“Chcę zrozumieć rzeczy, które nie są obecne w mediach” - rozmowa z Michałem Siarkiem

"Dobre wieści" to portret małych społeczności żyjących na samym końcu Europy, w przededniu zmian, które przyniesie ocieplenie klimatu oraz międzynarodowa rywalizacja o wpływy i zasoby w Arktyce. Z Michałem Siarkiem spotkaliśmy się podczas jego krótkiego pobytu w Polsce.

1
Julia Kaczorowska
30 Grudzień 2019
Artykuł na: 38-48 minut

Zaraz wracasz do Norwegii i czeka cię noc polarna. Jakie są największe wyzwania podczas realizacji projektów w tamtych rejonach?

Trzeba być dobrze zorganizowanym, zawsze mieć plan awaryjny, móc polegać tylko na sobie. Na razie uczę się na własnych błędach, w kontrolowanych warunkach i sprawdzam, z czym nie daję sobie rady. Zostać w terenie przez tydzień, polując na światło, to już wyzwanie niemal sportowe, górskie, momentami survival, bo pogoda rządzi i jest nieprzewidywalna. Czasem zawodzi nawigacja, nie ma sygnału GSM. Poznawanie granic swoich fizycznych możliwości bardzo mnie pociąga. Wyzwaniem są też przygotowania. Wyjechałem w maju, ale już w lutym zacząłem przygotowywać swój samochód. Wiedziałem, że muszę mieć auto, w którym będę mógł przenocować, czekając na światło. Bardzo istotna była dla mnie również platforma na dachu - to połowa mojego statywu.

Druga połowa to drabina, z którą czasem widać Cię na zdjęciach?

Tak, na dachu jest jeszcze drabina i największy statyw Manfrotto. Wiedziałem, że chcę ożywić autko, które było ze mną na Bałkanach. Rozebraliśmy więc ten samochód co do śrubki i skonstruowaliśmy go od nowa. W zasadzie zostało wymienione wszystko poza karoserią i silnikiem. Następnie Michał Sierakowski, fotograf i stolarz-pasjonat, zrobił modułową zabudowę środka. Zależało mi na tym, żeby dało się tam spać, pracować i gotować na wysuwanych stoliczkach. Oczywiście teraz już się nie da.

fot. Michał Siarek, podczas skautowania lokacji na północy. Z powodu mgły tym razem nocleg wypadł w tundrze. Płaskowyż Hardanger, 2019.

Nocowanie w takim samochodzie na Północy musi samo w sobie być wyzwaniem.

W zimie jest trochę mniej glamour. Trzeba mieć śpiwór lub dwa, z dolną granicą komfortu do -15°C, spać w bieliźnie termicznej i szybko wstawać, bo buty zakładam już na zewnątrz. Następną inwestycją będzie ogrzewanie postojowe oraz silnika... Nie możesz sobie pozwolić na zatrzymanie się na poboczu, bo jeśli będzie padało dużo śniegu, to cię po prostu zasypie. Nie utrzymuje się czarnych dróg, więc na asfalcie jest warstwa ubitego śniegu i lodu, trzeba mieć opony z kolcami, a bardzo duża część dróg nie jest stale utrzymywana. Co 2-3 godziny przejeżdża pług i możesz jechać tylko za konwojem. Znajoma opowiadała mi, że kiedyś ominęła szlaban w drodze na Nordkinn, bo pogoda była w porządku. Musiała przeczekać do rana w zaspie i machać rękami, by nad ranem jadący pług ich nie staranował. Do tego okazjonalny, silny wiatr, burze śnieżne. To wszystko wymaga pewnej adaptacji.

Dlaczego w ogóle Norwegia? Jak trafiłeś w tamte rejony?

Jeszcze zanim zacząłem robić projekt "Alexander", wyjechałem z moim współlokatorem z akademika na półtora miesiąca do Norwegii. Okolice 2012 roku, pierwsze tanie bilety po 5 złotych w jedną stronę... Uznaliśmy, że jakoś to będzie. Mieliśmy 500 złotych w kieszeni, plecak pełen jedzenia i pierwszy atak paniki już na lotnisku. Zdaliśmy sobie sprawę, że kompletnie nie wiemy, co ze sobą zrobić, chcieliśmy coś dorobić, ale pierwsze zderzenie z rzeczywistością było mocnym przeżyciem. Mniej więcej po tygodniu dostaliśmy do dyspozycji dom.

Dom? Jak to się stało?

W dużym skrócie, łapaliśmy autostop na północny wschód od Oslo. Bardzo filmowy obrazek: mała stacja benzynowa, dzieciaki o blond włosach na skuterach, prowincja. Nagle 100 m przed nami hamuje samochód i cofa na wstecznym. Otwiera się szyba i widzimy starszą, zaniedbaną kobietę w samochodzie pełnym papierów. Pani mówi: „Bóg kazał mi się zatrzymać, ja nie chciałam, to on nacisnął pedał hamulca”.

Dobrze się zaczyna...

Przepchnęliśmy papiery i wsiedliśmy. Tego dnia to kolega miał za zadanie zagadywać kierowców, więc ja przysypiam sobie z tyłu i słyszę tylko urywki opowieści: „Słyszysz te trzaski w radiu? Oni mnie śledzą”. Okazało się, że jej mąż, który zajmował się projektowaniem systemów celowniczych i uzbrojenia do łodzi podwodnych, niedawno zmarł. Co więcej, miał kochankę i ona teraz poszukuje tej kochanki. Strzał informacji w ciągu pięciu minut, który sprawia, że zastanawiasz się, czy to dobrze, że wsiadłeś do tego samochodu. Zapytała nas o nasze plany i przyznaliśmy, że nie mamy noclegu i planujemy spać w namiocie. „Nieee, nie ma takiej możliwości”. Chwila ciszy. „A zrobicie coś dla mnie”? Trzeba było się zakraść do sąsiada i sprawdzić kamerę, która była rzekomo wcelowana w jej kuchnię. Pokazała nam też dom z tarasem i widokiem na wodospad: trochę zaniedbany, jakieś 300-400 m2, które należało posprzątać. Kupiła nam jedzenie, dała dwa rowery i wyjechała, zostawiając nas z tym domem. Wróciła po tygodniu. Powiedziała nam, że możemy zostać, jak długo chcemy, jeśli będziemy jej pomagać, bo ona mieszka gdzie indziej. To było moje pierwsze zderzenie z Norwegią.

fot. Michał Siarek, Ostatnia ulica na kontynencie prowadzi do rezerwatu i latarni morskiej Slettnes. W zimie droga jest tylko częściowo utrzymywana, a sztormy i burze śnieżne zakłócają dostawy prądu. Gamvik, 2019.

Wtedy jeszcze nie fotografowałeś?

W Norwegii zarabiałem pieniądze, a fotografowałem w Macedonii. Moja relacja z Marianną (wspomnianą starszą panią, przyp. red.) ewoluowała, ona zaczęła mnie traktować jak wnuczka. Latając do Macedonii, przelatywałem przez Oslo, zostawałem na tydzień, żeby jej pomóc, posprzątać, zapłacić rachunki, popracować i przez dwa tygodnie fotografowałem w Macedonii, potem znów tydzień, dwa tygodnie w Norwegii i tydzień w Polsce. Przy takim trybie musiałem przerwać studia na łódzkiej filmówce. Zarabiałem w Norwegii wystarczająco, żeby móc spokojnie pracować na Bałkanach. Taki cykl trwał przez 2-3 lata.

Jak trafiłeś na Nordkinn?

Kilka lat później po skończeniu pracy w Norwegii szykowałem się do wystawy w Finlandii. Miała się odbyć za półtora miesiąca i musiałem się tam jakoś dostać. Mogłem to zrobić, cofając się z całym samochodem do Polski albo wybierając przejazd przez Finnmark i Laponię. Miałem dużo czasu, więc zdecydowałem się na to drugie. I tak, zupełnie przypadkiem, trafiłem na Półwysep Nordkinn,  który jest mocno nie po drodze. Mijam tereny, na których niewiele już może urosnąć: tundra, gołe skały i z rzadka karłowate drzewa. Wjeżdżam w ostatni zakręt i w dolinie widzę cmentarz, otoczony białym płotkiem, między drogą i lotniskiem. W perspektywie miasteczko i Morze Barentsa.

fot. Michał Siarek

Ten kadr absolutnie mnie zahipnotyzował i wracałem wielokrotnie, by go powtórzyć. To było w Mehamn. Postanowiłem sprawdzić to później, bo jechałem do Gamviku, do latarni morskiej na końcu tej drogi. Przypadkiem poznałem właścicielkę sklepu, która zaczęła mi opowiadać o znikającej miejscowości. Byłem pod dużym wrażeniem miejsca, a potem usłyszałem o uchodźcach, którzy szukali tu azylu. Już wtedy zacząłem się rozglądać za możliwością pozostania, ale to nie był ten moment. Wyjechałem do Finlandii, ale wątek Arktyki zaczął kiełkować.

Jak streściłbyś sytuację Arktyki osobie, która ma na ten temat niewielką wiedzę?

W polskich mediach pojawia się bardzo niewiele informacji o tamtych rejonach. Czytając zagraniczną prasę, byłem zaskoczony. Coś bardzo dużego jest na horyzoncie. Zacząłem zagłębiać się w temat najbardziej wysuniętych miejscowości, rozciągania definicji Arktyki, przemysłu, boomu turystycznego. Przewijało się tam wiele wątków. Pierwszy dotyczył tego, że Rosjanie zwiększają swoją obecność na północy i zmilitaryzowali kilka wysp na Morzu Karskim. Pośrednio jest to związane z tzw. Drogą Północną, która ma znacząco skrócić czas przesyłu, jeśli w wyniku globalnego ocieplenia będzie stale lub częściej wolna od lodu. Dla referencji, eksploracja Arktyki na przełomie XIX i XX w. była mocno podporządkowana znalezieniu Przejścia Północno-Zachodniego, przez Arktykę Kanadyjską, żeby zapewnić Koronie Brytyjskiej ekonomiczną dominację.

Kolejnym wątkiem jest to, że Unia Europejska zaproponowała połączenie północnych norweskich portów z siecią kolejową. Aktualnie ostatnia stacja kolejowa jest oddalona o mniej więcej 1000 km. Pociągi miałyby przebiegać przez niezagospodarowane, półdzikie tereny, na których rdzenna ludność zajmuje się wypasem reniferów. Szacuje się, że w Arktyce jest 15% pozostałych zasobów ropy i 30% gazu, nie licząc innych minerałów. W wyścigu bierze udział osiem narodów arktycznych, ale ekonomiczne potęgi jak np. Chiny też chciałyby mieć swój kawałek tortu. Każdy kraj, który podpisał konwencję o prawie morskim, dysponuje tzw. wyłączną strefą ekonomiczną, która rozciąga się na ok. 200 mil morskich od brzegu. Oprócz tego kraje mogą składać roszczenia do dna morskiego, jeśli udowodnią, że jest przedłużeniem ich szelfu kontynentalnego. Jeśli roszczenie zostanie uznane, kraj dostaje wyłączne prawo do wydobycia zasobów z oraz spod dna.

Cały potencjalny scenariusz w Arktyce wymaga infrastruktury, SAR (Search and Rescue), zaopatrzenia, asysty atomowych lodołamaczy (przynajmniej na razie), a wydobycie na północy wydaje się wiązać z ogromnym ryzykiem. Podczas kryzysu w Zatoce Meksykańskiej, gdy doszło do wycieku, dało się go opanować tylko dlatego, że wokół było jasno, wody były spokojne, był ląd, z którego mogły startować jednostki. Podkreśla się, że w Arktyce warunki będą kompletnie nieprzewidywalne.

Z drugiej strony, coraz więcej statków wycieczkowych eksploruje ten region, a temat energii i wątki klimatyczne stają się tematem numer jeden. Norwegia, której gospodarka jest mocno oparta o wydobycie ropy i gazu, deklaruje chęć przestawienia swojej gospodarki na IT oraz zielone technologie. Co nie oznacza, że zrezygnują z paliw kopalnych ani że energie odnawialne są jednoznacznie mniejszym złem.

Czytając o wiatrakowym boomie w Norwegii, natrafiłem na wątek pewnego płaskowyżu, gdzie zaproponowano naprawdę dużą inwestycję, czemu sprzeciwili się norwescy Saamowie (rdzenni mieszkańcy północy, pasterze reniferów). Zacząłem szukać głębiej i trafiłem na plany: jeśli umowa zostanie dopięta, to teren zostanie pocięty między 2-3 elektrownie wiatrowe i linie przesyłowe. Firma próbowała przekonać Saamów do ugody z odszkodowaniami, ale ci odmówili. Ich pozycja jest o tyle trudna, że przez lata negowano ich istnienie oraz prawa i kiedy wreszcie uznano ich kulturę, fakt, że walczą przeciw elektryfikacji dla zachowania swoich stad i stylu życia, jest obracany przeciwko nim. Żeby zobaczyć wspomniane miejsce, musieliśmy wynająć mały samolot, bo w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnych dróg. Nie potrafię odpowiedzieć, czy to jest całkowicie nietknięty obszar. Ale czy nie byłoby większą wartością zachowanie go w obecnej, niezmienionej formie? Czy to nie jest zbyt duży koszt za zieloną elektrownię?

fot. Michał Siarek, Elektrownia wiatrowa Havøygavlen na wzgórzu ponad miastem. Najbardziej wysunięta na północ instalacja wiatrowa. Havøysund, 2019.

Konkludując, wciąż mówimy o przyszłości: wszystkie osiem narodów arktycznych przygotowuje się do tego, co może przynieść przyszłość, chce mieć spełnione swoje roszczenia, natomiast nic nie jest jeszcze pewne. Północ może się okazać kluczowa, ale nie musi. Wszystkie wspomniane tematy zaczęły się przenikać. Instalacja z wiatrakami znajduje się niedaleko „mojej” miejscowości. Ta, którą udało mi się sfotografować, to najbardziej wysunięta na północ elektrownia. Chciałem zobaczyć ją z bliska, ponieważ te, które mają powstać na płaskowyżu, mają być dwa razy większe. Po obejrzeniu tych terenów z okna samolotu poszliśmy rozmawiać z szefem dystryktu reniferskiego. Miałem duży problem, żeby się z nim skontaktować, Saamowie są specyficzni.

Udało Ci się zdobyć jego zaufanie?

Jestem osobą zupełnie z zewnątrz, nie mówię po norwesku, a co dopiero po saamsku. Oczywiście, że patrzono na mnie z podejrzliwością. Zaufanie udało mi się zdobyć cierpliwością i czasem. Umawiając się z kimś na spotkanie, umawiałem się z grubsza na „jakiś dzień w tym tygodniu” i koczowałem pod miasteczkiem. W końcu się udało. Pojechaliśmy tam z ekipą Fujifilm, która nagrywała film. Saamowie zaprosili nas do swojego tymczasowego obozowiska i czekaliśmy, aż powrócą z gór. Oszroniony płaskowyż, proste drewniane zagrody i chatki bez prądu. Nagle na górze pojawiły się światełka i biała chmura, słychać było tętent - biegło stado reniferów naganianych quadami. Znalazłem szefa dystryktu, który pozwolił nam zostać i fotografować.

fot. Michał Siarek, dziewczynka miesza ciepłą krew renifera żeby rozbić skrzepy. Każda część zabitego zwierzęcia zostanie wykorzystana w kuchni lub do produkcji rękodzieła. Børselv, 2019.

Traf chciał, że mieliśmy cudowną pogodę, wszystko wyglądało jak z westernu, unosił się kurz, ostre słońce, smugi. Mnóstwo dzieci, które łapią renifery za rogi, te je podnoszą głową i przerzucają. Normalnie staram się nie fotografować na gorąco, nie wchodzić od razu w sytuacje, bo za bardzo skupiam się na reporterskich momentach, zamiast na esencji i niuansach. Tu jednak trochę popłynąłem, nie mogłem się oprzeć. Spędziliśmy z nimi w końcu łącznie dwa dni, kręcąc wywiady i dokumentując.

Wspomniałeś, że chcesz działać na styku dziennikarstwa, sztuki i fotografii. Czy to oznacza, że niektóre tematy chcesz poruszać w ogóle bez aparatu?

Powstaną zdjęcia, ale nie tylko. Zgłosiliśmy się do Laboratorium Narracji Wizualnych w Szkole Filmowej w Łodzi i otrzymaliśmy finansowanie na rozwój multimedialnej formuły w odcinkach. Mamy o tyle komfortową sytuację, że przez ostatnie sześć miesięcy wszystko zostało przygotowane i teraz możemy już działać, a efekty konsultować z laboratorium na bieżąco. Działam też w ramach rezydencji artystycznej tam, w Gamviku, gdzie mam przygotować pierwszą w historii wsi gazetę: portret społeczności. Prócz fotografii planujemy radio, instalacje przestrzenne.

fot. Michał Siarek, większość zabudowy wsi pochodzi z czasów powojennej odbudowy, z dodatkowymi modyfikacjami. Hrabstwo Finnmark zostało doszczętnie spalone przez wycofujące się wojska niemieckie. We wsi nie wybudowano żadnego nowego domu od lat 80-tych. Gamvik, 2019.

Moim celem jest opowiedzenie historii, ale nie muszę być „tym głównym”, który to wszystko zrobi. Nie zależy mi na tym uznaniu autorstwa. Jedyne, co mnie interesuje, to te historie. Moją motywacją jest to, że chcę zrozumieć rzeczy, które z jakiegoś powodu nie są obecne w mediach lub których zniuansowanie wymaga szerszej perspektywy i osadzenia w kontekstach. W tym sensie chciałbym więcej pracować z naukowcami, w terenie, żeby móc pośredniczyć w budowaniu głębokiej i zrozumiałej narracji.

Czyli to będzie zbiór historii z Północy?

Portret miejscowości w przededniu zmian, które mogą te miejsca nieodwracalnie zmienić. Ale jest to hipoteza: pojechałem tam bez założeń i nadal tych założeń nie mam. Lubię badać tematy długoterminowo i robię to w pierwszej kolejności dla siebie, by zrozumieć. To jest nieco XIX-wieczna aplikacja fotografii, w tym sensie, że używam ciężkiego, nieruchomego aparatu, żeby nie dać się presji czasu i popatrzeć z bliska, zostać dłużej. Rezultat jest wielowarstwowy, chciałbym, żeby był doświadczeniem i opracowaniem, na podstawie którego ktoś może połączyć kropki. Czasem żałuję, że nie mam stricte naukowego wykształcenia. Ale skoro mówię to na głos, to decyzja jest już podjęta.

Dlatego zdecydowałeś się użyć GFX-a Fujifilm? To zdecydowanie cięższe aparaty.

Tak, ale ja go najpierw używałem jako przystawki do aparatu 4x5”. Przygoda z GFX-em zaczęła się od tego, że dostałem zlecenie od Financial Times, który chciał, żebym wykonał zdjęcia po swojemu, na negatywie 4x5”, ze względu na charakter tematu. Z ciekawości wziąłem ze sobą też GFX-a. Zrobiłem wtedy zdjęcia na niekontynuowanym już ciętym negatywie Fuji 160S 4x5”, a potem do statywu podpinałem GFX-a. Wywołałem, zeskanowałem - spodobało mi się, bo zawsze wolałem kolory Fuji niż Kodaka. Niewiele osób wie, ale kolorami w Fuji nadal zajmuje się ten sam człowiek.

Przyszedłem potem do Fujifilm Polska z propozycją współpracy i okazało się, że dobrze się dogadujemy. Fujifilm to dziwna firma, trochę niedzisiejsza, z doświadczeniem w produkcji aparatów, najwyższej jakości optyki i materiałów światłoczułych, bardzo indywidualnie podchodząca do klienta. Zanim zostałem ambasadorem, przeszedłem przez wszystkie topowe X-y i nie wszedłbym w tę współpracę, gdybym w to nie wierzył.

Jak aparat sprawuje się przy tak niskich temperaturach i ekstremalnych warunkach?

żadna bateria fotograficzna, niezależnie od marki, nie wytrzyma takiej temperatury. Trzeba ją trzymać pod kurtką, uważać na kondensację w aparacie. Na przykład mój obiektyw do 4x5’’, też Fujinon, trochę zesztywniał od zimna i powinienem usunąć z niego smary. Co do GFX-a, dużym plusem jest to, że aparat ma zewnętrzny zasilacz. Mam w plecaku powerbank z przetwornicą 220V i tak mogę go zasilić. Szkoda, że w 50R nie ma ładowania przez USB-C, GFX 100 pono już może być tak zasilany. Opcją byłaby bateria dummy, z kabelkiem, ale nie widziałem ich jeszcze. To wszystko będzie miało znaczenie zwłaszcza przy długich ekspozycjach na zimnie. Z GFX-em pracowałem w pełnym deszczu, na co ekipa Fujifilm patrzyła trochę z niedowierzaniem.

Dał radę?

Tak, jest on uszczelniony, choć nie wodoodporny, i po 6 miesiącach używania go „jak służbowego” nie miałem żadnych problemów. Ale słyszałem o tylu przygodach, z których X-y wychodziły cało, że byłbym zdziwiony. Dla mnie bardzo ważna w tym systemie jest jego modułowość. Powiem coś, czym Fujifilm nie chce się chwalić: ten aparat jest idealny do adaptowania obiektywów. W zależności od tego, jakiej chcę plastyki, taki zakładam obiektyw i zazwyczaj nie ma problemów z pokryciem matrycy. Od 4x5”, przez średni format, po jasne dalmierzowe stałki. Można też włączyć tryb 35 mm, czyli pełną klatkę, w jednym, quasi-dalmierzowym body wielkości kultowej Mamiyi 7.

fot. Michał Siarek, Spędzanie reniferów na zimowe pastwiska. Børselv, 2019.

Co zaskakujące, autofokus świetnie się sprawdza z obiektywami zmiennoogniskowymi i cały zestaw szybko reaguje. Używam szkieł GF 32-64 mm i GF 100-200 mm. Miałem go na zamieszkach w Albanii i dał radę, chociaż trzy klatki na sekundę to jest mało. Ale to też jest bardzo specyficzny aparat, do którego trzeba się przyzwyczaić. Ma wady: matryca miewa problemy z morą, ale daje się to rozwiązać; wolałbym więcej fizycznych pokręteł i bardziej rozbudowany tryb wideo, ale doświadczenie z aktualizacjami Fujifilm, pokazuje, że to może się zmienić. Mój X-Pro1 dostał nowe życie. Szkoda, że w systemie brakuje jeszcze bardzo jasnych stałek.

Na spotkaniu autorskim wspomniałeś, że poświęcasz dużo czasu na research i trochę minie, zanim wyciągniesz aparat.

Dużo bardziej wartościowe są dla mnie materiały, które pozwalają wyrobić widzowi opinie, niż te, które opowiadają się za konkretnym stanowiskiem. A to wymaga researchowego podejścia. Bardzo cenię sobie takich twórców jak Trevor Paglen, którzy robią bardzo szeroki reaserch, przygotowują wykresy, mapy.

Fotograficznie skręcam w stronę ikonicznych zdjęć z twistem, które dla świata sztuki mogą być interesujące, jednocześnie nie wycinając warstwy informacyjnej, bo pracuję z faktami. Natomiast uważam też, że bardzo ważne jest docieranie do publiczności poza kręgami fotografii i sztuki. Chciałbym zrobić to tak, żeby w mojej rodzinnej miejscowości ktoś się zastanowił nad tematem. Kwestii gradacji publiczności nie wymyśliłem sam. Przygotowując Alexandra, byłem na warsztatach z Robem Hornstrą i Arnoldem van Bruggenem, które otworzyły mnie na myśl, że moją pierwszą publicznością jest moja rodzina, potem moja miejscowość i tak dalej, że bez publiczności nic, co robię, nie ma znaczenia. Ponieważ świadomie chcę zaoferować coś konkretnego, chowając artystyczny szalik do kieszeni, chyba jestem trochę bardziej popularno-naukowy, z domieszką przygód, często zbyt artystyczny dla gazety i zbyt dziennikarski dla galerii sztuki. Ale to jest OK, tam idę.

fot. Michał Siarek, Asllath, pasterz reniferów z Dystryktu 13a. Lakselv, 2019.

Wszyscy mówią o kryzysie mediów, ale może po prostu należałoby się zaadaptować i przygotować coś szerszego, ciekawszego, z myślą o przyszłości, nastolatkach, dzieciach, zamiast biadolić. Może warto zaproponować pakiet, który składa się ze zdjęć, z wideo, z głosu. Teraz wszyscy chcą tzw. Insta content. Pytają: „Jaki jest pana pakiet społecznościowy?”. Takie podejście wydaje mi się być po prostu bardzo ciekawe, bo wykopuję sam siebie ze swojej strefy komfortu. Przeraża mnie i ekscytuje zarazem to, że wymyśliliśmy sobie, że zrobimy radio.

Wspomniałeś też, że będziesz robił studio fotograficzne w Gamviku.

Tak, to jest część gazety, którą mamy tam stworzyć. Głównym problemem tej miejscowości jest depopulacja, później marazm. Mieszkańcy chcą sami siebie przekonać, że są samowystarczalni i chcą wysłać w świat wiadomość, że na Północy da się dobrze żyć. Co prawda, natura jest surowa i trzeba się jej podporządkować, ale to nie jest skansen, koniec świata. W latarni morskiej odbywają się msze, celebruje się religię i Boga w naturze. Jest strzelnica, są kółka teatralne, basen, w porcie ludzie morsują, a w sklepie jest kawiarnia, w której każdy dostanie kawę za darmo. W tym sklepie wszyscy się spotykają i postanowiłem tam urządzić studio, stopniowo poznawać mieszkańca po mieszkańcu. Wraz z dziewczyną dostałem też mały grant na prowadzenie warsztatów fotograficznych i animacyjnych w lokalnej szkole.

Ile czasu przeznaczasz na realizację tych wszystkich segmentów projektu?

Mam wiele planów, ale mam też ramę czasową: na każdy z tych tematów mam około dwa miesiące i w ramach laboratorium muszę to wyprodukować. Od strony logistycznej wszystko jest gotowe: samochód, skuter śnieżny, zimowe wyposażenie. Gdy zacząłem robić sobie mapę wizualną, jak chciałbym opowiedzieć te historie, zacząłem skręcać w stronę inscenizacji światła.

fot. Michał Siarek, Parafia i cmentarz usytuowane są na niewielkim wzniesieniu ponad wsią. Wokół kościoła znajdują się na wpół zawalone bunkry z resztkami instalacji obrony wybrzeża. Gamvik, 2019.

To znaczy?

Nie manipuluję zdjęciami, ale teraz będę fotografował Gamvik podczas nocy polarnej. Wszyscy fotografują to dokładnie tak samo: albo ciemno i latarka, albo półmrok. Ja pomyślałem, że chciałbym skorzystać ze światła księżycowego i długiego naświetlania, a może doświetlać sceny własnym światłem. Wyobrażam to sobie jako poetykę Mitcha Epsteina, bliżej Simona Robertsa, z portretem i detalem Bryana Schutmaata, w miejscu jak ze zdjęć Evgenii Arbugaevy, z researchowym podejściem Trevora Paglena. To bardzo luźna referencja, oczywiście nie wiem, jak to będzie, dopiero pracuję nad tą formułą. 

Jednocześnie muszę myśleć o tym, że robię to już nie tylko dla siebie, bo jest pewna publiczność, do której chcę dotrzeć i która nie mieści się jedynie w świecie artystycznym. Chciałbym skierować aparat czy kamerę trochę na ten proces przygotowań, zaprosić ludzi do partycypacji, skonsultować temat w trakcie realizacji z jakąś grupą fokusową, którą zapytamy: Co wy o tym sądzicie? Czego wam brakuje? Jakie macie pytania, bo one są wskaźnikiem tego czy temat może zostać zrozumiany?

fot. Michał Siarek, Latarnia morska Slettnes. Gamvik, 2019.

Ciekawe podejście do projektu.

Ewidentne slow... Ostatnio fotografowałem prezentacje youtuberów do kotleta i przeraziło mnie to, że ci ludzie, mając takie ogromne zasięgi, są tak bardzo zafiksowani na tempo i kasę. Padło tam jednak stwierdzenie, które bardzo mnie zainteresowało: że owszem, dziś ich publika chce mieć szybki kontent i skondensowane odpowiedzi, ale jednocześnie coraz więcej jest dłuższych, eksperckich treści, na przykład idących w wielogodzinne podcasty. Być może nadchodzi publiczność, która świadomie będzie chciała konsumować wolniej?

Staram się fotografować powoli, ponieważ ja też jestem powolny. Parę lat temu zacząłem zadawać sobie pytanie: Jaka będzie nasza publiczność w przyszłości? Ubiegamy się o kontakty z fotoedytorami, ekspertami, galerzystami, którzy są teraz na topie, ale ktoś ich zastąpi. Gdzie są ci ludzie, z którymi będziemy współpracować za parę lat?

Doszedłem do wniosku, że to slow mi odpowiada. Cały ten nurt slow mediów (swoją drogą wymyślonych przez Norwegów), długoterminowych projektów... Da się to sfinansować. Alexander, mój debiutancki projekt, kosztował horrendalne pieniądze, ale w pełni się zwrócił. Rob Hornstra wspominał na warsztatach, że „The Sochi Project” kosztowało, jeśli dobrze pamiętam, pół miliona euro, którymi oprócz podróży zapłacono lokalnym rzemieślnikom i artystom, i oprócz tego wygenerowało to surplus na kolejny projekt, „Europejczycy”. Tak chciałbym o tym myśleć, szukając dla siebie modelu, który pozwoli mi zachować swobodę.

fot. Michał Siarek

To zupełna opozycja do powszechnej dziś narracji, która mówi o tym, że na długoterminowe projekty już nie ma pieniędzy.

Nie słyszałem takiej narracji, ale to nie jest łatwe, bo 90%, jeśli nie więcej, to logistyka: research, maile, preprodukcja, godziny, na które stać tylko duże instytucje. Więc rozumiem przesunięcie tej wagi na mnie: staję się twórcą-przedsiębiorcą, producentem i self-made manem. Dla mnie to jest inwestycja w siebie, która powoli staje się stylem życia. Podniosło mnie na duchu to, że nie tylko ja maluję domy, czy stoję za barem, żeby zainwestować własną gotówkę w swój projekt. To jest bardzo wyzwalające: pracując od 9 do 21, wykonując ruch pędzlem góra dół i słuchając przez 12 godzin audiobooka, wracałem do domu i gotowałem się od pomysłów, które mogłem realizować, co jest bardzo uprzywilejowaną sytuacją. Fotografując przysłowiowe kotlety, pod koniec dnia nie mam takiej motywacji. W przyszłości chciałbym robić tylko tematy, z którymi się zgadzam, pracując mniej i konsumując mniej.

Taki powolny sposób pracy jest rzetelny: im dłużej zostajesz z taką historią i zaciągasz dług wobec mieszkańców, zaczynasz rozumieć różne odcienie problemów, tym bardziej zdajesz sobie sprawę ze swoich braków wiedzy. Pociąga mnie wolna praca i osiąganie pułapów, w których można cię zaprosić na spotkanie i możesz rzetelnie opowiedzieć o obu stronach problemu... Słyszałem, że National Geographic wymaga tego od swoich fotografów: jeżeli realizujesz jakiś temat, to masz być omnibusem w tej kwestii, bo niewykluczone, że będziesz ten temat reprezentować.

Czeka Cię teraz noc polarna. Mieszkasz na uboczu, na końcu wsi. Nie obawiasz się samotności?

Mój dom jest wyjątkowy: to była baza NATO, do lat 80. stacjonował tam kontyngent NATO, który nasłuchiwał łodzi podwodnych płynących z Rosji. Teraz jest rezydencją dla artystów i naukowców. Ciekawe jest to, że nawet jeśli nie wychodzę do wsi, to jak tylko pojawiam się w domku i świeci się w oknach światło, to średnio raz na dwa dni ktoś mnie odwiedzi, żeby zapytać kim jestem i co ja tu robię albo po prostu wchodzi na herbatę. Zwykła ludzka ciekawość.

fot. Michał Siarek, Farma Elvegård, była stacja SOSUS, obecnie mój tymczasowy dom. Gavmik, 2019.

Kiedy była ze mną ekipa kręcąca materiał dla Fujifilm, odwiedziła nas taka para, on fotograf ptaków. Ich dom jest budynkiem najbliżej mojego. Zaprosili nas na śniadanie kolejnego dnia. Konrad Śniady wparował do pokoju, zobaczył lunetę i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, podbiegł i przez nią spojrzał. Okazało się, że luneta była skierowana w nasze okna. Potem nam ją podarowali w prezencie żebyśmy „też mogli sobie popatrzeć na ptaki”. Przez ograniczoną ilość bodźćów zacząłem uważniej obserwować: przyrodę, zmiany pogody i zwierzęta. To dla mnie powrót do korzeni i harcerskich przygód, nawet nie wiedziałem, że tak mi tego brakowało. Przyroda podchodzi mi pod dom i to też popycha mnie w nowym kierunku. Myślę, że mam niedaleko domu lisią jamę. Wcześniej renifery podchodziły pod okno. Jest dużo kruków, które latają stadnie. Lubię patrzeć, jak się bawią. Poza tym, o jakiej samotności możemy mówić, jeśli mam wagon literatury tematu i jeszcze będę portretował? Zapowiada się ekscytująco.

Kiedy będziesz w stanie powiedzieć: „Skończyłem już projekt”?

Jestem zobligowany grantem multimedialnym. Styczeń-luty to jest czas na zdjęcia do gazety, luty-marzec to czas na drugi odcinek pod roboczym tytułem „Ludzie są tutaj najważniejsi” o miejscowościach, w których mieszka po kilku mieszkańców i jest to formuła, która skręca trochę bardziej w stronę radia. Potem czeka mnie pewien temat, którego jeszcze nie chcę zdradzać, a następnie czwarty wątek: reniferów tudzież elektrowni. Podczas jego realizacji chcę spędzić miesiąc z pasterzami na tym płaskowyżu, gdy będą przeprowadzali renifery z zimowych pastwisk na letnie. Po drodze jeszcze kilka tematów chodzi mi po głowie…

Michał Siarek

fot. Wiktor Bruchal

Rocznik 1991. Fotograf dokumentalny zainteresowany problemami na styku polityki, historii i narodowych mitologii. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jego debiutancka książka „Alexander” skupiona jest na mechanizmach władzy w państwach narodowych, na przykładzie Macedonii Północnej. Obecnie pracuje nad projektem skupionym wokół zmian związanych z ociepleniem klimatu i rywalizacją o wpływy i zasoby w Arktyce. Zwycięzca The New East Prize oraz FIDAL Youth Photography Award, nominowany MACK First Book Award, Luma Dummy Book Award i La Fabrica / Photo London Dummy Award.

Więcej zdjęć fotografa znajdziecie na jego instagramowym profilu @michal.siarek.

Studiowała fotografię prasową, reklamową i wydawniczą na Uniwersytecie Warszawskim. Szczególnie bliski jest jej reportaż i dokument, lubi wysłuchiwać ludzkich historii. Uzależniona od podróży i trekkingu w górach.

Komentarze
Więcej w kategorii: Wywiady
Jak przetrwać epidemię będąc fotografem? Pytamy zawodowców
Jak przetrwać epidemię będąc fotografem? Pytamy zawodowców
Czy właśnie spełnia się najczarniejszy koszmar freelancerów? A może czas przestoju można jakoś spożytkować? Zapytaliśmy o to zawodowych fotografów.
259
1
"Zdałam sobie sprawę, że bardziej interesuje mnie obiektyw fotografa niż obowiązki modelki" - rozmowa z Zosią Promińską
"Zdałam sobie sprawę, że bardziej interesuje mnie obiektyw fotografa niż obowiązki modelki" -...
O tym, jak znalazła się po drugiej stronie obiektywu, problemach branży, swoich planach i inspiracjach, opowiada nam autorka głośnego projektu „Waiting room”
23
0
“Za często patrzyłem na dziennikarzy, którzy zapominają, że ich bohaterowie są ludźmi” - rozmowa z Filipem Skrońcem
“Za często patrzyłem na dziennikarzy, którzy zapominają, że ich bohaterowie są ludźmi” - rozmowa z...
O nowej książce, sytuacji osób z albinizmem oraz o odpowiedzialności i rzetelności dziennikarskiej rozmawiamy z fotografem i reporterem Filipem Skrońcem.
525
1
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (3)