Linia Fujifilm X-E powstała w 2012 roku jako „młodsza siostra” serii X-Pro, z którą łączy dalmierzowy styl: klasyczne body, bez wyraźnego uchwytu i z przesuniętym do krawędzi wizjerem EVF (co w fotografii ulicznej ułatwia obserwowanie otoczenia drugim okiem). X-E był zawsze aparatem lżejszym, tańszym i o zbliżonych możliwościach, ale też zawsze nieco w cieniu topowej serii X-Pro.
Można też powiedzieć, że linia X-E był też pionierem przyszłych zmian, wprowadzanych w pozostałych liniach aparatów. Począwszy od pierwszego ekranu OLED w X-E1 (wówczas lepszego nawet niż w X-Pro), przez niskoprądowe stałe łącze Bluetooth, po nową filozofię obsługi - X-E3 był przecież pierwszym w ofercie aparatem pozbawionym kierunkowych przycisków, za to z rozwiniętą, personalizowaną obsługą za pomocą gestów.
I choć zawsze był to solidny i lubiany model, nigdy nie pojawił się na podium w naszym plebiscycie. Co się więc zmieniło, że aparat nagle zwrócił uwagę rzeszy fotografów i w roku 2025, głosami czytelników, zdobył zaszczytne srebro? Poszukajmy wspólnie odpowiedzi na to pytanie.
Po pierwsze, Fujifilm bez wątpienia ma ostatnio dobry czas. W zasadzie każda kolejna premiera okazuje się sprzedażowym hitem i na niektórych rynkach użytkownicy nadal mają trudności ze zdobyciem swojego wymarzonego egzemplarza Fujifilm X100VI, GFX100RF czy właśnie najmłodszego w tym gronie X-E5. A brak dostępności prowadził do niecodziennych sytuacji, bo ceny na rynku wtórnym zaczęły momentami przewyższać ceny sklepowe. Coś, czego życzyłby sobie chyba każdy producent...
I można oczywiście powiedzieć, że firmy często limitują podaż, by stymulować popyt i wywoływać pewien efekt psychologiczny u konsumentów, ale Fujifilm niekoniecznie jest na to dobrym przykładem. 5 lutego firma opublikowała znakomite wyniki za 9 miesięcy (do 31.12.2025) i jednocześnie podniosła prognozę, która zakłada rekordowe zyski na cały rok finansowy 2025-26.
Gdy udało się więc już ściągnąć spojrzenia i zdobyć uwagę konsumentów, Fujifilm dużo łatwiej było dotrzeć z przekazem o wartości, która zawsze tam była. Że X-E to jeden z niewielu amatorskich aparatów na rynku, który oferuje zaawansowane rozwiązania w zgrabnym i stylowym body w dalmierzowym stylu.
No właśnie, design... X-E nigdy nie była linią najbardziej stylową. Aż do teraz. W piątej generacji producent awansował ją dwie półki wyżej i postawił na wykończenie premium, zdobywając tym samym serca i portfele fotografów-estetów. Górna płyta po raz pierwszy w serii X wyfrezowana została w całości z jednego kawałka aluminium.
Precyzyjna obróbka, czysta minimalistyczna forma i delikatne profile dają ten „premium feel”, który faktycznie czuć w dłoni. To już nie jest tani odlew - od razu zauważymy lepsze spasowanie detali i mniej nierówności typowych dla niskobudżetowej produkcji. Anodowane, utwardzone wykończenie powinno też się ładniej starzeć, bez przetarć typowych dla standardowego malowania.
No i detale. Z dużą starannością wykończono pokrętła, pracują z przyjemnym, twardym skokiem. Ekran idealnie licuje się z tylną ścianką, a wizjer ma kołowy okular, co nadaje całości jeszcze bardziej klasyczny wygląd. Na koniec najciekawsze: w X-E5 pojawia się też pokrętło zmiany symulacji filmu z "okienkiem" na górnej płycie, a także programowalna i znów bardzo klasyczna dźwignia na przedniej ściance.
Oczywiście design kradnie tu całą uwagę, ale warto dodać, że aparat ma też całkiem solidną specyfikację. Bo choć może ustępuje wydajnością trybu seryjnego i pojemnością bufora, z topowymi modelami producenta dzieli kluczowe układy: sensor X-Trans CMOS 5 HR o rekordowej w segmencie rozdzielczości 40 Mp, najnowszy procesor obrazu czy system AF z zaawansowanym trybem detekcji obiektów. To też pierwszy w linii X-E z systemem stabilizacji sensora.
Fujifilm X-E5 na należne mu uznanie i zainteresowanie czekał długo. Ale było warto. Jak się okazuje, do pięciu razy sztuka.