Krzysztof Miller - wywiad

0
Marcin Grabowiecki
3 Listopad 2012
Artykuł na: 9-16 minut
Prezentujemy fragmenty wywiadu z fotoreporterem Krzysztofem Millerem, który opowiada o swoich doświadczeniach korespondenta wojennego. Pełna treść rozmowy jest do znalezienia w książce "Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii", teraz dostępnej także w wersji na iPada.
HANNA MARIA GIZA: Czy zdarzały się sytuacje, w których pańskie życie było zagrożone?
KRZYSZTOF MILLER: Wielokrotnie. Najbardziej traumatycznym wspomnieniem jest Czeczenia, gdzie z Wojtkiem Jagielskim - dziennikarzem "Gazety", z którym bardzo często razem jeździmy - dotarliśmy na linię frontu między Czeczenami a Rosjanami. Całą noc spędziliśmy w jednym z czeczeńskich bunkrów. Rano Czeczeni mieli nam pokazać, jak wygląda linia frontu. I nie wiem, czy pech to sprawił, czy zrobili to świadomie, w każdym razie odpalili rakietę w kierunku pozycji rosyjskich. Rosjanie z dwóch kilometrów odpowiedzieli skierowanym na nas ogniem moździerzowym. Siedzieliśmy z Wojtkiem w dołkach metr na metr szerokości i półtora metra głębokości i czuliśmy się zupełnie jak na polu golfowym: albo pocisk wpadnie do dołka i wtedy człowieka nie ma, albo przeleci i jesteśmy uratowani. Przez czterdzieści minut takiego ostrzału przyrzekałem sobie: Miller, już nigdy więcej na taką wojnę nie pojedziesz. Najgorsze jednak, że zdjęcia z tych okopów były właściwie nijakie.

HMG: Mimo grozy sytuacji pan fotografował?
KM: Nie fotografowałem rozrywających się pocisków, ale robiłem zdjęcia wcześniej: jak Czeczeni podglądają przez lunety snajperskie pozycje Rosjan, jak odpalają rakiety. Później już siedziałem cicho i tylko się modliłem, żeby pocisk nie wpadł do mojego dołka. A po czterdziestu minutach - Wojtek twierdził, że po dwóch godzinach, tak różnie to odbieraliśmy, bo świat nam się zawalił i czas płynął zupełnie nierealnie - kiedy na moment przycichło, uciekliśmy. Myślę, że pobiliśmy jakiś olimpijski rekord, uciekając z tych okopów w bezpieczne miejsce. Udało nam się.

HMG: Współpracuje pan z Wojciechem Jagielskim już od dłuższego czasu. Czy to dlatego, żeby obraz mógł wesprzeć słowo, żeby trudne słowo zostało wsparte też niełatwym obrazem?
KM: Wszystko po trochu. Na pewno obraz często wspiera słowo. Prawda zaś wygląda tak, że we dwóch jest bezpieczniej, a ponadto raźniej. Kiedy jeden na drugim może polegać, wtedy dużo łatwiej znosić trudy wojny, skomunikować się ze światem. Rzeczywiście tworzymy tandem. Od puczu w Moskwie w 1991 roku jeździmy razem na wojny toczące się w regionach interesujących Wojtka. Była Czeczenia, Gruzja, Abchazja, Afryka Południowa, później Afryka Centralna, czyli Zair, Ruanda, Burundi, i z tym się wiąże mnóstwo wspólnych przeżyć.

Uchodźcy z Ruandy w obozie 102 kilometr, Kongo, 1997, fot. Krzysztof Miller


HMG: W Zairze fotografował pan umierające dzieci. Ten niewyobrażalny dramat śmierci niezawinionej i okrutnej ubrał pan w czysty kolor i piękne światło. Tyle im pan podarował na koniec.
KM: Dwoje dzieci, jedno z mocno już wzdętym brzuszkiem, drugie siedzące na kartonie pozostałym po pomocy humanitarnej, z gwiazdkami Unii Europejskiej, w takim geście zupełnego załamania: pochylona głowa, ręce bezwładnie opadające na kolana. Zair to jedna z najstraszliwszych moich eskapad fotograficznych. Dotarliśmy do obozów uchodźców z Ruandy. To byli uchodźcy z plemienia Tutsi, którzy zostali przepędzeni w wyniku wojny domowej na tereny Zairu. Zairczycy nie chcieli się nimi zająć, wobec tego Tutsi postanowili iść dalej. Ich droga wiodła przez dżunglę i liczbę kilometrów od największego miasta w okolicy - Kisangani - wyznaczały nazwy obozów. Sfotografowany przeze mnie obóz czterdziesty drugi oznaczał, że od miasta dzieliły go 42 kilometry. Obóz osiemdziesiąty piąty, że tych kilometrów było 85. I wreszcie najstraszniejszy, sto drugi, gdzie z głodu umierało kilkadziesiąt osób dziennie, był od Kisangani oddalony o 102 kilometry. Dojeżdżaliśmy tam motorami terenowymi przez niewidoczne niemal ścieżki w dżungli. Tylko w ten sposób można się tam było dostać. Zobaczyłem wtedy obraz największej tragedii, największego upodlenia człowieka, i gdyby nie to, że patrzyłem na tę całą historię przez wizjer aparatu fotograficznego, który stanowił osłonę, jak czapka niewidka, to nie wiem, jak bym sobie z tym tematem poradził.

HMG: Nie miał pan ochoty, żeby odrzucić aparat i po prostu jakoś pomóc tym ludziom?
KM: Cała ta sytuacja mnie przerosła, przerosła też zresztą historię. W Zairze funkcjonowały wielkie organizacje humanitarne, które przejadały całą pomoc przeznaczoną dla uchodźców. Ta wielka tragedia śmierci odbywała się na ich oczach. Pomoc docierała do stolicy i tam znikała. Nigdzie dalej nie była przekazywana. Gdzieś się gubiła po drodze, handlowano nią później na bazarach. Cóż ja, jako fotograf, mogłem zrobić? Miałem ze sobą batony - miałem dać czekoladowego batona takiemu dziecku? Nie wiem, czyby mu nie zaszkodził. Do niesienia pomocy w takich sytuacjach zobowiązane są właśnie takie organizacje humanitarne, które powinny zająć się tym profesjonalnie. Mogłem tylko los tych nieszczęśników i ich tragedię pokazać całemu światu. Zresztą francuski "Le Monde" wykorzystał później te zdjęcia jako wołanie o pomoc dla umierających dzieci i jako oskarżenie o korupcję, i niewydolność organizacji mających nieść pomoc.

HMG: To zdjęcie to także obraz ludzkiej bezsilności, bezsilności fotoreportera, który widzi i jest bezradny. To trudne doświadczenie.
KM: Może nie tyle moje jako fotoreportera, ile moje jako człowieka. Sytuacja w mieście, z którego dojeżdżaliśmy do obozów, również była ciężka. Pojawiło się tam nagle w hotelu kilkunastu fotoreporterów, którzy po trzech, czterech dniach przejedli wszystkie zapasy. Myśmy tam żyli na ryżu, czasami smażonych bananach. Ale ja miałem jakieś witaminy, inni dziennikarze także, jakoś więc dawaliśmy sobie radę. Nie mieliśmy wyczerpanych organizmów. Natomiast setki tysięcy uchodźców, głęboko w dżungli, czekając na pomoc, ginęły. Nie wiem, dlaczego Europa nie zorganizowała zrzutów z pomocą dla tych najbardziej oddalonych w dżungli obozów. Widocznie nie było porozumienia na szczeblu politycznym i dlatego ci ludzie umierali.

HMG: Czy miał pan kiedykolwiek podczas fotografowania problem natury etycznej?
KM: W trakcie pracy - nie. Robię zdjęcia również w sytuacjach najbardziej dramatycznych, kiedy szargana jest godność człowieka, nawet umierającego. Później nie decyduję się na ich publikowanie, służą wyłącznie jako dokumentacja dla naukowców, historyków, organizacji zajmujących się prawami człowieka. Są informacją, tylko i wyłącznie dokumentem. Zdarza się, że Uniwersytet Stanforda ze Stanów Zjednoczonych czy inne placówki zwracają się na przykład z prośbą o dokumentację fotograficzną z wojny na Bałkanach, o zdjęcia pierwszych ofiar w Słowenii. To było siedmiu tureckich kierowców tirów, którzy przewozili jakieś towary przez terytorium Słowenii. Zostali zastrzeleni ze śmigłowców przez pilotów serbskich. Robiłem takie zdjęcia i były one później wykorzystywane jako dokumentacja do prac naukowych. Z całą pewnością nie życzyłbym sobie nigdy ich publikacji w prasie.

Republika Południowej Afryki, 1994, fot. Krzysztof Miller


HMG: Czy fotoreporter ma do wszystkiego prawo, czy do czegoś nie ma? Jakie jest prawo fotoreportera?
KM: Nie wiem, jakie jest prawo fotoreportera. Myślę, że w moim przypadku to prawo do informowania ludzi, możliwość zarejestrowania kawałka historii, kawałka wydarzenia, kawałka czyjegoś życia. Najprostsze prawo fotoreportera. Nie może się ono przeradzać w kłamstwo. Zdjęcia nie mogą być rezultatem manipulacji, świadomego kreowania. Jeżeli tego nie robię - mam prawo fotografować.

HMG: Sfotografował pan iracką kobietę na tle zburzonego, zrujnowanego domu, ale także zakrwawione stopy żołnierza wystające z ambulansu.
KM: To jest zdjęcie z polskiej strefy okupacyjnej z Nadżafu, tam, gdzie toczyły się bardzo krwawe walki między sadrystami. Było to po jednym z wielu zamachów bombowych w pobliżu meczetu Alego, czyli jednego z najświętszych miejsc szyitów irackich. Zdjęcie przedstawia jedną z ofiar tych walk. Widzimy tylko stopy. Jedna ze stóp jest zakrwawiona i wiemy, że ten człowiek czeka na transport wojskowy, który zabierze go do szpitala wojsk amerykańskich w Bagdadzie.
A tu jest demonstracja pokojowa w Bagdadzie, podczas której - co za paradoks - wieziono trumny z ofiarami jednego z zamachów bombowych. Po to organizuje się te demonstracje, żeby dziennikarze z całego świata je pokazali.

HMG: Proszę bardzo: tu pokojowa demonstracja, a tu niesiemy swoich zabitych!
KM: Oczywiście. Pełna symbolika. A to jedno ze zdjęć, które zrobiłem w ramach fotoreportażu z pierwszego wyjazdu: nowa iracka policja złapała rabusia.

HMG: Policjant Irakijczyk złapał rabusia Irakijczyka.
KM: Tak. Policja iracka została wyszkolona przez polskie wojsko. To właśnie jest jeden z moich reportaży o polskim wojsku bez udziału polskiego wojska. Ale o tym można się dowiedzieć tylko z tekstu, natomiast oglądając same zdjęcia, nie wiemy o tym. Tutaj jest nabór do nowej irackiej armii.

HMG: Nabór, w symbolicznym wymiarze przedstawiony przez wojennego fotoreportera, wygląda tak: zza jakiegoś betonowego bunkra, na którym stoi policjant, widać wyciągniętą rękę.
KM: Ale to stoi policjant irakijski. Polacy ochraniają ten teren. Jest mnóstwo chętnych do pracy w wojsku irackim, zbyt wielu chętnych. Tysiące Irakijczyków próbowało zaciągnąć się do nowej armii. I wyciągnięta ręka mówi: "Pomóż mi, pomóż mi". Policjant natomiast odpowiada gestem: "Cóż ja mogę zrobić?". A tutaj ta sama kolejka. Cienie, ludzkie sylwetki pokazane poprzez druty kolczaste. Ludzie stoją tu właśnie po to, żeby się zatrudnić czy to w armii, czy w policji irackiej. Nowy nabór. Mam też zdjęcia z Samary, gdzie rozegrała się jedna z większych bitew między armią amerykańską a partyzantami irackimi, i ofiary tych walk: matka wyglądająca jak czapla, w czarnej pelerynie i z rozłożonymi rękami, bezradnie pochyla się nad rannym synem.

HMG: Kompozycja, ułożenie ciał matki i syna, kojarzy się z Pietą. Jaki świat wyłania się ze zdjęć, które pan robi? Jaki świat pan fotografuje?
KM: Bardzo różny. Przed chwilą oglądaliśmy tragedię kobiety, której syn został ranny, a teraz widzimy zabawę młodych chłopców na tle spalonego samochodu. I to jest ta sama wojna, a tu za tym murem - szpital, w którym umierają ludzie. W tym kraju doszło do tragedii i widzimy, że człowiek w ekstremalnych sytuacjach - bez względu na kulturę, tradycję czy religię - reaguje tak samo. Nawet dzieci z pistoletami, które bawią się w wojnę, są roześmiane, może trochę zadziwione. A przecież na poprzednim zdjęciu widzimy wielkie nieszczęście.



Krzysztof Miller Fotoreporter. Od 1986 roku autor zdjęć dla pism drugiego obiegu w Polsce. Od 1988 fotograf Centrum Informacji Akademickiej NZS, współpracownik "Przeglądu Wiadomości Agencyjnych". W 1989 roku fotografował obrady Okrągłego Stołu. Od 1989 fotoreporter "Gazety Wyborczej". Autor fotoreportaży z "aksamitnej rewolucji"; w Czechosłowacji, przewrotu w Rumunii, trzęsienia ziemi w Iranie, festiwalu Woodstock '94, wojen i zamieszek w Mołdawii, Karabachu, Gruzji, Abchazji, Kurdystanie, Bośni, Chorwacji, Burundi, Afganistanie, Czeczenii, Republice Południowej Afryki, Zairze, Iraku. Indywidualne wystawy między innymi w Stanford University w USA, Universidad de Habana na Kubie oraz w Sarajewie i w Bośni. Otrzymał liczne nagrody w Konkursie Polskiej Fotografii Prasowej. W 2000 roku juror konkursu World Press Photo, a w 2004 roku laureat Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (polskiego Pulitzera) za zdjęcie z Iraku, a w 2005 nagrody tygodnika "Newsweek Polska".

Pełna treść wywiadu do znalezienia w książce Artyści mówią. Wywiady z mistrzami fotografii", teraz dostępnej także w wersji na iPada.

Komentarze
Więcej w kategorii: Branża
Widziałeś reklamę statywów Peak Design w śmiesznie niskiej cenie? Nie daj się nabrać, to oszustwo
Widziałeś reklamę statywów Peak Design w śmiesznie niskiej cenie? Nie daj się nabrać, to oszustwo
Peak Design Travel Tripod to jeden z najciekawszych statywów ostatnich lat. Okazuje się, że ktoś próbuje wykorzystać popularność projektu w serwisie Kickstarter (ponad...
17
0
Wiklinowa historia - jak ewoluują trendy fotograficzne
Wiklinowa historia - jak ewoluują trendy fotograficzne
Jedno krzesło, tysiące zdjęć. Od wyposażenia werand majętnych obywateli do symbolu ruchu Czarnych Panter w ciągu stu lat.
10
0
Jak robić viralowe zdjęcia? Jordi Koalitic ma na to gotowy przepis
Jak robić viralowe zdjęcia? Jordi Koalitic ma na to gotowy przepis
Bracia Jordi i Arnau Puig tworzą kreatywny duet, który osiągnał spektakularny sukces w mediach społecznościowych. Swoich pomysłów nie chowają jednak tylko dla siebie i to dodatkowo napędza ich...
21
0
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (1)