To najlepszy produkt Wandrd. Trzy lata z nerką Sling 6L

Czasem, choć dzieje się to rzadko, trafiamy na produkty tak udany i dopasowany do naszych potrzeb, że na zapas kupujemy drugi egzemplarz, na wypadek gdyby zniknął z rynku. Dla mnie takim graalem okazała się nerka fotograficzna Wandrd Sling 6l. Oto dlaczego.

Skomentuj Kopiuj link
Posłuchaj
00:00

W polskim żargonie „nerka”, w branżowej nomenklaturze „sling bag”. Kompromis między plecakiem a torbą naramienną. Nosimy ją na skos, by lepiej rozłożyć ciężar, ale jest zazwyczaj znacznie mniejsza, bo przeznaczona na mniejszą ilość sprzętu.

Zalet takiego rozwiązania jest co najmniej kilka. Możemy nosić ją z tyłu lub z przodu. Możemy jednym ruchem przeciągnąć ją z pleców na front. W podróży będzie bezpieczniejsza i bardziej wygodna, zwłaszcza w tłumie czy w komunikacji. W czasie długiej wędrówki nie buja się i nie obija jak torba i nie grzeje nam pleców jak duży plecak. Daje też łatwy dostęp do sprzętu i, co tu dużo mówić, wygląda po prostu lepiej.

 

Gdy myślimy o nerce fotograficznej, widzimy jednak niewielką saszetkę na pasku, która pomieści najwyżej nieduży kompakt czy bezlusterkowiec, telefon i drobiazgi takie jak okulary, słuchawki czy portfel. Ale czy może być wygodna w przypadku większej ilości sprzętu? Profesjonalnych korpusów i długich obiektywów?

Takie pytanie zadali sobie, a później postanowili to sprawdzić, projektanci amerykańskiej marki Wandrd (od angielskiego słowa wanderer, oznaczającego wędrowca), specjalizującej się w produkcji ergonomicznych, a przy tym wyjątkowo estetycznych plecaków podróżniczych. Mogliście słyszeć zwłaszcza o linii Wandr Prvke, która odniosła spory komercyjny sukces. 

Pierwsza generacja pojemnych i zaawansowanych nerek Wandrd Roam (przemianowana później na Rogue) pojawiła się w Polsce w 2022 roku, a niedługo po tym w pierwszą podróż wyruszył ze mną model 6-litrowy. Wydał mi się najlepszym kompromisem między najmniejszą wersją 3-litrową, która pomieści najwyżej bezlusterkowiec APS-C, a już naprawdę dużą torbą 9l, do której zapakujemy np. profesjonalny zestaw body + dwa klasyczne zoomy: 24-70 + 70-200 mm.

Nie będę ukrywał, moją uwagę przyciągnął dobry design. Torby foto bywają pomysłowe, dyskretne i znakomicie wykonane, rzadko jednak wyglądają nowocześnie i stylowo. Kojarzą się raczej z weteranami fotoreportażu niż współczesnymi twórcami i podróżnikami, do których przede wszystkim adresowane są produkty Wandrd.

Modele 6 i 9l, mimo dużej pojemności, prezentują się bardzo zgrabnie, i to nawet z przytroczonym z przodu statywem, schowaną w rękawie butelką i wsuniętym w tylną kieszeń laptopem - bo te dwa warianty pozwalają również na to. Trapezowy, ścięty kształt z pochyłą górną klapą dodaje bryle lekkości, ale jest też istotny dla funkcjonalności nerki.

Dzięki temu tylna ścianka może być naprawdę wysoka (15 cm), dzięki czemu bez problemu zamkniemy w nerce nawet naprawdę duże korpusy. Komfortowo nosiłem w niej średnie formaty, jak Fujifilm GFX50SII, Mamiya 645 AFD czy FUJI GA645. Sześć litrów będzie też dobrą pojemnością na modułowy system Hasselblad V czy Bronica SQ. Dla aparatów 6x7, jak Mamiya RZ i RB, dno w modelu 6 l będzie jednak zbyt wąskie.

 

Domyślnie nerka ma pomieścić korpus klasy Sony A7 ze standardowym zoomem i dodatkowym szkłem, ale możliwych konfiguracji jest znacznie więcej. Na przestrzeni trzech lat przetestowałem ich całkiem sporo podczas redakcyjnych plenerów i wielu wyjazdów (większą część roku spędzam w podróży).

Przede wszystkim to wręcz idealne rozwiązanie, gdy chcemy zabrać ze sobą tylko korpus z dłuższym tele, a nie uśmiecha nam się noszenie w tym celu całego plecaka. Sling 6l bez problemu mieści aparat Sony A7 z zoomem 70-200 mm czy, jak w moim przypadku, Tamronem 50-400 mm. Kilkukrotnie wychodziłem na trekking z małym aparatem na szyi i tak zabezpieczonym zestawem tele.

To też nerka dla tych, którzy rzadko wychodzą na zdjęcia tylko z jednym aparatem. Jestem jednym z nich, bo przeważnie fotografuję jednocześnie i na cyfrze i analogowo. Cyfrowy średni format zazwyczaj uzupełnia mały aparat na film i odwrotnie: gdy zabieram ciężki analogowy korpus, staram się mieć przy sobie również kompaktowy cyfrowy back-up.

Gdy do takiego zestawu dodamy jeszcze statyw, czy chociażby pełną butelkę wody i pomniejsze akcesoria, bez problemu uzbieramy 3, 4, a nawet 5 kg. I jest to ciężar, który już odczujemy, ale który nadal nie uwiera. A to za sprawą solidnej, mięsistej poduchy z masywnymi skrzydełkami i stosunkowo szerokiej, oddychającej nakładce na ramię.

Pasek możemy regulować, przypiąć go odwrotnie, by zmienić ramię, lub w ogóle odpiąć, bo nerka dobrze wpasowuje się w duży plecak i często służy mi za insert foto. Na obu końcach pasa naramiennego znajdują się sprytne zatrzaski, które ułatwiają szybki demontaż. Mechanizmy łatwego odpinania to coś, co lubią również złodzieje, ale ten jest dość niepozorny i trzeba znać zasadę jego działania.

Są tu też rzeczy, których nie widziałem w systemach innych producentów. Fotografowie-cykliści docenią ukryty pod tylną poduszką pasek stabilizujący, który puszczony po skosie pod ręką pozwala unieruchomić nerkę na plecach, by nie przesuwała się, gdy jeździmy na rowerze lub biegamy.

Jest też opatentowana przez producenta wyciągana kieszeń na laptopa (do 16”) i pomysłowy rękaw na butelkę, ukryty w spodniej ściance. Do tego kilkanaście punktów montażowych i paski kompresyjne. W efekcie w pełni zapakowana nerka niemal zastępuje nam plecak.

Kieszonek jest moim zdaniem nawet za dużo. Poukrywane z każdej strony sprawiają, że wciąż czegoś szukam lub znajduję niespodziewanie po pół roku. Bardzo lubię za to przednią, zasuwaną kieszonkę z klamerką na klucze i przede wszystkim dużą kieszeń, umieszczoną najbliżej ciała, długości całej głównej komory. Gdy nerka nie jest mocno wypchana, bez problemu mieszczę tu nieduży statyw typu Gorilla czy mały flesz. Najczęściej trzymam tu zapasowe filmy i baterie, a gdy jestem w tranzycie jest idealna na dokumenty.

Wad widzę tu naprawdę niewiele, a największą wyeliminowano w zaprezentowanej niedawno drugiej generacji Rogue Sling V2. Z użytkowego punktu widzenia najważniejsze wydaje mi się dodanie drugiego suwaka głównej komory, bo częste operowanie tylko jednym na całej długości faktycznie bywa irytujące. Suwaki mają też działać bardziej płynnie - w pierwszej generacji, zwłaszcza gdy nerka jest wypchana, czasami ciężko ruszyć, zwłaszcza przy zamykaniu.

Przeprojektowano także sam pasek. Profilowana pianka EVA i bardziej miękkie, „zaokrąglone” krawędzie mają ograniczać ucisk na bark przy cięższym zestawie. Zapewne jest to zmiana wprowadzona na prośbę użytkowników wersji 9-litrowej, bo oryginalna „szóstka” jest naprawdę wygodna.

Wreszcie, po trzech latach intensywnej eksploatacji nerka dalej wygląda zaskakująco dobrze. Oczywiście kolekcjonuje drobne zadrapania na gumowanej powierzchni TPU, a farba z suwaków powoli się już ściera, ale konstrukcja pozostała sztywna, zwarta i szczelna. Tarpaulin w połączeniu z podszewką z balistycznego nylonu (ROBIC 1680D) oraz uszczelnionymi zamkami YKK sprawiają, że ten wysłużony Sling wytrzyma jeszcze nie jeden ciężki monsunowy deszcz...

Ps. choć moim zdaniem nerki Sling są absolutnie najbardziej udanym produktem Wandrd, polecam Wam sprawdzić również inne produkty tego producenta. Niemal całą ofertę znajdziecie w największych sklepach foto. Zajrzyjcie na stronę Fotoformy, Cyfrowe lub Foto-Plusa.

Komentarze
Przeczytaj także
logo logo
Magazyny
Zamów