Model Go to prawdziwy słodziak. I maluch – aparat waży zaledwie 340 g i mierzy 106,5 × 83,8 × 64,6 mm, bez problemu zmieści się więc do małego sling-baga, damskiej torebki, a nawet kieszeni kurtki. Obudowę wykonano z tych samych materiałów co w przypadku większych braci – lekkich, ale solidnych tworzyw sztucznych, z których 30% pochodzi z recyklingu. Aparat będzie dostępny w pięciu różnych kolorach.
Przede wszystkim aparat dostał nowy obiektyw, który ma teraz dłuższą ogniskową 65 mm (f/14,4–f/32), dzięki czemu selfie mają być bardziej „ciasne” i wyraźne. Umieszczono go też głębiej w obudowie, dzięki czemu – zdaniem producenta – zdjęcia będą bardziej kontrastowe i nie powinny już łapać niechcianych odblasków.
Druga ważna zmiana to mocniejsza lampa błyskowa z automatyką, dzięki której flesz ma sięgać dalej w trudnych warunkach oświetleniowych, ale jednocześnie nie przepalać zdjęć wykonanych z bliska i autoportretów. Na pokładzie znajdziemy też tryb podwójnej ekspozycji, samowyzwalacz oraz ładowanie przez USB-C.
Nowy model jest kompatybilny z tymi samymi wkładami Polaroid Go formatu 66,6 × 53,9 mm, o czułości ISO 640. W podwójnym pakiecie znajduje się 16 listków i jest to ten sam proces co w przypadku większych modeli. Możemy więc spodziewać się równie ciekawych rezultatów, które zobaczymy w naszych rękach już po około 10–15 minutach od wciśnięcia spustu.
Nie znamy jeszcze oficjalnych cen polskich dystrybutorów, ale sugerowana cena producenta to niewygórowane 99 euro. Jak zawsze w przypadku aparatów natychmiastowych, wydatki zaczynają się tak naprawdę już po zakupie aparatu, choć w przypadku modelu Go ceny wkładów również są bardziej przystępne – paczkę 16 zdjęć dostaniemy już za niecałe 60 zł.