Olympus OM-D E-M10 Mark IV - 20-megapikselowa matryca, wykrywanie oka i ekran do selfie

Autor: Maciej Luśtyk

4 Sierpień 2020
Artykuł na: 4-5 minut

Olympus wprowadza na rynek czwartą generację jednego z najlepiej wyposażonych amatorskich aparatów na rynku. Otrzymujemy m.in. nową matrycę, i zaktualizowany system AF, jednak większość specyfikacji pozostaje bez zmian.

Co musisz wiedzieć:
  • 20-megapikselowa matryca Live MOS z topowych modeli w ofercie
  • Uaktualnione algorytmy śledzenia AF
  • Funkcja wykrywania twarzy i oka
  • 15 kl./s w trybie cichej migawki elektronicznej, 8,7 kl./s z migawką mechaniczną
  • Ekran odchylany do pozycji selfie
  • Filmy 4K 30 kl./s
  • Wi-Fi
  • Nadal 2,36-milionowy wizjer, USB 2.0,brak złącza mikrofonowego i AF w technologii detekcji kontrastu
  • Plastikowa obudowa
  • 360 zdjęć na jednym ładowaniu
  • Cena: 3199 zł

Choć w obliczu sprzedaży działu fotograficznego obecna sytuacja rynkowa Olympusa nie jest do końca jasna, nie zmienia to faktu, że producent ma w swojej ofercie jeden z najbardziej uniwersalnych względem zapotrzebowań ambitnych amatorów aparat na rynku - model E-M10. Seria ta od lat w przystępnej cenie oferuje wszystko, czego od aparatu oczekiwać może osoba rozwijająca fotograficzną pasję.

Problem w tym, że od premiery ostatniego modelu minęły już 3 lata i jego specyfikacja nie prezentuje się dziś już tak atrakcyjnie jak kiedyś. Teraz wreszcie na rynek trafia czwarta generacja aparatu - Olympus OM-D E-M10 Mark IV. Czy wnosi ona do serii oczekiwany powiew świeżości?

Olympus E-M10 Mark IV to dość skromna, ale potrzebna aktualizacja

Największą nowością jest tu implementacja 20-megapikselowego sensora (zakres czułości ISO 200-256000, którego do tej pory używały wyższe modele w ofercie. Otrzymamy więc widoczny skok w rozdzielczości (16 Mp w poprzednich modelach), ale raczej nie ma co nastawiać się na rewolucje w zakresie pracy w słabym świetle czy ogólnie zaszumienia obrazu - to ten sam moduł, który producent od lat wykorzystuje w topowych modelach.

Tak czy inaczej jest to jedyny obok konstrukcji Panasonica amatorski aparat systemowy, wyposażony w 5-osiowy system stabilizacji matrycy (skuteczność 4,5 EV), który dodatkowo ma teraz lepiej radzić sobie w zakresie fotografowania dynamicznej akcji. Przede wszystkim, producent zwiększył prędkość trybu seryjnego do 15 kl./s (w trybie migawki mechanicznej, nadal 8,7 kl./s z migawką mechaniczną), a także usprawnił algorytmy śledzenia układu AF. Trzeba jednak przypomnieć, że z pełnym wsparciem AF prędkość serii wyniesie tylko 6 kl./s.

Autofokus nadal bazuje tu niestety wyłącznie na 121 punktach detekcji kontrastu, ale producent obiecuje, że znacznie lepiej radzi sobie z wykrywaniem oka czy podążaniem za obiektami w trybie C-AF (aparat wykorzystywać ma te same algorytmy śledzenia co flagowy korpus E-M1X). W przypadku poprzedników bywało z tym różnie, a przeciętnie wypadał zwłaszcza autofokus w trybie wideo, ale i tak skuteczność ostrzenia okazywała się zwykle wystarczająca, jak na potrzeby amatorów (około 50-60% trafionych zdjęć w serii). Jeśli tym razem będzie lepiej, możemy tylko przyklasnąć.

Wśród nowości znajdziemy także nowy, odchylany do dołu mechanizm dotykowego, 3-calowego ekranu (rozdzielczość 1 040 000 punktów), który zaskarbić ma sobie uznanie osób często wykonujących selfie. Do tego aparat oferuje wreszcie możliwość ładowania baterii przez USB i oferuje zaktualizowany tryb panoramy.

Szkoda tylko, że nadal mamy do czynienia z wieloma podzespołami sprzed kilku lat

Niestety poza tymi nowościami, otrzymujemy w większości to, co przed trzema laty. Nadal więc będziemy mieć do czynienia z dość skromnym jak na dzisiejsze realia wizjerem elektronicznym o rozdzielczości 2,36 Mp i powiększeniu 0,62 x czy też złączem USB 2.0 i wspomnianym już nieco leciwym systemem AF. Aparat nadal też nie doczekał się złącza mikrofonowego. Do tego producent nie zdecydował się powrócić do metalowej obudowy, którą pamiętamy z dwóch pierwszych generacji aparatu - body modelu E-M10 IV wykonane jest z plastiku, podobnie jak w przypadku poprzednika.

Mimo to, to ciągle aparat warty uwagi - oferuje cichą migawkę elektroniczną, moduł Wi-Fi, pozwala na filmowanie w 4K z prędkością 30 kl./s czy też na skorzystanie z jedynego w swoim rodzaju trybu Live Composite, który znacznie ułatwia tworzenie zdjęć nocnych. Do tego oferowana stabilizacja sensora nadal należy do jednych z najlepszych na rynku, a sam korpus ciągle bryluje w segmencie amatorskim pod względem ergonomii. Do tego producent poprawił nieco optymalizację poboru mocy - na jednym ładowaniu wykonamy teraz ok. 360 zdjęć.

Cena i dostępność

Aparat trafi na rynek w połowie sierpnia w cenie 3199 zł za body.

Więcej informacji znajdziecie na stronie olympus.pl.

Skopiuj link

Autor: Maciej Luśtyk

Redaktor prowadzący serwisu Fotopolis.pl. Zafascynowany nowymi technologiami, choć woli fotografować analogiem.

Słowa kluczowe:
Komentarze
Więcej w kategorii: Aparaty
 Nikon Z 50 - ważna aktualizacja oprogramowania
Nikon Z 50 - ważna aktualizacja oprogramowania
Nikon aktualizuje firmware dla aparatu Z 50. W najnowszej wersji 2.40 oprogramowanie pozwoli m.in. na korzystanie z detekcji oka podczas filmowania.
1
MiNT pracuje nad analogowym kompaktem. Czy nadchodzi nowe wcielenie Rollei 35?
MiNT pracuje nad analogowym kompaktem. Czy nadchodzi nowe wcielenie Rollei 35?
Wzdychacie do kompaktów Contaxa, Yashiki czy Ricoha? Już niebawem zaawansowany analogowy kompakt możemy mieć na wyciągnięcie ręki. Nad współczesną „małpką” pracują...
9
Panasonic Lumix S5 II i Lumix S5 II X - skok do 1 ligi
Panasonic Lumix S5 II i Lumix S5 II X - skok do 1 ligi
Druga generacja modelu S5 to nie jeden a dwa aparaty, które celują w segment uniwersalnych pełnych klatek i mogą mocno namieszać na rynku. Panasonic Lumix S5 II...
27
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (2)