Zostań w domu, zamów taniej!
Nie wychodź z domu i zamów online swoje ulubione pisma 20% taniej. Skorzystaj z kodu rabatowego: czytajwdomu

Łapacz cieni - o fotografii kolodionowej Shane’a Balkowitscha

W 1881 roku w studiu fotograficznym Orlanda Scotta Goffa w Bismarck pojawia się Tatanka Iyotake, Siedzący Byk, legendarny wódz Indian Hunkpapa Lakota. Dokładnie 135 lat później w tym samym miejscu przed obiektywem Shane’a Balkowitscha stanie Ernie LaPointe, prawnuk wodza. Zdjęcie da początek wyjątkowemu projektowi: Northern Plains Native Americans: A Modern Wet Plate Perspective.

3

Autor: Kamila Snopek

2 Styczeń 2020
Artykuł na: 6-9 minut

Shane Balkowitsch jest jednym z tych artystów, którzy w fotografii zakochali się nagle i zupełnie przypadkiem. Kiedy w 2012 roku zobaczył zdjęcie motocykla wykonane w technice mokrego kolodionu, nie posiadał nawet własnego aparatu, a o fotografowaniu nie miał najmniejszego pojęcia. Zdeterminowany, zaczął uczyć się na własną rękę, kupił pierwszą wielkoformatową kamerę, urządził studio. W ten sposób, krok po kroku, właściciel firmy dystrybuującej sprzęt medyczny został jedynym w swoim stanie fotografem-ambrotypistą.

Magia kolodionu

Wynalazek procesu kolodionowego, ogłoszony przez Anglika Fredericka Scotta Archera w 1851 roku, zrewolucjonizował fotografię. Niełatwy w stosowaniu (wymaga szybkości i precyzji, bo cykl fotograficznych czynności musi zamknąć się w okresie, gdy emulsja, którą pokryta jest szklana płytka, nie zdąży jeszcze wyschnąć), pozwala na uzyskanie obrazu o bezkonkurencyjnej szczegółowości. W połączeniu z towarzyszącą kolodionowi romantyczną aurą XIX-wiecznej fotografii ta zaleta sprawia, że entuzjastów techniki nie brakuje na świecie także współcześnie.

fot. Shane Balkowitsch, na zdjęciu Ernie Wayne LaPointe, prawnuk Siedzącego Byka

Balkowitsch, artysta, który pracuje jedynie przy użyciu mokrej płyty, mówi, że gdyby musiał z niej zrezygnować, po prostu porzuciłby fotografię. Zdecydowanie krytykuje fotografię cyfrową. Pytany o to, czy nigdy nie żałował swojego wyboru, odpowiada: „Kiedy wykonuję portret na mokrej płycie w moim studiu, czas ekspozycji wynosi zazwyczaj około 10 sekund. Nie robię więc portretu, tylko 10-sekundowy film. Serce uderza 15 razy, kilka płytkich oddechów, krew krążąca w żyłach portretowanej osoby - to wszystko jest uchwycone tutaj, w tym obrazie. Dziesięć sekund czasu unieśmiertelnionych w drobinkach srebra.  Czy może być coś lepszego?”.

Człowiek z XIX wieku

Atelier Shane’a Balkowitscha nosi nazwę: Nostalgic Glass Wet Plate Studio. Nie bez przyczyny. Jego fascynacja szlachetną techniką kolodionową pociągnęła za sobą zainteresowanie szeroko pojętą XIX-wieczną fotografią. W swojej pracowni artysta wykorzystuje tylko naturalne oświetlenie. Portrety, wykonywane przez niego na gładkim materiałowym tle, często przy użyciu rekwizytów, przywodzą na myśl wczesną fotografię atelierową. Chętnych na taką unikatową sesję nie brakuje - terminy w grafiku Balkowitscha rezerwuje się kilka miesięcy wcześniej.

fot. Shane Balkowitsch, na zdjęciu Miisheen-Meegwun Shawanda

Inną formą artystycznej działalności fotografa jest tworzenie tzw. tableaux vivants. Raz w roku Balkowitsch razem z grupą pasjonatów wskrzesza dawną tradycję teatralną z przełomu wieków, polegającą na rekonstrukcji znanych dzieł sztuki przy pomocy żywych, odpowiednio ucharakteryzowanych aktorów. Odtwarzane obrazy (do tej pory były to m.in.: znana fotografia Jacoba Riisa Bandit’s Roost czy Wolność wiodąca lud na barykady Eugène’a Delacroix) uwiecznia oczywiście na mokrej płycie.

15 lat, 1000 fotografii

Pytany o swój najważniejszy projekt, Balkowitsch bez wahania wskazuje na cykl portretów rdzennych Amerykanów, realizowany od sześciu lat pod tytułem: Northern Plains Native Americans: A Modern Wet Plate Perspective. Po prawnuku Siedzącego Byka przed obiektywem wielkoformatowego aparatu fotografa zasiadło ponad 370 bohaterów. To wciąż jedynie początek pracy: rozpisane na okres piętnastu lat plany artysty zakładają sportretowanie „skromnej” liczby tysiąca osób. Dwieście wybranych zdjęć zostanie opublikowane w czterech woluminach - pierwszy z nich niedawno pojawił się na rynku.

fot. Shane Balkowitsch, na zdjęciu Stephen Edwin Skenandoa

Z fotografii Shane’a Balkowitscha spoglądają twarze przedstawicieli różnych plemion, ludzi różnego wieku i płci. Noszą tradycyjne stroje, czasem zwyczajne jeansy, T-shirty, koszule i marynarki. Jak podkreśla portrecista, nie ma tutaj miejsca na żaden fałsz, mistyfikację, przebranie. Atrybuty, z którymi chcą być uwiecznieni, stanowią ich dziedzictwo, element kultury, która nigdy nie przestała być żywa. „Czuję smutek na myśl o tym, jak wielką krzywdę uczyniliśmy temu światu i ludziom. Mam nadzieję, że mój cykl może rzucić nieco światła na ich kulturę i pokazać, że ci ludzie wciąż tutaj są, istnieją, a ich dziedzictwo ma głębokie i ważne znaczenie. Nie wolno nam zapomnieć o tym, co zrobiła z nimi historia”.

Uśmiech z góry

Indianie z fotografii Shane’a Balkowitscha mają w oczach tę samą godność, którą znamy z portretów ich przodków, wykonywanych przez wielkich amerykańskich dokumentalistów przełomu XIX i XX wieku: Edwarda Sheriffa Curtisa, Rolanda W. Reeda, Williama Henry’ego Jacksona czy Adama Clarka Vromana. E.S. Curtis, fotograf i etnograf, który poświęcił życie i majątek, by zachować dla przyszłych pokoleń znikającą (jak sądził) kulturę współczesnych mu rdzennych Amerykanów, jest inspiracją i wzorem dla Balkowitscha. Na półce w jego studiu stoi dwadzieścia tomów wypełnionych reprodukcjami kadrów Curtisa. „Uważam, że to, co zrobił Curtis jest największym fotograficznym osiągnięciem w historii”, mówi. „Może uśmiecha się teraz do mnie z góry, widząc, że rdzenni Amerykanie wciąż tutaj są, a ich dziedzictwo pozostaje żywe”.

Zobacz wszystkie zdjęcia (14)

Łapacz cieni

W 2018 roku w pracowni Balkowitscha odbyła się wyjątkowa ceremonia. Calvin Grinnell, Biegnący Łoś, członek starszyzny plemienia Hidatsa, nadał mu nowe imię: Maa'ishda tehxixi Agu’agshi - Łapacz Cieni. Obdarzając go przydomkiem, które nosił wcześniej m.in. Edward S. Curtis, społeczność rdzennych Amerykanów symbolicznie przyjęła Shane’a Balkowitscha jako brata, jednocześnie uznając go za kontynuatora pracy wielkiego poprzednika sprzed wieku. „Nigdy nie spotkało mnie większe wyróżnienie” - będzie wspominał później w wywiadach. „Jeżeli los nie zatrzyma mnie w pół kroku, zrobię wszystko, żeby doprowadzić swój projekt do końca”.

Więcej informacji i fotografii artysty znajdziecie na jego stronie internetowej: sharoncol.balkowitsch.com.

Autor: Kamila Snopek

Absolwentka archeologii, studentka fotografii na Uniwersytecie Warszawskim. Nałogowo ogląda stare zdjęcia i dzieli się w mediach społecznościowych opowieściami na ich temat. W wolnym czasie lubi wędrować po filmowych i literackich światach.

Komentarze
Więcej w kategorii: Galerie
„Cicha mantra" - fotograficzna opowieść Jakuba Śliwy o Małym Tybecie
„Cicha mantra" - fotograficzna opowieść Jakuba Śliwy o Małym Tybecie
Niegdyś jeden z najbardziej odosobnionych ośrodków buddyzmu tybetańskiego, dziś jest sezonową atrakcją turystyczną. O regionie Ladakhu opowiada Jakub Śliwa w książce „Cicha mantra"
0
0
ND Awards 2020 - Polacy na podium
ND Awards 2020 - Polacy na podium
Za nami kolejna edycja konkursu Neutral Density Photography Awards. Główną nagrodę zdobywa Natalie Lennard ze swoją naturalistyczną serią dotyczącą macierzyństwa. Na...
114
1
Leżały w szufladzie kilkadziesiąt lat  - powojenna Polska na zdjęciach Wojciecha Tuszko
Leżały w szufladzie kilkadziesiąt lat - powojenna Polska na zdjęciach Wojciecha Tuszko
Swoją pierwszą wystawę miał w wieku… 94 lat. Kuratorem był wnuk, z pomocą którego w tym roku Wojciech Tuszko wydał swój pierwszy album.
627
2
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (2)