Cześć Tomek, co cię teraz w fotografii najbardziej interesuje - nie tylko w swojej pracy, ale w ogóle, globalnie? Co śledzisz, co cię pobudza?
Cześć! Nigdy nie byłem przesadnie na bieżąco z trendami w fotografii. Co gorsza, od czasu do czasu zupełnie tracę zainteresowanie fotografią, więc odpowiedź na to pytanie nie będzie jednoznaczna. Oczywiście dostrzegam, że język fotografii nieustannie się zmienia poszukując nowych form wypowiedzi. Efekty potrafią zaskakiwać zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Sam staram się trzymać starego, dobrego abecadła dokumentalisty. Portret, krajobraz, detal. Mieszanka tych składników oraz umiejętne sekwencjonowanie pozwala na swobodne opowiadanie w zasadzie każdej historii. Nie jest to metoda szczególnie oryginalna, ale jej prostota bardzo mi odpowiada. Jeśli już szukam inspiracji, to z ochotą sięgam po historię fotografii. Jestem przekonany, że nawet najbardziej nowatorskie pomysły mają swoje odzwierciedlenie w historii. Chcesz być na czasie? Sięgaj do historii, sięgaj do źródeł. Paradoks wykraczający daleko poza samą fotografię.
Route 44 - twój pomysł czy propozycja muzeum, i ile miałeś w tym projekcie wolnej ręki? Piszesz o „autorskim zapisie podróży" - co to znaczy w projekcie realizowanym na zlecenie instytucji, z wymiarem badawczym? Zdjęcia ilustrują tezy etnografów, czy budują własną narrację?
Z Muzeum Miejskim w Bieruniu współpracuję od wielu lat. Dotychczas mój udział we wcześniejszych projektach odpowiadał na określone potrzeby instytucji, był ściśle powiązany z merytorycznymi wymogami danego projektu. Route 44 jest pod tym względem wyjątkowy. Fotografia nie jest tu ilustracją tego, czy innego zagadnienia. Jest autonomiczną wypowiedzią na temat. Mogłem sobie pozwolić na takie podejście za sprawą Agnieszki Szymuli - dyrektorki instytucji. Dzięki jej zaufaniu mój wkład w projekt przybrał - mam nadzieję - autorski charakter. Mam też nadzieję, że podobnie myśli cały zespół badawczy w odniesieniu do własnej pracy. Co więcej, udało nam się wypracować pewien model działania, który - ubolewam - wciąż nie jest powszechny w polskim muzealnictwie. Czas nie stoi w miejscu, dokumentować należy wszystko, a świetnych fotografów-dokumentalistów nam nie brakuje. Ci ludzie powinni być dobrowolnie lub pod przymusem zatrudnieni w placówkach muzealnych.
Route 44 to nie jest szczególnie "malownicza" czy "prestiżowa" trasa. Czy ktoś z otoczenia (nie mieszkańców) pytał cię, po co w ogóle to fotografujesz? A co miejscowi ludzie mówili, kiedy tłumaczyłeś, że powstaje taki projekt? Jak reagowali?
DK 44 rzeczywiście nie cieszy się estetyczną renomą. Jest tu jednak sporo miejsc, które przy odrobinie dobrej woli, możemy nazwać malowniczymi. Proszę też pamiętać, że fenomen drogi nie odnosi się do samej szosy i jeśli tylko odbijemy w bok, to wzdłuż DK44 znajdziemy miejsca bardziej niż urokliwe. Jedno jest pewne, DK 44 na całym odcinku to droga różnorodna, a przez to interesująca pod względem fotograficznym. Owszem, pytanie "po co fotografujesz" padało tu i ówdzie. Tylko to jest trochę jak z tym pytaniem - po co chodzić w góry? Jeśli zaś idzie o nastawienie ludzi, których spotykałem w trakcie pracy, to bez wyjątku wszyscy odnosili się pozytywnie. Myślę, że to zasługa autorytetu przypisywanego instytucji muzealnej. Mogłem się na tym autorytecie opierać. Mówiąc wprost, łatwiej robić zdjęcia dla muzeum, niż podejrzanie kręcić się po okolicy i pstrykać starą stodołę.
Projekt ma odniesienie do Route 66 - symbolu wolności i drogi jako mitu. Jak "rozmawiałeś" z tą ikoną kulturową robiąc zdjęcia w Bieruniu, Tychach, Oświęcimiu?
Bardzo trudne pytanie. Chciałbym odpowiedzieć na nie twierdząco, ale prawda jest taka, że ja do końca nie wiem na ile świadomie, na ile podświadomie „rozmawiałem” z Route 66. Będąc nastolatkiem, Kerouackiem dosłownie oddychałem, a palcem po mapie jeździłem 66-tką tam i z powrotem. Kilka lat później starałem się robić amerykańskie zdjęcia. Tylko, że ten etap mam już za sobą. Przez ostatnie dziesięć lat fotografuję wyłącznie najbliższe otoczenie. Wsiadam na rower i z perspektywy siodełka przyglądam się okolicy. Jak się coś trafi, to się trafi i wówczas sięgam po aparat. Pracując na DK 44 szukałem tego rodzaju doświadczenia, co z kolei prowadzi do wniosku, że w sumie rozmawiałem sam ze sobą. Na szczęście według ostatnich badań rozmowa z samym sobą nie musi być już wyłącznie przedmiotem medycznego niepokoju.
Drogę dokumentuje się inaczej pieszo, inaczej z samochodu, inaczej z roweru. Jak poruszałeś się po tej trasie?
Na wszystkie sposoby zawarte w pytaniu. Przy czym nie ma wątpliwości, że samochód jest rozwiązaniem najbardziej ograniczającym percepcję. Mało tego, samochód w jakiś dziwny sposób wpływa na charakter potencjalnych interakcji, buduje barierę, czego nie robi jednoślad. Nie jest to moje odkrycie, historia fotografii notuje tu interesujące przypadki. Pierwszy przykład z brzegu to "Biało-czerwono-czarna" i metodologia pracy Wojciecha Prażmowskiego.
DK44 przecina granicę dwóch województw i dwóch kultur. Czy ta granica była dla ciebie bardzo widoczna przez wizjer aparatu?
Tak, różnice są wyraźne. Musimy pamiętać, że DK 44, począwszy od Gliwic, przebiega w obszarze silnie zurbanizowanym. Wokół nie brakuje wszystkich tych elementów, które tak mocno kojarzą się z industrialnym krajobrazem Górnego Śląska. Poruszając się na wschód, przekraczamy Wisłę, która stanowi granicę również w kontekście mijanego krajobrazu. Nie było jednak naszą intencją katalogowanie krajobrazowych różnic i subtelności.
Droga biegnie też niedaleko Oświęcimia. Czy obciążenie tego miejsca jakoś wpływało na to, jak patrzyłeś na całą trasę?
Na tym etapie nie jestem w stanie odpowiedzieć na to trudne i ważne pytanie. Jest to natomiast dobry moment, by zaznaczyć, iż nasz projekt będzie kontynuowany. Myślę, że wówczas przyjrzymy się bliżej symbolicznemu oddziaływaniu miejsc naznaczonych tragiczną historią. Na pewno ten aspekt wymaga szerszego, interdyscyplinarnego podejścia. Nie chodziło tu tylko o sam Oświęcim. Proszę pamiętać, że fragmentami dzisiejszej DK 44 przeszedł Marsz Śmierci. Odsyłam do literatury przedmiotu, a tu wspomnę tylko o jednym zdarzeniu. Starszy człowiek, z którym spędziłem nieco więcej czasu, opowiadał mi o pewnej nocy roku 1945. Obudził go dziwny hałas dobiegający z drogi. Był to stukot drewniaków, co rusz zagłuszany ujadaniem psów. Swoją opowieść kończył ze łzami w oczach, a pożegnał mnie stwierdzeniem, że wszystko, co złe, dzieje się nocą.
Właśnie miałam pytać o historię związaną z jakimś jednym zdjęciem z projektu.
Myślę, że spotkanie ze starszym panem, o którym wspominałem wyżej, zostanie ze mną na dłużej. To był akurat dzień, kiedy po okolicy kręciłem się na rowerze. Klasyczne działanie na chybił trafił. Nie wiem, czy powinienem być z tego dumny, ale moje ówczesne postępowanie spokojnie mogłoby podpaść pod wtargnięcie na posesję. Dzwoniłem, wołałem, łaziłem koło płotu, nie odpuszczałem aż do skutku. No, a potem usłyszałem, to co usłyszałem. Bardzo możliwe, że w poprzednim życiu byłem domokrążcą i to w Ameryce.
Czy jeszcze coś zostało poza kadrem - czego świadomie nie uchwyciłeś, mimo że cię zainteresowało - na przykład bo nie wpisało się w ramy projektu?
Nie chciałbym wpaść w jakiś mentorski ton, ale świadomość, że zawsze coś pozostaje poza kadrem, jest bardzo pomocna w pracy fotografa, zwłaszcza dokumentalisty. Mam tu na myśli umiejętność odpuszczania, nie zaś świadome selekcjonowanie motywów, które złożą się na dany projekt. Czasami po prostu warto ruszyć przed siebie, wypić kawę na Orlenie i wrócić z niczym. To tylko z pozoru strata czasu.
Gdybyś mógł wskazać jakieś miejsce wzdłuż DK44, do którego warto pojechać i które ty sam lubisz, albo które dla ciebie osobiście najlepiej obrazuje ten projekt - gdzie byś nas wysłał?
Proszę się kiedyś wybrać do Bierunia, dotrzeć do Wisły, a potem ruszyć doliną rzeki w lewo lub w prawo.
Jesteś znany z dokumentowania Polski. Zwracasz czasem aparat w inną stronę?
Kiedyś byłem przekonany, że projekt fotograficzny realizowany z rozmachem, na wielu frontach, związany z podróżowaniem po całym świecie, opowiadający o jakimś szerokim zjawisku, to ostatni, ewolucyjny krok w pracy dokumentalisty. Moment spełnienia. Teraz widzę te sprawy inaczej. Ukułem sobie nawet motto, z którym pół żartem, pół serio staram się identyfikować. Myśl globalnie, fotografuj lokalnie. Kto wie, czy nie posunę się dalej i nie zacznę również myśleć lokalnie. To może przynieść jeszcze lepsze efekty.
Jakimi trzema słowami opisałbyś Polskę komuś z zagranicy?
Fajny kraj. Da się lubić.
Uczestniczył w wielu wystawach oraz festiwalach fotograficznych w kraju i za granicą. Swoje prace prezentował między innymi w ramach Photomonth in Krakow, Hereford Photography Festival, New York Photo Festival, Athens Photo Festival, Belfast Photo Festival. Jego fotografie znajdują się między innymi w zbiorach Muzeum Śląskiego oraz kolekcjach prywatnych.
tomaszliboska.com | @tomekliboska