Michał Łuczak: "Portret jest konfrontacją. Musisz spojrzeć bohaterowi w oczy"

W swoich projektach skupia się głównie na relacji człowieka z naturą. Do klasycznego portretu powraca za sprawą projektu „Portret Osobisty”. O swoim spojrzeniu na ten niełatwy gatunek i doświadczeniach z nim związanymi, Michał Łuczak opowiada Monice Szczewczyk-Wittek

Autor: Monika Szewczyk-Wittek

6 Wrzesień 2021
Artykuł na: 17-22 minuty

Telefon z zaproszeniem do projektu „Portret osobisty” musiał być dla Ciebie zaskoczeniem. Rola portrecisty nie jest dla Ciebie naturalna.

To ciekawe, bo nawet pamiętam moment Twojego telefonu. Jak to często w życiu bywa, pewne sytuacje i ludzie się przyciągają. Od dawna chciałem wrócić do portretu, który od czasu do czasu wykonywałem prywatnie, w domu. Zaczęło mi brakować spotkania w moich projektach fotograficznych. Wymyśliłem sobie, że w sposób naturalny będę wracać do fotografowania ludzi aparatem wielkoformatowym. Ale miesiące mijały i nic się nie działo.

Gdy zadzwoniłaś, pomyślałem, że to czas na realizację tego mojego bardzo prostego pomysłu fotografowania twarzy i skoncentrowania się też na tym, kiedy zostaje wykonane zdjęcie. Portret to zapis danego okresu w życiu. Wiem, że to duże słowa i fotografia nie jest zapisem prawdy, ale jednak coś zatrzymuje.

Często portretujesz bliskich?

Dosyć często fotografuję rodzinę. Nawet wśród pięciu zdjęć, które wysłałem do promocji projektu aż dwa są mojej żony. Ola kompletnie nie zwraca uwagi na to, że ją fotografuję, co jest bardzo fajne. Robię też zdjęcia naszych dzieci, ale tych obrazów w żaden sposób nie upubliczniam.

Czym różni się dla Ciebie portret osobisty, który wykonujesz w domu, od tego, który powstaje podczas pracy nad projektami fotograficznymi? Zdjęcia Oli, Twojej żony, mocno się wyróżniają. Bohaterka intensywnie patrzy w twoją stronę, jest obecna. Inne postacie na zdjęciach są odwrócone, jakby mniej obecne.

Lubię kontakt wzrokowy z bohaterami zdjęć, ale czasem próbuję coś zmienić. W fotografii są różne mody, takie jak patrzenie w dal, poza obiektyw. Teraz jak rozmawiam o portrecie ze studentami, to mówię jednak o konfrontacji. Patrzysz wtedy sobie z portretem w oczy.

Fot. Michał Łuczak. Emil, z cyklu „Wydobycie”, 2017–2018

A Ty masz taki styl portretowania, że dajesz coś z siebie? Odsłaniasz się przed bohaterami?

W sumie jestem dość nieśmiały, ale staram się dużo rozmawiać z ludźmi. Na pewno nie jestem osobą, która przekonuje ludzi za wszelką cenę. Tu trzeba się cofnąć 10 lat, do czasu powstawania projektu „Brutal”. Gdy zaczynałem fotografować małym obrazkiem, ludzie uciekali przede mną. Gdy sięgnąłem po wielki format, to często mnie zaczepiali i to już mi bardzo pomagało w nawiązywaniu kontaktu.

Sam bywasz portretowany przez rodzinę?

Jak moi rodzice robią zdjęcia to często wykonuje jakieś głupie miny. Włącza mi się mechanizm obronny. Mam problem z byciem po drugiej stronie.

Wiem, że był jednak ktoś, kto Cię zatrzymał i sportretował w bardzo prosty sposób. Opowiesz o tym spotkaniu?

To było po prostu dobre spotkanie i doświadczenie relacji między fotografem i mną. Andrzeja Georgiewa poznałem przez Andrzeja Kramarza. W 2009 roku Georgiew robił wystawę swoich klasycznych zdjęć w Krakowie, w Camelocie. Wykonałem wtedy dokumentację wystawy. Podziękował za nią, powiedział, że bardzo mu się podoba i zostawił dla mnie wino w prezencie. Muszę powiedzieć, że to mnie ujęło, bo rzadko spotykam się z taką serdecznością w związku z wykonaną pracą.

To był czas, gdy przeprowadziłem się do Warszawy i Andrzej wyszedł z inicjatywą żebyśmy się ponownie spotkali. Dzieliła nas różnica dwudziestu lat, więc była to także relacja mentorska, ale nie odczuwałem tego w ten sposób. Przechodziłem rożne perturbacje osobiste jako młody człowiek. Pewnego dnia Andrzej zaprosił mnie do swojej pracowni i zrobił mi ten prosty portret. Zawsze zużywał może dwie kasety, także powstały pewnie cztery zdjęcia wielkoformatowe.

Andrzej fascynował się tymi mikroróżnicami między zdjęciami. Wysłał mi portret i odpisałem mu, że kupuję siebie na tej fotografii. Napisałem też, że tak wyglądałem, jak miałem dwadzieścia siedem lat i pięć dni. On powiedział, że to bardzo piękne co napisałem o czasie. Bardzo lubię czas i przeszłość, i w tym sensie fotografia też mnie fascynuje. Tego się chwyciłem w swoim pomyśle na realizację „Portretu osobistego”.

Zatrzymajmy się na chwile przy relacji mentorskiej Twojej i Andrzeja Georgiewa. Korygował, poprawiał, czy też pokazywał jak portretować?

Bardzo szybko zrozumiałem, że nie wystarczy mieć aparat wielkoformatowy, żeby robić dobre portrety. Jak przysyłałem mu zdjęcie babci, to on właściwie nic nie powiedział, tylko przysłał mi portret swojej. To była bardzo fajna relacja, którą niestety zakończyła przedwczesna śmierć.

Fot. Michal Łuczak. Z cyklu "Ekosystem", 2012

A dlaczego kupiłeś siebie na tym zdjęciu Andrzeja?

Bo była tam jakaś „prawda”. Nie chcę używać nadmiernych słów, ale to byłem ja. Andrzej mówił często, że on stwarza warunki do dobrego portretu, ale to bohaterowie robią zdjęcie. Wydaje mi się, że za każdym razem to jest wynik jakiegoś spotkania i widać na nim zarówno osobę fotografowaną, jak i fotografującego. W tym kontekście też warto wspomnieć Jędrzeja Sokołowskiego, którego zdjęcia portretowe też bardzo mnie zatrzymują, a pewnie szerszej publiczności są mniej znane.

Czy Ty masz założony czas na budowanie relacji? Czy jeśli nie uda się jej zbudować, to zakładasz, że portret będzie nieudany?

Jestem już na finiszu realizacji projektu „Portret osobisty”, gdzie fotografia stała się pretekstem do spotkania. Podczas wyboru bohaterek i bohaterów opierałem się na intuicji i na tym, co ludzie napisali. I moja intuicja mnie nie zawiodła. Po prostu wchodziłem do ich domu i rozmawialiśmy. Okazało się, że wybrałem ludzi, od których oddzielały mnie dwa uściski dłoni. Wczoraj rano fotografowałem Mikołaja, a wieczorem Martynę i okazało się, że oni są parą. Nie wiedziałem o tym! Dzięki temu projektowi znam siedem nowych osób.

Reżyserujesz spotkanie i portret czy fotografia powstaje w sposób spontaniczny?

Doceniam to, że portreciści mają swoje strategie. Pracowałem przy projekcie Andrzeja Kramarza o Stefanii Gurdowej i wiemy, że ona w atelier była dość despotyczna. Mówiła bohaterom, co mają robić i jak pozować. W związku z tym na fotografii widać napięcie i to też jest sposób fotografowania, ale to zdecydowanie nie jest mój styl. My z bohaterami dużo rozmawialiśmy, zdjęcie powstawały w sposób naturalny, trochę przy okazji.

A czego szukałeś w ich twarzach?

Na pewno luzu. Dla wielu osób fakt, że prosiłem, żeby się nie uśmiechać było ciekawym doświadczeniem. Uśmiech jest jakimś rodzajem obrony, a mi zależało jednak na opuszczeniu tej tarczy. Do udziału w projekcie „Portret osobisty” wybrałem sporo kobiet, które prosiłem o naturalność przed obiektywem, bez makijażu itd.

Fot. Michał Łuczak. Z cyklu "Być wyspą", projekt Is(not), 2010

Dużo zdjęć powstało w trakcie sesji?

Na pewno nie poszedłem w stronę praktyki Andrzeja, bo na każdą osobę miałem dziesięć kaset, czyli mogłem zrobić dwadzieścia zdjęć. Pierwsza sesja była chyba najtrudniejsza, bo musiałem oswoić też przestrzeń prywatną.

Bierzesz w swojej fotografii pod uwagę to, co otacza człowieka?

Biorę, oczywiście. Ale wolę to rozdzielać, czyli wykonać zdjęcie portretowe i drugie – przestrzeni. Inaczej za dużo się dla mnie dzieje. Jeszcze w takiej fotografii dokumentalnej, gdy w prosty sposób portretujemy osobę, tak jak to robiliśmy w ramach pracy Sputnik Photos, to potrafię to ogarnąć. Mam duży szacunek dla osób, które potrafią na wysokim poziomie portretować ludzi w pracy komercyjnej.

Kto jest taką osobą, którą podziwiasz?

Odkryłem dla siebie Bartka Wieczorka. To nie jest fotografia o ciuchach tylko o osobie, która je nosi. I jeszcze to wyczucie światła i koloru.

Ostatnio dość często podczas realizacji swoich projektów wykonujesz portrety przyrody. Co jest istotne w tego rodzaju fotografii i czym ona się różni od fotografowania człowieka?

Jakiś czas temu rozmawialiśmy z kolegami fotografami o tym, dlaczego portretowanie ludzi jest tak wymagające. Odnoszę czasem wrażenie, że zabieram czas bohaterowi i staram się niepotrzebnie jak najszybciej zakończyć tę sytuację. Podczas fotografowania architektury czy przyrody mogę sobie spokojnie pracować. Nikt mi nie ucieka.

Od dawna chciałem wejść do pewnej kamienicy w Rudzie Śląskiej, która ma ogromny przechył ze względu na szkody górnicze. Właścicielka od razu zrozumiała, o co chodzi i mogłem spokojnie pracować. Spędziłem tam dwa dni. Byłem sam, co też bardzo lubię. Czas ma znaczenie w wykonywaniu fotografii. Lubię mieć spokój, bo ja nie jestem szybkim i sprawnym fotografem, co może jest antyreklamą, ale często za pierwszym razem nie udaje mi się zrobić dobrego zdjęcia. Dopiero drugie, trzecie podejście daje oczekiwany rezultat.

Fot. Michał Łuczak, Ola, 2018

Chciałam Cię jeszcze zapytać o formę portretu, który wykonywałeś w ramach naszego projektu.

Wybrałem czerń i biel, żeby było mniej informacji i żeby można było skupić się na człowieku. Chciałem też być przy całym procesie powstawania zdjęcia, sam też wywoływałem negatywy. Mam taką ambicję, aby powiększyć zdjęcia na papierze barytowym, żeby to nie były wydruki.

Projektem „Portret osobisty” wyciągnęłyśmy Cię na chwile z Twojej pracy projektowej. Czy zdradzisz, nad czym teraz pracujesz?

Realizuję trzy projekty co mnie cieszy. Nie frustruję się, że świat pędzi, a ja nie mam nic do powiedzenia. Projekt „Wydobycie” jest już na finiszu i dotyczy konsekwencji wydobycia węgla na Górnym Śląsku. Skupiłem się na takich aspektach jak powietrze, krajobraz, architektura, szkody górnicze i kopalnia, staram się pokazać człowieka w kontekście natury.

Drugim projektem są „Prace leśne”. To jest mi bardzo bliskie, bo praktycznie mieszkam w lesie, a poza tym miłość do lasu przekazał mi tata, z którym spędzałem mnóstwo czasu w lesie jako dziecko.

A skąd u taty pasja do lasu?

Tata był myśliwym, co pewnie z dzisiejszej perspektywy może być trudne do zaakceptowania przez osoby zajmujące się ochroną przyrody, ale życie jest pełne paradoksów.

Zabierał Cię na polowania?

Tak. Muszę powiedzieć, że zakaz prowadzenia dzieci na polowania ma sens. Nie mówię tu o traumatycznych wspomnieniach związanych z chodzeniem z tatą, ale o zbiorowych polowaniach, na których panowała dość męska atmosfera potęgowana przez napływ do łowiectwa nowobogackich z początku lat 90.

Fot. Michał Łuczak, z cyklu "Prace leśne",2020

Mój tata przeszedł ciekawą drogę. Nie należy już do żadnego koła myśliwskiego, dużo fotografuje w lesie i mamy bardzo podobne zdanie dotyczące gospodarki leśnej. Czasem jeszcze poluje, ale też już samotnie. Ojciec nie akceptuje tego myślistwa, które jest obecnie praktykowane. To była tradycja w mojej rodzinie. Jestem pierwszym, który się wyłamał i mimo wiedzy na temat myślistwa jaką mam, nie jestem w stanie go zaakceptować.

Byliśmy z ojcem wspólnie na zdjęciach w Bieszczadach, co było dobrym posunięciem, bo gdy spotkaliśmy leśników przy wydzieleniu 219A, wiedział, jak z nimi rozmawiać. Zaczarował idealnie.

Masz dobrego przewodnika obok siebie. Na czym polega ten projekt o lesie, który realizujesz?

Widzę, co się dzieje, widzę, jak dużo drzew zostało wyciętych nawet w obrębie tego miejsca gdzie mieszkamy. Dokumentuję przestrzeń wokół wycinek, ale też robię działania performatywne skoncentrowane na braku, na pustce po drzewach.

A trzeci projekt?

Bardzo lubię amerykańską fotografię i marzyłem, aby zrobić sobie taki road trip po Polsce. Fascynuję mnie to, że jesteśmy rozciągnięci między wschodem i zachodem. I dlatego na tych skrajnościach chce się skoncentrować, będę fotografował wzdłuż zachodniej i wschodniej granicy Polski. Jestem po pierwszych próbach i wygląda to obiecująco.

Bierzesz pod uwagę portret w tym projekcie?

Biorę, ale jeszcze nie odważyłem się nikogo zaczepić.

Fot. Michał Łuczak, z cyklu „Wydobycie”, 2017–2018

Już jutro (07.09) odbędzie się spotkanie z Michałem Łuczakiem w ramach tegorocznego cyklu „Portret osobisty, czyli bliskie spotkanie z... vol. 4”!

Spotkanie odbędzie na Małej Scenie Teatru Powszechnego w Warszawie oraz ONLINE – na fanpage'u Wszyscy Jesteśmy Fotografami.

Michał Łuczak

Fotograf, kurator. Pracuje głównie z fotografią i wideo. Absolwent Instytutu Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w czeskiej Opawie oraz iberystyki na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od 2010 roku jest częścią kolektywu Sputnik Photos. Współprowadzi roczny warsztat fotografii dokumentalnej Program Mentorski Sputnik Photos oraz wykłada na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. W ostatnich latach skupia się na skomplikowanej i interesownej relacji człowieka ze środowiskiem naturalnym i swym najbliższym otoczeniem. Jego najnowsze prace koncentrują się na lokalnych problemach, które mogą być również postrzegane uniwersalnie: konsekwencje przemysłu węglowego czy gospodarcze traktowanie lasów. Jest autorem książek fotograficznych: „Brutal” (2012), „Koło miejsca/Elementarz” (wraz z Krzysztofem Siwczykiem, 2016), „11.41” (wraz z Filipem Springerem, 2016).Od 2019 roku jest reprezentowany przez Galerię Szarą z Katowic.

Skopiuj link

Autor: Monika Szewczyk-Wittek

Z wykształcenia dziennikarka, z zawodu i pasji fotoedytorka. Współzałożycielka agencji Napo Images. Prowadzi zajęcia z fotoedycji i etyki w fotografii w Instytucie Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Współautorka cyklu Wszyscy Jesteśmy Fotografami.

Słowa kluczowe:
Komentarze
Więcej w kategorii: Wywiady
Paweł Kosicki: "Z fotografa ulicznego stałem się fotografem drogi"
Paweł Kosicki: "Z fotografa ulicznego stałem się fotografem drogi"
O podróżach małych i dużych, zmieniającym się podejściu do fotografii, odkrywaniu przestrzeni i tym dlaczego czasem mniej oznacza więcej, rozmawiamy z fotografem...
53
Adam Nurkiewicz: „Nieważne dla kogo pracujesz, fotografia powinna przede wszystkim sprawiać przyjemność” [TOKIO 2020 - RELACJA]
Adam Nurkiewicz: „Nieważne dla kogo pracujesz, fotografia powinna przede wszystkim sprawiać...
O fotografowaniu Olimpiady, pracy na płycie boiska i trudnościach, z jakimi w tym roku zmagali się fotoreporterzy, rozmawialiśmy z Adamem Nurkiewiczem, który jako...
172
Michał Warda: "Dla mnie fotografia to dobra zabawa i ciągłe poszukiwanie właściwego narzędzia"
Michał Warda: "Dla mnie fotografia to dobra zabawa i ciągłe poszukiwanie właściwego narzędzia"
O sytuacji w branży ślubnej, micie pełnej klatki, oraz o tym, czy Fujifilm GFX 100S może być aparatem pierwszego wyboru, rozmawiamy z Michałem Wardą z kolektywu WhiteSmoke Studio
63