Artykuł ukazał się w magazynie Digital Camera Polska 2/2026
Widzimy się w porze śniadaniowej. Wolisz poranki czy wieczory?
Kiedyś zdecydowanie wolałam wieczory. Byłam grafikiem, więc łatwiej pracowało mi się nocą, kiedy wszyscy spali i nic mnie nie rozpraszało. Dziś jednak moja praca opiera się na kontakcie z ludźmi i mam poczucie, że jestem zdrowsza, bardziej produktywna, kiedy zacznę dzień wcześniej od reszty świata. Dlatego bardzo lubię różnicę czasu w stronę Azji: kiedy u mnie jest 15:00, tam dopiero wszyscy się budzą, i mam poczucie takiej małej wygranej.
Byłaś niedawno w Azji.
W Indonezji. Dwa tygodnie czystego odpoczynku. Chociaż akurat tym razem byłam w wyjątkowo dobrym nastroju, więc dużo fotografowałam swoich przyjaciół. Ale często bywa tak, że jestem tak zmęczona, że nie mogę patrzeć na aparat przez dwa tygodnie.
Wielu fotografów, nawet na wakacjach, wrzuca informację: „hej, będę wtedy i wtedy w tym miejscu, mam wolne terminy na sesję”.
Czasem tak, ale rzadko. Lubię zostawiać przestrzeń i zobaczyć, co samo się wydarzy. Otwarty kalendarz często przynosi najlepsze, spontaniczne sytuacje. Prawdziwe wakacje mam zwykle raz, czasem dwa razy w roku, i traktuję je jak święto. Kiedyś nie umiałam odpoczywać, a dziś wiem, że urlop jest konieczny dla higieny psychicznej. To moment na przewietrzenie głowy z rutyny i zawodowego overthinkingu.
Jednym z Twoich zleceń było fotografowanie profesjonalnego snowboardzisty, choć sama jeszcze średnio jeździłaś. Często skaczesz na głęboką wodę. Zdarza Ci się „podtopić”?
Oczywiście. Mam pełne spektrum emocji: wątpliwości, frustrację, strach, że coś pójdzie nie tak. W takich momentach zatrzymuję się i świadomie zmieniam narrację w głowie: „ufamy temu procesowi, doprowadził nas tu”. To mentalny trening. A strach pojawia się zawsze, ale tuż obok stoi ekscytacja. I często udaje się to przestawić.
Prócz zaplecza graficznego wywodzisz się też z fotografii sportowej. Jak to wpływa na Twoją dzisiejszą pracę?
Pracowałam m.in. dla Red Bulla, fotografując sporty, które same w sobie nie były moją pasją, na przykład piłkę nożną. To było bardzo cenne doświadczenie, bo nauczyło mnie patrzeć szerzej: nie muszę dzielić pasji fotografowanej osoby. Wystarczy, że mam w sobie pojemność na drugiego człowieka.
bez perfekcjonizmu
Zauważyłam też coś odwrotnego: im lepiej sama jeździłam na snowboardzie, tym bardziej technicznie oceniałam kadry. A najpiękniejsze zdjęcia powstają z beztroską radością, bez perfekcjonizmu. Później przychodzi szlif, i tam zaczynają się schody.
Twoja kariera rozwinęła się bardzo szybko. Zerkasz jeszcze czasem wstecz i myślisz: „wow, to się wydarzyło naprawdę, jestem fotografką”?
Coraz częściej przypominam sobie, że nie muszę być „tylko fotografką”. Ogromnie dużo dał mi pięciotygodniowy kurs filmowy w Pradze. Byłam tam w grupie ludzi z pokolenia po 2000 roku, bardzo emocjonalnie świadomego. I zobaczyłam, że fakt, iż jestem fotografką z Polski, niczego nie „ugrywa”. Oni chcieli poznać człowieka, nie jego portfolio. Spędziłam pięć tygodni z ludźmi spoza mojej branży, to było jak reset. Łatwo wpaść w nieświadomą identyfikację z zawodem, zwłaszcza jeśli wkłada się w niego serce.
Wspominałaś kiedyś, że perspektywa Twoja i klienta bywa zupełnie inna: dla Ciebie to jedno z wielu zleceń w tygodniu, dla niego ważny, rzadki moment. Jak znajdujesz zasoby, by każdemu klientowi poświęcić wystarczająco dużo uwagi?
Na ratunek przychodzą briefy. Przy projektach komercyjnych moim zadaniem jest zrozumienie: co fotografuję, jaki jest cel, do kogo chcę dotrzeć. I mam umiejętność bardzo szybkiego wyciszenia się, żeby poszukać pomysłu. Sześć sesji tygodniowo to dużo. Nie zawsze mam tyle przestrzeni, ile chciałabym, żeby projekt był idealny. Dlatego czasem zatrudniam retuszerów, kolorystów i wspólnie domykamy sesję. To absolutnie normalna praktyka i sesje na tym nie tracą, a moim zdaniem wręcz zyskują.
Oczywiście nie wszystkie projekty są równie angażujące. W jednych mam tylko nanieść uwagi i wnieść swój styl, w innych współtworzyć koncepcję. Są też bardzo proste koncepty, które robią wrażenie, a doświadczonej osobie ich wykonanie zajmuje niewiele czasu. Jeśli wiesz, po co idziesz na plan, nie jest to przytłaczające.
Pomówmy więc o dwóch typach sesji: tych, w których współtworzysz pomysł, i tych, w których jest tej inicjatywy mniej. „Emily w Krakowie”, aktorzy z serialu pojawiają się przy odniesieniach do krakowskich symboli. Na ile była to Twoja inicjatywa, a na ile gotowy pomysł od zleceniodawcy?
Przy tym zleceniu dostałam bardzo jasny komunikat: zależy im na reporterskim ujęciu, pokazaniu Krakowa i na mojej interpretacji motywu z serialu. Klient przyszedł po mnie świadomie. Lubię kreować sytuację, która pozwala bohaterom coś przeżyć. Kiedyś mówiłam, że nie lubię rzeczy wyreżyserowanych, ale dziś wiem, że reżyserowanie polega właśnie na tworzeniu sytuacji, którą ktoś może przeżyć naturalnie, a ja to udokumentować.
Z moim rosnącym zainteresowaniem światem filmu zrozumiałam, że dokładnie na tym polega reżyserowanie: na wykreowaniu sytuacji. Przy tej sesji zaczęłam od rozmowy z chłopakami: powiedziałam, co będziemy robić, że będziemy spacerować po kluczowych miejscach Krakowa, że będą dużo jedli (śmiech). Niech ta sytuacja sobie płynie, niech czują się trochę jak na planie filmowym, zwłaszcza że mieliśmy też tego dnia kręcony film. Ja wniosłam ze swojej strony dokumentalny sposób patrzenia, a oni swoją osobowość połączoną z umiejętnością aktorską. Nie przerywali po 15 sekundach, żeby zapytać, czy robią to dobrze, po prostu dobrze się bawili. Taka forma fotografowania działa tylko wtedy, kiedy wszyscy naprawdę przeżywają to, co się dzieje.
W podobny sposób realizujesz kampanie marki Surf inc, pewnie stąd ich naturalny klimat, że te sytuacje naprawdę przeżywacie, jak znajomi na wakacjach?
Tak było głównie na początku, gdy produktów do sfotografowania było mało. Teraz to wygląda inaczej: jest intensywne przebieranie się wiele razy dziennie, próba ogarnięcia ogromnej liczby rzeczy. Ale wciąż jesteśmy bardzo zgraną ekipą, znamy się, lubimy, mamy sprawdzone workflow, to pomaga. Bardzo cenię to, że dobierają bohaterów sesji z myślą o społeczności, którą budują: to są osoby związane ze światem surfingu, więc wejście w rolę jest dla nich naturalne.
Wspomniałaś o rosnącym zainteresowaniu filmem. To decyzja zawodowa czy bardziej hobbystyczna?
Myślę, że to zainteresowanie gdzieś tam sobie istniało wcześniej, ale nigdy nie krzyknęło we mnie wystarczająco głośno. Aż do tego roku. Nie wiem, gdzie mnie to zaprowadzi, tak samo nie wiedziałam sześć lat temu, czy fotografia stanie się moją pracą. Czuję, że film mnie porusza i że go potrzebuję. Nie chcę robić „ruchomych wersji moich zdjęć”. Film to zupełnie inny język. Oglądam dużo filmów, uczę się światła, ruchu, pracy kamery. Na razie to się we mnie formuje.
Fotografujesz i analogiem, i cyfrą i, z tego, co słyszałam, nie jesteś z tych, którzy uważają, że AI zrobi nam krzywdę. Bardziej przyglądasz się i zastanawiasz, jak możesz z tego korzystać?
Nie szczególnie się nad tym zastanawiam, po prostu wiem, że istnieje i że nie ma sensu stawać okoniem. A już kompletną stratą czasu, i może to będzie kontrowersyjne, jest dla mnie wydawanie opinii w tym temacie. Kiedy większość ludzi traci czas na bezproduktywne komentowanie, inni po prostu robią rzeczy. Coraz częściej myślę też o tym, dlaczego ciągnie mnie do miejsc „nieprzejętych” przez cywilizację. Lubię robić rzeczy, których nie da się zastąpić, jak wysiłek fizyczny. Można wygenerować obrazek surfera na gigantycznej, nieistniejącej fali, ale to nie niesie żadnej wartości.
Fascynuje nas to, co jest prawdziwe: wysiłek, decyzja, strach, droga. Dlatego śledzimy takie wyprawy jak te Andrzeja Bargiela, bo wiemy, że on naprawdę był na tym Evereście, musiał wymyślić trasę, zmierzyć się z trudnością braku tlenu. Tego nie da się „wygenerować”. I chyba dlatego ta autentyczna, ludzka część świata jest dla mnie nadal najciekawsza. Jeśli będziemy używać AI jako narzędzia, to w naszych rękach jest to, co się z tym dalej stanie.
Kiedy o tym mówiłaś, pomyślałam, że to dwie różne rzeczy: kreowanie świata za pomocą AI i używanie AI do usprawnienia procesów, które normalnie są żmudne, co może wręcz dać nam więcej przestrzeni na kreatywność.
Tak! I powiem zupełnie szczerze: jeśli jako społeczeństwo dojdziemy do miejsca, w którym wystarczy nam wygenerowany obrazek kogoś dokonującego niemożliwego, to mówiąc brutalnie, jesteśmy przegrani jako mieszkańcy tej planety. A dopóki cieszymy się z realnych osiągnięć, kibicujemy ludziom, przyjaciołom, śledzimy ich wysiłki i wyzwania, dopóty sztuczna inteligencja nie jest w stanie nas „wybić”, tak jak lubią straszyć niektórzy.
Wiele marek, które fotografujesz, prowadzą Twoi znajomi albo osoby, z którymi się zaprzyjaźniłaś, robiąc dla nich już kolejne zlecenia. Łatwiej Ci się fotografuje dla przyjaciół czy dla zleceniodawców, z którymi nie jesteś związana?
Długo szukałam balansu. Przez lata łatwiej pracowało mi się z obcymi, najlepiej w formalnych strukturach: agencja, klient, jasne zasady. Z czasem zrozumiałam, że sama mogę wyznaczać granice także w prywatnych relacjach. Zostały przy mnie osoby, które to respektują i również ich potrzebują. Na wakacjach nie rozmawiamy o pracy, a w pracy utrzymujemy więcej formalności, skupiając się na zadaniu.
boomersko-millenialsowe hasło, które nie szanuje granic
Czyli teraz, jeśli ktoś, kogo dobrze znasz, krytykuje Twoją pracę albo daje uwagi, to jest to dla Ciebie łatwe do przyjęcia?
Tak, bo czemu miałabym dyskredytować zdanie tej osoby bardziej niż zdanie kogoś obcego? Wręcz przeciwnie. Poza tym... Nie chcę mówić „klient nasz pan”, bo to jest takie boomersko-millenialsowe hasło, które nie szanuje granic, ale ja pracuję w usługach. Wchodząc na plan, moim zadaniem jest mieć najlepsze możliwe wyobrażenie, czego ta osoba potrzebuje. Ale muszę mieć margines błędu: to nie jest moja marka. Nawet na planie może się okazać, że moja interpretacja jest trafna w 90%, ale potrzebuje korekty. I dlatego jestem otwarta na opinie, przyjaciół czy obcych, dużych projektów czy malutkich.
Jak przy takiej liczbie sesji, wyjazdów i zmian lokalizacji panujesz nad archiwum zdjęć?
Około 90% moich sesji obsługuje Daylight Studio: rental, studio i asystenci, którzy dbają o backup. To ogromna ulga, bo nie wszystko zależy ode mnie i mojego błędu. Wciąż jednak mówimy o terabajtach zdjęć i dziesiątkach dysków. Z czasem nauczyłam się archiwizować i wyrzucać to, do czego wiem, że nie wrócę.
A prywatne zdjęcia? Chaos czy porządek?
Prywatne archiwum wygląda jak szuflada ze skarpetkami, żadna nie ma pary. Opisuję je jak zawodowe, od daty, żeby dało się je odnaleźć. Potem zaczyna się chaos, ale przynajmniej jest jedna szuflada, a nie bałagan w całym pokoju.
Przewożenie sprzętu w podróży. Większość rzeczy leci przecież w bagażu podręcznym, a ten ma ograniczenia wagowe. Muszę być bardzo silna i udawać, że mój plecak jest lekki (śmiech).
Na większe zlecenia lecimy zwykle w kilka osób, więc dzielimy sprzęt, a statywy czy akcesoria bez baterii mogą iść do bagażu rejestrowanego. Ryzyko zawsze istnieje, ale dziś sprzęt można wypożyczyć prawie wszędzie. Przy mniejszych realizacjach lecę sama i wiozę wszystko ze sobą, ale pakowanie jest już prostsze niż kiedyś. Dziś, od razu po naszej rozmowie, jadę na zlecenie, o którym dowiedziałam się w ostatniej chwili. I już zanim przyszłaś, wyobraziłam sobie mój plecak i przeszłam w głowie przez listę rzeczy. Cyk, spakowana.
Zbliżając się do końca, co dla Ciebie jest dziś sukcesem artystycznym?
Nie wiem. Chwilowo nie lubię słowa „sukces”.
Spełnienie?
„Spełnienie” też nie, bo te słowa zakładają, że jest jakiś szczyt, na który się wchodzi, jakby dalej nic już nie było. I dodatkowo wywołują presję. Ja cały czas staram się wracać pamięcią do tego pierwszego stanu, kiedy liczyła się radość z fotografowania i pogoń za dobrym zdjęciem. Bo później dochodzą inne determinanty: rosnące wymagania, prestiż, dopaminowe uzależnienie od reakcji odbiorców, a przecież w definicji fotografii nie ma ani słowa o sukcesie.
Zamiast jednego „wielkiego spełnienia” wolę codzienne mikro-spełnienia: dobre relacje, dobrze wykonana praca, satysfakcja z procesu. Surfing jest tu dobrą metaforą. Ostatnio pojechałam na wyjazd bez presji progresu, moim celem było po prostu „party wave”, czyli złapać falę z przyjaciółkami. I złapałyśmy jedną, we trzy, z krzykiem i śmiechem. To uczucie, które mi wtedy towarzyszyło, jest dla mnie ważniejsze niż jakikolwiek „szczyt”. Ambicja i rzemieślniczy aspekt są ważne, ale są składową, nie determinantą.
Dziękuję za rozmowę!
Twórczość Doroty łączy w sobie sztukę i komercję, a jej cechy charakterystyczne to uważność na detale, spontaniczność i delikatność.
Ig: @szulcworks