"Najpiękniejszą rzeczą w fotografii jest prostota" - rozmowa z Filipem Ćwikiem

Prezentujemy naszą rozmowę z tegorocznym laureatem World Press Photo, członkiem "Napo Images" - Filipem Ćwikiem. Fotograf opowiada o swojej współpracy z "Newsweekiem", poświęconej powodzi wystawie w "Aptece Sztuki" oraz materiale "Narodowa Żałoba". Pokazujemy także kilka nowych zdjęć, pochodzących z materiału, który jest w trakcie realizacji.
0
Marcin Grabowiecki
13 Wrzesień 2011
Artykuł na: 6-9 minut
Baltic See, Bornholm, 2008, (c)Filip Ćwik / Napo Images

Marcin Grabowiecki - MG
Filip Ćwik - FĆ

Marcin Grabowiecki: Dałeś się poznać szerokiemu gronu czytelników jako fotograf "Newsweeka". Czy możesz powiedzieć, jak się zaczęła Twoja przygoda z tym tygodnikiem?

Filip Ćwik: Fotografowałem dla przyjemności kilka lat przed startem polskiej edycji Newsweeka. Wynikało to z pasji i zamiłowania do sztuki. Fotografowałem dla siebie, a zdjęcia pokazywałem jedynie przyjaciołom. I w taki sposób przyjaciółka, wtedy dziennikarka szczecińskiego oddziału Gazety Wyborczej poznała moje prace. Trafiłem do Gazety Wyborczej na tygodniowe zastępstwo, z tygodnia zrobiły się miesiące, a z kilku miesięcy trzy lata. To był czas intensywnej nauki, poznawania warsztatu i odkrywania własnego spojrzenia. Naturalne jednak było dla mnie, że kiedyś nastąpi kres etapu nauki i rozpocznie się czas intensywnej pracy. Dlatego wyjechałem do Warszawy w poszukiwaniu nowych możliwości. "Newsweek" był wtedy w fazie projektu. Jako totalny nowicjusz na rynku warszawskim, nie obarczony żadnymi znajomościami i nie obciążony stresem poszedłem pokazać swoje portfolio. Nie miałem nic do stracenia, dlatego odważyłem się na ten krok. Nie spodziewałem się zbyt wiele, sytuacja jednak mocno mnie zaskoczyła. Moje prace się spodobały i tak dostałem pierwsze zlecenie, później kolejne, aż we wrześniowym pierwszym wydaniu znalazłem się w stopce redakcyjnej. Niedawno obchodziliśmy 10-lecie Newsweeka.

MG: Skończyłeś szkołę fotograficzną? Czy uważasz, że droga do profesjonalnej fotografii może wieść przez ukończenie szkoły?

FĆ: Każda droga jest indywidualna. Nie trzeba kończyć szkoły, żeby być artystą, ale też nie każdy po artystycznej uczelni nim się staje. Ja nie skończyłem żadnej szkoły fotograficznej, co prawda studiowałem przez rok fotografię w Poznaniu, ale po roku z niej zrezygnowałem. Ale tak, jak mówię, to absolutnie indywidualna sprawa.
National Mourning in Poland, 2010, (c)Filip Ćwik / Napo Images

MG: Może opowiesz coś o cyklu nagrodzonym na World Press Photo "Narodowa Żałoba"? Skąd pomysł na oryginalną formę?

Pomysł takiej formy zrodził się z poszukiwania nowych środków wizualnych. Dużo eksperymentuję z fotografią i mnóstwo rzeczy mnie inspiruje. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że zacząłem fotografować w pionie. Do tej pory komponowałem w większości poziome kadry.

Od pół roku pracowałem nad swoim materiałem, historią o Warszawie. W dniu katastrofy prezydenckiego samolotu, 10 kwietnia 2010 roku było dla mnie oczywiste, że muszę udokumentować to, co działo się wtedy na ulicach. Wyszedłem z domu, żeby robić zdjęcia, bo sam dałem ponieść się panującym wtedy emocjom.

Cała reszta, czyli forma - to było coś, co wypracowałem sobie już wcześniej. Robiłem dosyć dużo tego typu zdjęć, omawiałem je z przyjaciółmi z Napo. Wtedy najważniejsze stało się obserwowanie ludzi, co wymagało niezwykłego skupienia. Tego dnia nawet nie zastanawiałem się, czy będę świecił w taki, czy inny sposób. Chwyciłem leice, maleńki, nie rzucający się w oczy aparat i zniknąłem w tłumie.

Nie interesowały mnie proste emocje - to, że ktoś jest smutny albo płacze. Zawsze zwracałem bardzo dużą uwagę na twarze ludzi, na to jak wyglądają, jakie emocje i nastroje się na nich malują. Ciężko wytłumaczyć, dlaczego jedną twarz uważamy za ciekawą fotograficznie, a inną nie. Nie mogłem podchodzić do ludzi i pytać ich, czy mogę im zrobić zdjęcie, bo nie o to w tym momencie chodziło. Interesował mnie pewien element tajemnicy i zaskoczenia. Nauczyłem się, w jaki sposób podchodzić do ludzi, żeby tego nie zauważali.

MG: Dostałeś - uznawaną w pewnych kręgach za prestiżową - nagrodę - World Press Photo. Opowiedz jak to było - ucieszyłeś się?

FĆ: Oczywiście, że się ucieszyłem. Byłem wtedy w Estonii. Kiedy spojrzałem na telefon, który był wyciszony prze zaledwie kilka minut, zobaczyłem, że mam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Dostałem też wiadomości z gratulacjami. Nie bardzo wiedziałem czego dotyczyły. Nie pamiętałem, że to jest dzień ogłoszenia wyników WPP. Kiedy dowiedziałem się, że dostałem nagrodę, nadal nie wiedziałem za który materiał, ponieważ wysłałem w sumie trzy tematy, oprócz "Żałoby", materiał o powodzi w Polsce i materiał z konkursu chopinowskiego. Z "Żałobą narodową" wiązałem jak najmniejsze nadzieje, bo jest to materiał mroczny, ciemny i mocno subiektywny, a to nie zawsze daje się jasno odczytać.

MG: A czy zmieniło się również coś pod względem zawodowym?

FĆ: Tak, to wbrew logice, ale mam coraz mniej zleceń. To jest zadziwiające, że telefon milczy. Nagrodzony materiał tak naprawdę miał jedynie dwie publikacje, w "Newsweeku" tuż po ogłoszeniu wyników i w wydawnictwie "Znak".

Czy coś się zmieni? Nie wiem, nie oczekuję zbyt wiele, robię swoje, spełniam swoje zaplanowane wcześniej realizacje. Idę naprzód.
INSIDE/OUTSIDE, 2010, (c)Filip Ćwik / Napo Images

MG: Porozmawiajmy teraz trochę o Twojej wystawie w Aptece Sztuki. Pokazałeś tam materiał z powodzi. Czy możesz opowiedzieć jak pracowałeś nad nim?

FĆ: Zaczęło się w typowy sposób. Dostałem zlecenie od "Newsweeka" na zrobienie zdjęć z powodzi. Razem z zaprzyjaźnionym dziennikarzem Darkiem Koźlenką zastanawialiśmy się gdzie moglibyśmy jechać. Wybraliśmy się najpierw do Krakowa, ale okazało się, że z punktu widzenia reportażu to nie było ciekawe miejsce, dlatego szukaliśmy dalej. W ten sposób trafiliśmy do Sandomierza, który nas zaskoczył. Miasto razem z powiatem tarnobrzeskim były zalane.

Poznaliśmy ludzi, znaleźliśmy ciekawy sposób opowiadania historii i zaczęliśmy tam cyklicznie wracać. Zrealizowaliśmy cykl kilku reportaży, które ukazywały się na bieżąco w Newsweeku.

To, co poruszyło mnie najbardziej, było dalekie od typowego reportażu. Wnętrza popowodziowych mieszkań zaskoczyły mnie swoją poetyką i niebywałą nutą malarską. Jednocześnie były piękne i tragiczne. Obrazy, które nie ukazując ludzi, mimo wszystko przedstawiały tragedię, która ich dotknęła. Wiedziałem, że to najmocniejsza strona tego eseju i tak zacząłem opowiadać historię o ludziach, których nie ma na fotografii.

Wydaje mi się, że najpiękniejszą rzeczą w fotografii jest umiejętność uchwycenia ważnych spraw za pomocą prostych zdjęć.


Filip Ćwik - urodzony w 1973 roku w Szczecinie. Fotoreporter tygodnika "Newsweek Polska", wcześniej związany z "Gazetą Wyborczą". Tworzył i prowadził Dział Foto w dzienniku "Polska The Times". Pomysłodawca i juror konkursu "Newsreportaż". Studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz fotografię na Akademii Sztuk Wizualnych w Poznaniu. Interesują go wszelkie formy dokumentalne - filmowe, radiowe a nade wszystko fotograficzne.

Zobacz wszystkie zdjęcia (13)

Słowa kluczowe:
Komentarze
Więcej w kategorii: Wywiady
 Przesiadka z lustrzanki na bezlusterkowca? Jesteśmy sceptyczni…
Przesiadka z lustrzanki na bezlusterkowca? Jesteśmy sceptyczni…
Czy zmiana systemu na bezlusterkowy faktycznie jest nieunikniona? A jeśli tak, to jak zrobić to bezboleśnie? O argumenty, które nie pozostawią wątpliwości pytamy...
86
0
"Nie wydaje mi się, by fotografii dotyczyła data ważności" - rozmowa z Peterem Bauza
O fotografowaniu brazylijskich faweli, problemach socjalnych, współczesnym reportażu i konieczności zachowania odpowiednich relacji ze swoimi bohaterami rozmawiamy z laureatem konkursu WPP,...
27
0
Maxim Dondyuk: „Chcę dowiedzieć się jak najwięcej o Czarnobylu sprzed eksplozji”
Maxim Dondyuk: „Chcę dowiedzieć się jak najwięcej o Czarnobylu sprzed eksplozji”
Wędrując po Strefie Wykluczenia wokół elektrowni w Czarnobylu, Maxim Dondyuk próbuje ocalić pozostawione w opuszczonych domach klisze i fotografie. Oczyszczone,...
134
1
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (1)