji, ale nieco rozwija możliwości aparatu w zakresie szybkiej pracy. Z pełnym wsparciem systemu AF możemy teraz fotografować z prędkością 14 kl./s w trybie migawki mechanicznej i 10,5 kl./s w trybie migawki elektronicznej. Nie są to może tak zawrotne prędkości, jak w przypadku lustrzanki Canona, ale - nie popadajmy w paranoję - w zupełności wystarczające w zasadzie na każda okazję. W dodatku, jeśli komukolwiek byłyby potrzebne szybsze serie, może skorzystać z trybu, w którym aparat zapisze zdjęcia z prędkością 30 kl./s w zmniejszonej rozdzielczości 8 Mp, lub 60 kl./s w rozdzielczości 2Mp.

Jeżeli chodzi o pojemność bufora, producent jak na razie nie zdradza zbyt wielu informacji, jednak wykorzystanie kart CFExpress każe nam wierzyć, że będziemy mogli cieszyć się podobną frywolnością zapisu jak w przypadku korpusu Canona. Z drugiej strony, gdyby miało być widocznie lepiej niż u poprzednika, Nikon prawdopodobnie nie omieszkał by o tym nadmienić w materiałach prasowych.

No i cóż… wygląda na to, że to już wszystkie istotne nowości sprzętowe. Zanim jednak machniemy ręką na aparat, warto przyjrzeć się także nowościom firmware’owym, które dla osób pracujących w warunkach “bojowych” mogą okazać się główną karta przetargową, przemawiającą za aktualizacją na najnowszy model. Nikon bowiem odrobił pracę domową i bardzo rzetelnie podszedł do kwestii wygody pracy, która obejmuje przecież nie tylko samo wciskanie spustu migawki.

Ukłon w stronę fotografów sportowych

Otrzymujemy m.in. możliwość dodawania notatek głosowych do zdjęć, szybkiego filtrowania materiału i zapisywania pomniejszonych plików JPEG na drugiej karcie czy np. nadawania poszczególnym zdjęciom priorytetu w przypadku ich transferowania, dzięki czemu fotografowie będą mogli mieć pewność, że najważniejsze zdjęcia jako pierwsze trafią na serwery agencji. Co ważne, wszystko to da się zrobić szybko i wygodnie za pomocą ruchów palca na ekranie dotykowym, którego funkcjonalność tym razem nie jest już tak okrojona jak w modelu D5 - możemy m.in dotykowo kontrolować także menu pomocnicze.

Ważną nowością są także bardziej rozbudowane możliwości personalizacji aparatu. Łącznie personalizować możemy 14 przycisków, a do każdego z nich możemy przypisać aż 64 różne funkcje. Oprócz tego możemy też programować zestawy ustawień, obejmujące także schematy pracy AF czy balansu bieli i szybko przywoływać je określonym przyciskiem.

Na koniec informacja z pozoru mało istotna, ale kluczowa dla osób pracujących na stadionach. Producent informuje, że przesyłanie materiału za pośrednictwem złącza Ethernet będzie około 15% szybsze niż w przypadku modelu D5. To niewiele, ale właśnie te 15% może dać nam przewagę w wyścigu o najszybsze przesłanie zdjęć do agencji.

Jeżeli jesteśmy już przy temacie transferu, warto nadmienić, że wbudowany moduł Wi-Fi raczej nie będzie oferował dużego zasięgu. Podczas premiery mówiono o kilku, co najwyżej kilkunastu metrach. Osoby nastawione na bezprzewodowe przesyłanie materiałów nadal będą więc raczej musiały wyposażyć się w radiowy transmitter WT-6. Wbudowane moduły Wi-Fi i GPS ułatwią jednak z pewnością zgrywanie materiału na urządzenia mobilne i zdalne sterowanie aparatem.

Pierwsze wnioski

To już w zasadzie wszystkie najważniejsze nowości, jakie ma nam do zaoferowania nowy Nikon. Czy rzeczywiście od aparatu tego typu powinniśmy wymagać więcej? Jesteśmy przekonani, że nowy korpus doskonale poradzi sobie w pracy, do jakiej został zaprojektowany (już model D5 wypadał niemal wzorowo), niestety producent kolejny raz pomija ważne kwestie, które dla świata lustrzanek mogą stać się przysłowiowym “być, albo nie być”.

Przede wszystkim najnowszy Nikon D6 nie idzie tropem Canona i nie sprawia, że po przełączeniu w tryb Live View zamieni się w potężnego bezlusterkowca. Oczywiście otrzymujemy funkcję bezgłośnej migawki czy inne udogodnienia znane z serii Z, ale raczej nie możemy tu liczyć na skuteczność ostrzenia porównywalną z konkurencyjnym systemem Canona. Tak samo po macoszemu potraktowany został tryb filmowy. Mamy rok 2020, najnowszy korpus konkurencji pozwala na filmowanie w formacie RAW w jakości 5,5K i oferuje 10-bitowego Log-a, a tymczasem w Nikonie nasze możliwości nadal kończą się przy 4K 30 kl./s, gdzie główną nowością jest pojawienie się peakingu ostrości.

Przeczytaj także:
Nikon D6 - lepszy, ale bez fajerwerków
Miała być rewolucja, jest… hm… No cóż, jak na 4 lata od premiery poprzednika, nowy model wprowadza bardzo niewielkie usprawnienia. Okażą się one jednak istotne dla tych, do których adresowany jest aparat. [Czytaj więcej]

Ogólnie rzecz biorąc, na tle najnowszego Canona propozycja firmy Nikon wypada dość blado i z pewnością nakierowana jest na węższą grupę odbiorców. Należy jednak pamiętać, że osoby te rzadko kiedy korzystają z trybu Live View czy filmowania, także podejście Nikona nie jest tu zupełnie pozbawione logiki. Zwłaszcza że otrzymujemy też szereg funkcji, które znacznie zwiększyć mają komfort pracy ze zdjęciami. Szkoda tylko, że ogólne skromne usprawnienia nie znajdują odbicia w cenie - na polskim rynku za aparat zapłacimy 30999 zł.

Dodaj ocenę i odbierz darmowy numer DCP
Digital Camera Polska

Tłumacz i fotograf, codziennie selekcjonuje dla Was porcję najciekawszych newsów ze świata fotografii. Zafascynowany nowymi technologiami, choć woli fotografować analogiem. Prywatnie niespełniony snowboardzista i spełniony tata.

Komentarze
Więcej w kategorii: Aparaty
Fujifilm X100V - zdjęcia przykładowe
Fujifilm X100V - zdjęcia przykładowe
Fuji X100V to najnowsza propozycja producenta z segmentu zaawansowanych kompaktów. Pod względem możliwości X100V prezentuje się na aparat wręcz idealny do fotografii ulicznej. Mały, cichy, z...
4
0
Fujifilm X-T4 - pierwsze wrażenia
Fujifilm X-T4 - pierwsze wrażenia
Najnowszy bezlusterkowiec Fujifilm ma być wreszcie pełnoprawnym, “profesjonalnym” korpusem, który zacementuje pozycję producenta jako lidera segmentu APS-C. Aparat...
27
0
Fujifilm X100V - pierwsze wrażenia
Fujifilm X100V - pierwsze wrażenia
Kolejna, piąta już inkarnacja popularnej „setki” ma być aparatem kompletnym. „Poprawiliśmy prawie wszystko” - przekonują nas inżynierowie - sprawdźmy więc, jak im...
27
1
Powiązane artykuły