Włóczęga po Los Angeles w wydaniu Robby’ego Müllera (1940-2018) odbywa się w tempie kontemplacyjnym, zawsze pieszo, czasem w pełnym słońcu, czasem po zmroku. Można wyciszyć się. Pozachwycać przygaszonymi kolorami i nieostrością polaroidu. Posmakować ejtisów, ale bez popkulturowej otoczki, z którą dzisiaj kojarzymy tę epokę.
W dokumentowaniu świata Holender szedł własną ścieżką. Książka od wydawnictwa Stanley/Barker pokazuje, co zatrzymywało jego wzrok: architektura, samochody, palmy, ocean i niebo. Często - miejsca, powiedziałabym, nieatrakcyjne, betonowy parking albo ciasny zaułek za motelem. Najważniejsze było tu światło. Müller potrafił je wyczuć i wykorzystać w fenomenalny sposób. Dlatego jego filmy i polaroidy z L.A. tak dobrze się ogląda.
Początki
Na Zachodnie Wybrzeże Holendra wezwały operatorskie obowiązki. W latach 80. pracował w Los Angeles przy kilku filmach. Pierwszym byli „Komornicy” Alexa Coxa, drugim - kultowy „Paris, Texas” Wima Wendersa. Później Holender do filmografii dopisał jeszcze „Żyć i umrzeć w L.A.” Williama Friedkina (z upiornym Willemem Defoe w roli antagonisty) i „Ćmę barową” Barbeta Schroedera.
Angela Müller-Schirmer, pomysłodawczyni i fotoedytorka książki „L.A. Polaroids” (prywatnie żona operatora i kuratorka jego spuścizny), zaprosiła do projektu reżyserów i aktorów, z którymi Robby miał okazję spotkać się wtedy na planie. Ich wspomnienia umieszczają całą opowieść w historycznym kontekście. Dowiadujemy się z nich szeregu ciekawych faktów na temat charakteru Robby’ego i jego niezmordowanej pasji do fotografii.
Na początku lat 70. Wim Wenders towarzyszył Holendrowi, gdy ten po raz pierwszy wziął w ręce ukochanego Polaroida SX 70. „Rzadko kiedy widziałem go szczęśliwszego niż wtedy, gdy trzymał swoje pierwsze zdjęcie, czekając aż pojawi się w przygotowanej ramce”, pisze reżyser. Co było dalej? Podobno Robby nie rozstał się już z aparatem. Polaroidami zrobił wszystkie fotografie w książce - i dziesiątki innych.
Kronika zmiany
Ulubioną bazą Robby’ego na Wybrzeżu był Kensington Motel w Santa Monica. Wnętrze swojego pokoju i widoki z okien uwiecznił na wielu zdjęciach. Dzisiaj po budynku nie ma śladu; stanął tam apartamentowiec. Inne małe motele w tym rejonie podzieliły jego los.
Fotografując najbliższe otoczenie, Holender stworzył cenne archiwum świata, który tak go fascynował. Zamrożone na polaroidzie zachowały się świadectwa „utraconej świetności” (pożyczam to określenie z książki) Los Angeles w latach 80. Fasady monumentalnych hoteli błyszczą w zachodzącym słońcu, ulicami mkną stylowe samochody, dynamiczne wieczorne niebo kontrastuje ze światłem latarni. Specyficzna nostalgia, która przepełnia kadry Müllera, niesie czytelnika w piękne rejony wyobraźni. Zwłaszcza jeżeli napatrzyliśmy się wcześniej na tę kalifornijską „scenografię” w kinie.
Warto docenić, że autorzy książki dostroili się do nastroju fotografii Robby’ego, przygotowując jej projekt. Pomarańczowa grafika na okładce przywołuje skojarzenie z gorącym słońcem i plakatami z epoki. Kolejne neonowe grafiki umieszczono wewnątrz książki; kontrastują ze spokojnymi kadrami Holendra. Teksty w formie maszynopisu wydrukowano na cieniutkim bladoróżowym papierze (jak ten do dawnych drukarek). Retro sznyt był tu kluczem do sukcesu - publikacja prezentuje się świetnie.
Mystery Train
Pozostajemy w temacie skojarzeń - bo obraz świata w „L.A. Polaroids” bardzo przypomina mi Memphis z Jarmuschowej antologii „Mystery Train” (1989).
Robby Müller był w tym projekcie odpowiedzialny za zdjęcia. W jednym z trzech epizodów para japońskich turystów, podróżująca po Ameryce śladami Elvisa Presley’a, krąży po pustym mieście. Bohaterowie odwiedzają dom muzyka, spotykają kilka bardzo interesujących postaci, by na koniec trafić do podupadłego moteliku na przedmieściach. Miejsce przedstawione w filmie z perspektywy przybyszów ma wyjątkową aurę, niepokojącą i melancholijną (doświadczył jej każdy i każda z nas, kto wracał kiedyś z centrum na obrzeża nocnym autobusem).
W podobny sposób Holender fotografuje Kalifornię. On też jest obcy i dzięki temu widzi więcej, a przynajmniej - inaczej. Kiedy współpracownicy z filmowego planu powtarzają zdanie, że Robby „nie należał do świata Hollywood”, odczytujemy je jako komplement. Willem Defoe: „robiło na mnie wrażenie, że dostrzegał to, czego inni nie potrafili - źródło, obecność, wibracje, możliwości w tym, co było już na miejscu, zanim wtargnęliśmy do tej przestrzeni z naszymi filmowymi pomysłami, historiami i planem działania”.
Dom
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w „L.A. Polaroids” stosunkowo mało jest samego Robby’ego Müllera. Holender raczej nie lubił się pokazywać w kadrze. Na zdjęciach z L.A. pojawia się ledwie kilka razy, jako cień albo odbicie w lustrze. Zresztą w ogóle nieczęsto fotografuje ludzi. Najczęściej wybiera bezpieczny dystans, szersze kadry, obserwację z drugiej strony ulicy.
Bliżej z aparatem podchodzi dopiero w „oswojonej” przestrzeni swojego apartamentu w motelu. Tutaj ton fotografii się zmienia. Ciepłe i złote brązy, czajnik na kuchence, jabłka, kilka zdjęć kota Garfielda. Z okna, w którym schną wyprane skarpetki i koszula, wieczorem można obserwować miasto w zapadającym zmierzchu.
Bliscy opowiadają, że Robby Müller robił polaroidy w każdym wnętrzu, w którym nocował. „Cieszę się, kiedy widzę go w kadrze” - uśmiecha się Jim Jarmusch w filmie biograficznym „Robby Müller. Living the Light” (2018). „Te hotele to była duża część jego życia. Miał powiedzenie, że praca przy filmach jest trochę jak ucieczka, żeby dołączyć do cyrku. W zasadzie jesteś wtedy w podróży do końca życia”.
„L.A. Polaroids”, Robby Müller
- Liczba stron: 96
- Format: 300 x 240 mm
- Oprawa: miękka
- Wydawnictwo: STANLEY/BARKER
Książkę kupicie na stronie wydawnictwa: stanleybarker.co.uk.
Więcej polaroidów Robby’ego Müllera znajdziecie w jego archiwum na Instagramie (@robbymuller.archive) i stronie internetowej (robbymullerarchive.com).