Po raz pierwszy o stworzonym wraz z Hasselbladem telekonwerterze usłyszeliśmy w połowie września, podczas oficjalnej zapowiedzi modelu Oppo Find X9 Pro. Zaledwie kilka dni później rendery własnego teleobiektywu (ZEISS 2.35× telephoto converter) pokazało również Vivo.
Szczegóły specyfikacji poznaliśmy niespełna miesiąc później, a akcesoria zaczęły trafiać do sprzedaży - choć póki co tylko na wybranych rynkach. Tego typu projekty traktować należy raczej jako badanie rynku i pilotaż, który ma pokazać ambicje i aspiracje tych szybko rosnących chińskich marek.
Czy zewnętrzne obiektywy to nowy rozdział fotografii smartfonowej? Przekonamy się zapewne w niedalekiej przyszłości, tymczasem zapraszamy do naszego praktycznego testu nowego OPPO Hasselblad teleconverter. Obiektyw nie jest aktualnie dostępny w polskiej dystrybucji, ale możemy zamówić go np. przez włoską czy hiszpańską stronę Oppo w cenie 499 euro.
Czym właściwie jest OPPO Hasselblad teleconverter?
Choć w tekście pojawia się określenie „obiektyw”, bardziej precyzyjny jest tu faktycznie termin „telekonwerter”. Urządzenie wykorzystuje bowiem istniejący, kompletny system obrazowania w smartfonie. To przedłużenie istniejącego już toru optycznego - rozszerzona optyka wykorzystująca ten sam sensor, układ AF i stabilizację.
Konwerter kompatybilny jest w tym momencie tylko z modelem Find X9 Pro i jego modułem tele, a więc matrycą 1/1.56” sparowaną z peryskopowym teleobiektywem 70 mm. Akcesorium pozwala wydłużyć ogniskową 3,28×, dzięki czemu otrzymujemy imponujące, optyczne - a nie cyfrowe - 230 mm!
A to znacząco zwiększa potencjał naszego telefonu i przede wszystkim wpływa na charakter rejestrowanego obrazu. Już na pierwszy rzut oka zdjęcia są bardziej plastyczne i przestrzenne. Choć ma to też swoją cenę (o tym później).
Wykonanie klasy Hasselblad
Telekonwerter nie jest tani (jak na akcesorium mobile), ale jakość wykonania w dużym stopniu usprawiedliwia wysoką cenę. To zdecydowanie półka premium, co sugerować ma już samo opakowanie - gustownie zaprojektowane, eleganckie i wykonane z przesadną wręcz dbałością o detale i bezpieczeństwo każdego elementu zestawu.
Bo OPPO Hasselblad teleconverter to właściwie cały system, na który oprócz samego teleobiektywu składają się również dedykowane magnetyczne etui z włókna aramidowego, pierścień montażowy oraz kołnierz ze stopką mocowania do statywu.
Sam „obiektyw” również prezentuje się znakomicie, wręcz profesjonalnie. Wykonana ze stopów metalu obudowa ma ponad 10 cm długości i waży niemal 200 g, co dodatkowo potęguje wrażenie solidności. Konstrukcja jest bardzo zwarta, sztywna i estetyczna, wykończona przyjemnym w dotyku matowym lakierem. Widoczny pierścień to jednak ozdoba i nie pełni żadnej funkcji.
Odczuwalna waga i spora długość wynikają tu bezpośrednio ze specyficznego layoutu optycznego, na który składa się 13 elementów ustawionych w 3 grupach (w tym 3 ze szkła ED). Zastosowano tu, stosowaną m.in. w lunetach, architekturę Keplera, która daje duży potencjał powiększenia, ale oznacza też dłuższy i bogatszy w ciężkie soczewki układ.
Bardzo spodobało nam się też samo etui na smartfon – wydaje się bardzo trwałe, sztywne i odporne, a przy tym wygląda po prostu świetnie. Jest ciasno i precyzyjnie dopasowane i nie zwiększa znacząco profilu smartfona. Naszym zdaniem Oppo powinno sprzedawać je również niezależnie, jako osobne akcesorium.
Jedyna wada to podatność na zabrudzenia. Matowa powierzchnia bardzo szybko się palcuje i niełatwo czyści. O krok dalej poszło też Vivo, oferując do swojego konwertera również typowo fotograficzny grip z dodatkowym spustem.
Telekonwerter w praktyce – sporo zachodu, który się opłaca
Montaż to dość skomplikowana konstrukcja i nie do końca nas przekonuje. Ale po kolei. Uzupełnieniem etui jest płytka bagnetowa, która przysłania całą wyspę, oprócz modułu tele, z którym współpracuje telekonwerter.
Wykonana z poliwęglanu jest sztywna i stanowi solidną platformę dla „obiektywu”. Niewielka dźwignia blokady ma gwarantować jej właściwą pozycję względem obiektywu 70 mm, bo kluczowe dla jakości zdjęć jest oczywiście ustawienie całego układu optycznego w jednej osi.
Sam konwerter mocujemy w bagnecie jak w przypadku każdego aparatu systemowego, w czym pomagają nam znaczniki pozycji. Jest też mały przycisk, który powinien zamykać bagnet. W teorii, bo w egzemplarzu, który otrzymaliśmy do testu, obiektyw pozostaje luźny – obraca się swobodnie i nie blokuje z charakterystycznym klikiem.
Szkoda też, że projektanci nie znaleźli sposobu, by korzystanie z konwertera nie utrudniało dostępu do pozostałych aparatów (co udało się np. Vivo). W praktyce, by naprzemiennie używać np. podstawowego modułu szerokokątnego, nie wystarczy odpiąć konwerter - za każdym razem musimy zdemontować również płytkę bagnetową.
Keplerowski układ oznacza też, że po podpięciu obraz jest odwrócony. By poprawnie wyświetlać podgląd, musimy wybrać dedykowany tryb fotografowania, co też nie ułatwia szybkiego fotografowania. Możemy co prawda tak ustawić aplikację aparatu, by uruchamiał się w ostatnio używanym trybie, ale to ponownie komplikuje naprzemienne korzystanie z pozostałych obiektywów.
Wydaje się to też raczej proste do rozwiązania. Telefon powinien po prostu "wiedzieć" że konwerter został podpięty i automatycznie uruchamiać i dezaktywować dedykowany tryb. W tej chwili między konwerterem a smartfonem nie ma żadnej komunikacji, dlatego też w exifach zdjęć zawsze zapisywane są parametry, w tym ogniskowa, modułu 70 mm.
Tryb telekonwertera daje też bardzo ograniczone możliwości ręcznej kontroli parametrów i nie mamy nawet możliwości zapisu zdjęć w formacie RAW, co ucieszyłoby zapewne bardziej zaawansowanych użytkowników. Do dyspozycji mamy jedynie cyfrowy zoom, filtry, korekcję ekspozycji i tryb Scena.
Tryb Telekonwerter Hasselblad nie służy jednak tylko do odwracania obrazu. To cały zestaw algorytmów, które odpowiadają m.in. za system stabilizacji, o czym szybko przekonaliśmy się, przełączając aparat w tryb manualny PRO. Tracimy wówczas wsparcie OIS i przy tak długiej ogniskowej obraz drży do tego stopnia, że trudno zachować jakąkolwiek kontrolę nad kompozycją.
Przełączamy się ponownie w tryb dedykowany i obraz zatrzymuje się jak zaczarowany - precyzyjne komponowanie ujęć jest proste i bardzo satysfakcjonujące. Nawet w przypadku szybko poruszających się obiektów.
Jakość zdjęć robi wrażenie. Choć soft lubi przedobrzyć
Fotografowanie z konwerterem jest tak przyjemne również dlatego, że od razu dostrzegamy różnicę w obrazie generowanym przez optyczne, a nie cyfrowe zbliżenie - z typową dla długich ogniskowych separacją planów i kompresją perspektywy. Cyfrowy zoom pozwala na zapisywanie po prostu ciasnych wycinków szerokiej sceny - optyczny zmienia również perspektywę, zagęszczając i porządkując plany.
Generalnie uważamy, że Oppo Find X9 Pro to model przełomowy dla tego producenta i pierwszy, który wychodzi poza „zastosowania socialowe”. Oznacza to, że zdjęcia wyglądają świetnie już nie tylko na gęstym i bardzo jasnym wyświetlaczu smartfona, ale również na dużym monitorze czy nawet większym wydruku.
Jeśli fotografujemy w dobrym świetle, wyglądają już tak dobrze jak z niejednego aparatu, a konwerter sprawia, że wyglądają tylko lepiej. Potwierdzają to RAW-y, które wykonaliśmy w trybie PRO bez wsparcia algorytmów.
Zdjęcia są ostre i kontrastowe, bez widocznej winiety czy aberracji chromatycznej. Spodziewaliśmy się tu naprawdę dużej ingerencji oprogramowania, bo nawet kontrola geometrii w przypadku tak skomplikowanych układów wymaga zazwyczaj korekcji.
Tym bardziej brakuje opcji zapisu surowych plików, bo czasem widzimy jednak zbyt dużą, czasem wręcz niepotrzebną ingerencję oprogramowania. Drażni zwłaszcza sztuczne podbijanie efektu bokeh. Wprawione oko od razu dostrzeże nieco „nerwowy” i nienaturalny charakter rozmycia drugiego planu, zwłaszcza gdy główny motyw znajduje się w odległości kilku metrów (i dalej) od aparatu. Im bliżej tematu, tym rozmycie mocniejsze i bardziej płynne.
Warto tu wspomnieć, że minimalny dystans ostrzenia zwiększa się z telekonwerterem do ok. 1,5 m, więc nie jest to raczej optyka dla fanów ekstremalnego macro. Choć nie wyklucza wykonywania udanych zdjęć nawet bardzo małych obiektów.
Zupełnie zrezygnować z wewnętrznego przetwarzania oczywiście też raczej nie można, bo konwerter zabiera jednak sporo światła (ok. 3 EV). Obiektyw 70 mm f/2.1 po podpięciu dodatkowej optyki zamienia się więc w ekwiwalent 230 mm f/6.9 i w warunkach słabszego oświetlenia konieczne jest już podbicie czułości, a to oznacza też mocniejsze odszumianie.
Podsumowanie. OPPO Hasselblad teleconverter kit, czyli 230 mm w kieszeni
Telekonwerter to z pewnością ciekawe rozwinięcie systemu obrazowania współczesnego smartfona. To połączenie tego, co najlepsze świata zaawansowanych aparatów (wysokiej jakości optyka) i mobile (kompaktowość, zaawansowany system przetwarzania obrazu). I choć jest to zaledwie namiastka, pozwala tworzyć smartfonem zdjęcia w nieosiągalnej dotąd jakości.
Oczywiście nie jest to jeszcze rozwiązanie idealne, ale nasze zastrzeżenia dotyczą głównie ergonomii systemu mocowania i funkcjonalności aplikacji, które w kolejnej generacji zapewne łatwo można by wyeliminować. Jakość generowanego obrazu jest już jednak na naprawdę wysokim poziomie - w dobrym świetle, gdy software smartfona ingeruje w obraz w znacznie mniejszym stopniu, otrzymujemy zdjęcia, które kolorem, detalem i przede wszystkim charakterem nie odstają już od wielu aparatów kompaktowych.
Dla ambitnych twórców posługujących się wyłącznie smartfonem może to być naprawdę przydatne akcesorium, a dla tworzonych przez nie treści - istotny jakościowy skok.
- świetny design
- pancerne wykonanie
- niewielkie wymiary
- solidne etui
- mocowanie statywowe
- świetna jakość zdjęć
- stosunkowo duża waga
- brak dostępu do pozostałych aparatów
- zbyt widoczna ingerencja softu
- brak trybów manualnych
- brak zapisu w RAW
- brak etui na obiektyw
OPPO Hasselblad teleconverter kit - zdjęcia testowe do pobrania