Olympus OM-D E-M1X - pierwsze wrażenia

Jak pierwszy profesjonalny reporterski korpus Olympusa wypada w praktyce? Z aparatem mieliśmy okazję zapoznać się jeszcze przed oficjalną premierę. Oto nasze pierwsze wnioski.

29
Maciej Luśtyk
24 Styczeń 2019
Artykuł na: 17-22 minuty

Choć oficjalnie ukazał się dopiero dzisiaj, Olympus OM-D E-M1X emocje wzbudza już od dłuższego czasu. Plotki na jego temat pojawiały się od kilku miesięcy, od kilku tygodni producent podsyca dyskusję na jego temat kolejnymi zapowiedziami, a kilka dni temu do sieci wyciekły pierwsze zdjęcia aparatu.

Wraz z pierwszymi donosami o aparacie pojawiło się oczywiste pytanie o sens budowania szybkiego “sportowego” korpusu w oparciu o stosunkowo niewielką matrycę Mikro Cztery Trzecie. Przecież większość zawodowców, którzy mogliby stać się potencjalnymi kupcami bardzo często, z racji warunków oświetleniowych musi pracować na wysokich czułościach, gdzie matryce te zwyczajnie nie dadzą rady sensorom pełnoklatkowym czy też APS-C pod względem jakości obrazu. Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć poniżej.

Budowa i ergonomia

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nowa konstrukcja ze zintegrowanym pionowym gripem. Od razu trzeba powiedzieć, że nowy model rozmija się z ideą kompaktowego bezlusterkowca, którą od lat forsuje producent. Body wraz bateriami waży 997 g i mierzy 144,4 x 146,8 x 75,4 mm. To oczywiście mniej niż w przypadku lustrzankowej konkurencji, gdzie profesjonalne korpusy ważą około 1,5 kg, a pod uwagę trzeba też wziąć znacznie mniejsze i lżejsze szkła, ale pod względem gabarytów aparatowi niedaleko do pełnoklatkowego modelu A9 z dołączonym gripem. Zainteresowani nie powinni jednak narzekać. W wymagającej pracy duże aparaty są zwyczajnie bardziej wygodne a i dodatkowa waga nie powinna stwarzać dyskomfortu. Zwłaszcza, że nowy korpus naprawdę świetnie leży w ręce.

Grip jest wystarczająco głęboki, by wygodnie zmieścić na nim całą, nawet dużą dłoń, a tylny panel daje pewne oparcie dla kciuka, choć trzeba przyznać, że korpus nieco przeważa na lewą stronę (w przypadku pionowego chwytu wyważenie jest natomiast doskonałe). Ma też bardzo przyjemną fakturę. Bardzo dobrze wypada też kwestia umiejscowienia spustu, pokręteł funkcyjnych i poszczególnych przycisków, które są też odpowiednio większe niż w przypadku wcześniejszych odsłon linii E-M1 i dużo lepiej wyczuwalne. Wystarczy powiedzieć, że już po pierwszym wzięciu aparatu do ręki mieliśmy wrażenie jak byśmy znali go od dawna.

Doskonałe wrażenie robi też pojawiający się po raz pierwszy w serii OM-D joystick AF, oznaczony wypustkami przycisk ISO czy “tarcza funkcyjna” na górnym panelu - rozwiązanie podobne jak w przypadku lustrzanek Nikona, ale naszym zdaniem bardziej praktyczne, ze względu na możliwość szybkiej jednoczesnej kontroli dwóch parametrów (za pomocą pokręteł funkcyjnych) po wciśnięciu każdego przycisku. Nie można też nie zwrócić uwagi na fakt obecności osobnego przycisku odpowiadającego za kontrolę zapisu (CARD) czy aż 5 przycisków funkcyjnych, co biorąc pod uwagę i tak dużą liczbę fizycznych kontrolerów pozwoli nam na bardzo precyzyjną personalizację korpusu.

Rzeczami, na które również warto zwrócić uwagę w przypadku konstrukcji są też blokady pokrywy kart czy slotu baterii, fakt, że w przypadku podłączenia mikrofonu możemy bez problemu korzystać z funkcji obracania ekranu czy też obecność złącza DC 9V, które pozwoli nam zasilać aparat z sieci, bez konieczności stosowania żadnych adapterów czy akumulatorów dummy - rzecz którą na pewno docenią fotografowie spędzający dużo czasu w studio (tym spodoba się także funkcja tetheringu przez Wi-Fi). Ale i w przypadku zasilania z akumulatorów aparat nie powinien stwarzać problemów pod względem długości pracy. Do body wchodzą dwie baterie BLH-1, które powinny wystarczyć na wykonanie około 2500 zdjęć. Oczywiście cały korpus jest też uszczelnione przed kurzem i zachlapaniami (norma IPX1), a także odporne na mróz (do -20°C). Biorąc pod uwagę, że w przypadku Olympusa nigdy nie było z tym problemów, nie sądzimy, by w tym wypadku było inaczej.

Jedyną kwestią, do której można się przyczepić jest wizjer elektroniczny. Bo ten, choć naprawdę duży (powiększenie 0,83x) to o dość niskiej jak na dzisiejsze standardy rozdzielczości 2,36 miliona punktów (większość topowych bezlusterkowców oferuje już moduły o rozdzielczości 3,6 mln punktów), a do tego po zablokowaniu ostrości w przypadku sztucznego światła LED-owego, lub jarzeniowego, zauważymy charakterystyczne nieprzyjemne migotanie obrazu. Pochwalić należy natomiast dużą płynność odtwarzania podglądu oraz relatywnie dobre odwzorowanie kolorystyki i kontrastowości scen, choć na pewno nie jest to pod tym względem najlepszy wizjer, jaki widzieliśmy.

Podobnie w przypadku ekranu niewiele zmieniło się względem poprzedniego modelu, ale tutaj raczej nie mamy powodów do narzekań. Ekran jest jasny, wyświetlany obraz kontrastowy, a system obracania wydaje się bardzo solidny. W dodatku przed mimowolnych naginaniem ekran chroniony jest wystającymi półeczkami, a odwrócenie go pozwoli ochronić monitor przed przypadkowym uszkodzeniem w transporcie. Warto też zwrócić uwagę, że jest to pierwszy raz gdy obrotowy ekran trafia do profesjonalnego korpusu.

Pod względem ergonomii i staranności wykonania nowe body nie ma się czego wstydzić. To z pewnością jeden z lepiej zaprojektowanych flagowych korpusów z jakimi mieliśmy styczność, który świetnie leży w ręce i którego obsługa jest niemal intuicyjna - atrybut, którym może pochwalić się niewiele profesjonalnych body. Szkoda jedynie, że producent nie zdecydował się na umieszczenie pomocniczego ekranu LCD. Na górnym panelu jest dla niego miejsce, a z pewnością byłby to miły ukłon w stronę przyzwyczajonych do tego rozwiązania użytkowników lustrzanek.

Wydajność i jakość obrazu

Teraz trochę o rzeczy najważniejszej, czyli możliwościach nowego korpusu. Na papierze wygląda to naprawdę dobrze - 18 kl./s z pełnym wsparciem AF, 60 kl./s w trybie migawki elektronicznej, superszybki, 121-punktowy układ AF czy stabilizacja matrycy o kosmicznej skuteczności aż 7,5 EV. Jak wygląda to w praktyce?

Aparat wyposażono w 20,4-milionowy przetwornik Live MOS, czyli taki sam, jak w przypadku modelu E-M1 Mark II. Z tą różnicą, że według producenta, dzięki zastosowaniu nowej technologii ma być on bardziej czuły, a dodatkowo wspierany jest podwójnym czterordzeniowym procesorem True Pic VII. W praktyce jest naprawdę nieźle, jak na Mikro Cztery Trzecie wręcz doskonale, aczkolwiek nie możemy tu mówić o jakości porównywalnej z matrycami pełnoklatkowymi.

ISO 64 (rozszerzone)

ISO 100 (rozszerzone)

ISO 200

ISO 400

ISO 800

ISO 1600

ISO 3200

ISO 6400

ISO 12800 (rozszerzone)

ISO 25600 (rozszerzone)

Będzie to więc aparat, który świetnie sprawdzi się w fotografowaniu dzikich zwierząt czy wszelkiego rodzaju wydarzeń odbywających się za dnia, ale dużo trudniej znaleźć dla niego uzasadnienie w profesjonalnej fotografii sportu. Bo choć nie powinno być żadnego problemu w przypadku dyscyplin rozgrywanych w świetle dziennym to raczej nie ma fotografów, którzy pracowaliby wyłącznie w takich warunkach. Chlebem powszednim są mecze czy zawody odbywające się przy sztucznym świetle, gdzie z racji konieczności zamrożenia ruchu raczej rzadko schodzi się poniżej czułości ISO 3200. A w tym wypadku dostrzeżemy już widoczną degradację obrazu. Nie zapominajmy też, że fotografowie sportu mają w zwyczaju dość mocne przycinanie zdjęć, co tylko uwidoczni problemy dotyczące jakości obrazu.

Fenomenalnie wypada natomiast pojawiający się po raz pierwszy w historii tryb High Res Shot (uzyskiwanie rozszerzonej rozdzielczości przez przesunięcie matrycy o określoną liczbę pikseli), z którego możemy skorzystać podczas fotografowania z ręki - rzecz, o której wielu marzyło gdy po raz pierwszy funkcja ta została zaprezentowana przy okazji premiery modelu E-M5 II w 2015 roku. Oczywiście nie skorzystamy tu z dobrodziejstw stabilizacji matrycy, dlatego trzeba trzymać się bezpiecznych dla danej ogniskowej czasów migawki, ale wygoda tego rozwiązania naprawdę robi świetne wrażenie. Bez problemu funkcję tę wykorzystamy w fotografii portretowej czy krajobrazowej, a efekty mówią same za siebie.

Zdjęcie wykonane w trybie standardowym

Zdjęcie High Res Shot

W dodatku zdjęcia te zapiszemy w formacie RAW. Póki co nie mieliśmy okazji sprawdzić tej funkcji w przypadku bardziej dynamicznych ujęć, ale szybkość z jaką wykonywane jest zdjęcie każe nam sądzić, że nawet w przypadku ruchu obiektów w kadrze nie powinno być dużego problemu ze zniekształceniem przedmiotów na zdjęciu. Jedynie dość długo trwa przetwarzanie zdjęć przez aparat, a w dodatku nie będziemy mogli w tym trybie skorzystać ze światła błyskowego. Jeżeli więc ktoś nastawiał się na aparat, który mógłby zastąpić mu w studiu pełne klatki pokroju Canona 5Ds R, Nikona D850 czy Sony A7R III, będzie musiał obejść się smakiem.

Świetnie też sprawdza się system stabilizacji. Już w modelu E-M1 Mark II mogliśmy wykonywać z ręki około 2-sekundowe ekspozycje. Tu ma być jeszcze lepiej - według producenta stabilizacja oferować ma skuteczność na poziomie 7,5 EV. W praktyce skuteczność wydaje się być podobna jak w przypadku E-M1 Mark II, ale trzeba też brać pod uwagę, że mamy do czynienia z dużo cięższym, trudniejszym do utrzymania nieruchomo body. Mimo to bez większych problemów byliśmy w stanie utrzymać z ręki 2,5-sekundową ekspozycję korzystając z ogniskowej 12 mm (ekwiwalent 24 mm dla pełnej klatki).

2,5 s, f/4.5, ISO 200, ogniskowa: 12 mm

Niestety nie zachwycił nas układ AF. Choć w przypadku trybu pojedynczego aparat ostrzy bardzo szybko i sprawnie - w czasie około 0,12 s w dobrym świetle i 0,25 s w świetle słabym (obiektyw M.Zuiko 12-40 mm f/2.8 PRO) - to napotkaliśmy na duże problemy w kwestii śledzenia obiektów. Mimo, że aparat oferuje rozbudowane tryby pomiaru (m.in. możliwość ustalania własnej strefy punktów i regulacji czułości systemu śledzenia), a dodatkowo oferuje usprawnione algorytmy dla trybu śledzenia obiektów, AF w modelu E-M1X zwyczajnie nie podążał efektywnie za przybliżającymi się, lub oddalającymi się przedmiotami. Nieco lepiej było w przypadku przestawienia prędkości serii na średnią (10 kl./s), ale nadal nie była to skuteczność jakiej oczekiwalibyśmy po tego typu aparacie. Problem ten występował w przypadku każdego sprawdzanego przez nas obiektywu.

Napotkaliśmy przy tym na osobny szkopuł. W przypadku przestawienia pierścienia na obiektywie na tryb manualnego ostrzenia, w funkcjach aparatu nadal widoczne są ustawienia C-AF i trybu śledzenia, co w przypadku nieumyślnego przełączenia może wprowadzić użytkownika w błąd. To jednak producent szybko będzie w stanie poprawić poprzez aktualizację firmware’u.

Jak na razie powstrzymamy się od pochopnych wniosków. Choć aparat, który trafił do naszej redakcji pracował na oprogramowaniu w wersji 1.0, bardzo prawdopodobnym jest, że była to przypadłość tego konkretnego modelu. Jeszcze dziś będziemy mieli okazję wypróbować inne korpusy podczas oficjalnej polskiej premiery aparatu, w ciągu kilku godzin zaktualizujemy więc artykuł o te informacje.

Aktualizacja: Okazało się, że przyczyną problemu był fakt, że choć aparat realizuje śledzenie w trybie seryjnym 18 kl./s, to tylko w przypadku migawki elektronicznej, o czym nie informowały materiały, które otrzymaliśmy od producenta. W przypadku korzystania z migawki mechanicznej, maksymalna prędkość z jaką będziemy mogli fotografować z pełnym wsparciem AF to 10 kl./s. Trzeba przyznać, że podczas szybkich testów AF wypadł naprawdę świetnie, ale wydaje się, że system śledzenia lepiej radzi sobie w przypadku korzystania z migawki elektronicznej. Nie powinno to też zanadto dziwić - w tym trybie nic nie przysłania matrycy, na której znajdują się piksele detekcji fazy odpowiedzialne za pomiary ostrości. Bliżej tej kwestii przyjrzymy się podczas pełnego testu.

Co jeszcze?

Aparat pozwala oczywiście na wiele więcej. Z racji niedługiego czasu spędzonego z nowym body nie mieliśmy okazji sprawdzić chociażby nowej funkcji symulacji filtra ND czy bezprzewodowego tetheringu. Zwróciliśmy natomiast uwagę na to, jak dużą swobodę aparat oferuje pod względem personalizacji. Ingerować możemy niemal w każdy aspekt poszczególnych trybów i funkcji. Mamy też aż 4 tryby ustawień użytkownika. Osoby, które lubią ‚programować” aparat pod siebie będą zachwycone.

Całkiem mocnym punktem aparatu wydaje się też tryb filmowy. Co prawda tryb 4K ograniczony jest do prędkości 30 kl./s (24 kl./s w przypadku rozdzielczości Cinema 4K), ale nie uświadczymy tu współczynnika cropa, a do tego otrzymujemy m.in. profil Log, zapis Full HD z prędkością do 120 kl./s, płynnie i skutecznie działający w tym trybie autofokus czy w końcu fenomenalną stabilizację obrazu, która w wielu wypadkach będzie nam w stanie zastąpić gimbal. To po prostu trzeba zobaczyć.

 

Do tego złącza mikrofonowe i słuchawkowe, możliwość sterowania krzywą gamma czy funkcję peakingu ostrości (choć szkoda, że bez możliwości sterowania intensywnością podświetlania krawędzi). Szkoda jedynie, że zapis All-i ograniczony jest wyłącznie do rozdzielczości Full HD oraz, że mamy tu do czynienia wyłącznie z 8-bitową głębią kolorów i próbkowaniem 4:2:0, a przynajmniej producent nie chwali się tym, by było inaczej. Mimo wszystko, na potrzeby produkcji internetowych czy też jakichkolwiek innych, gdzie klient nie wymaga profesjonalnego sprzętu filmowego, aparat powinien być w stanie sobie poradzić.

Pierwsze wnioski

Olympus OM-D E-M1X to z pewnością aparat nie dla każdego. Mimo wyglądu przypominającego aparat reporterski, z racji niewielkiej matrycy prawdopodobnie nie zainteresują się nim fotografowie, którzy fotografują sport w całym spektrum warunków oświetleniowych czy też fotoreporterzy, którzy niejednokrotnie muszą pracować po zmroku i korzystać z wysokich czułości ISO. Wszyscy inni aparatem powinni być zachwyceni.

Systematyka obsługi, duże wygodne przyciski i doskonale skrojony pionowy grip to najlepsze, co do tej pory pod względem ergonomii Olympus zaprezentował w systemie Mikro Cztery Trzecie. Aparat jest wygodny aż do bólu i każdemu, kto się na niego zdecyduje powinien przynosić radość z fotografowania, a funkcje takie, jak możliwość bezpośredniego zasilania z sieci, wyjątkowo skuteczna stabilizacja matrycy w trybie filmowym czy tryb wysokich rozdzielczości przynoszący wymierne rezultaty bez konieczności korzystania ze statywu tylko rozszerzają pole zastosowań nowego body.

To z pewnością coś więcej niż tylko E-M1 Mark II z przypiętym na stałe battery gripem i na pewno pokochają go zawodowcy pracujący dotychczas z tym wspomnianym powyżej modelem. Pozostaje jedynie pytanie czy znajduje dla siebie uzasadnienie w pułapie cenowym, na którym się plasuje. Bo w cenie 11,5 tys. zł (bezpośrednie przeliczenie zachodniej ceny aparatu) możemy mieć już topowe korpusy APS-C konkurencji czy nawet świetne aparaty pełnoklatkowe. Należy jednak pamiętać, że Olympus przyciąga do siebie użytkowników nie tylko ze względu na ciekawie korpusy, ale także dzięki świetnej optyce o naprawdę niewielkich gabarytach.

Dodaj ocenę i odbierz darmowy numer DCP
Digital Camera Polska

Tłumacz i fotograf, codziennie selekcjonuje dla Was porcję najciekawszych newsów ze świata fotografii. Zafascynowany nowymi technologiami, choć woli fotografować analogiem. Prywatnie niespełniony snowboardzista i spełniony tata.

Komentarze
Więcej w kategorii: Aparaty
Sony A6400 - test aparatu
Sony A6400 - test aparatu
Następca modelu A6300 ma być doskonałym aparatem dla wymagającego amatora i pierwszym wyborem vlogera. Ciągle jednak pod pewnymi względami ustępuje obecnemu od dwóch...
6
0
Canon EOS M6 Mark II - zdjęcia przykładowe
Canon EOS M6 Mark II - zdjęcia przykładowe
Najnowszy Canon EOS M6 Mark II, to obok modelu 90D jedyny na rynku aparat z matrycą APS-C o rozdzielczości 32 Mp. Zobaczcie, jak radzi sobie w praktyce.
8
0
Canon EOS 90D - zdjęcia przykładowe
Canon EOS 90D - zdjęcia przykładowe
Najnowsza lustrzanka Canona, jako pierwsza w segmencie APS-C oferuje matrycę o rozdzielczości 32 Mp. Jak nowy sensor radzi sobie w praktyce? Zobaczcie zdjęcia przykładowe.
11
0
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (4)