Na co mi aż 10 milionów pikseli? Część 1

10 milionów pikseli matrycy powoli staje się obowiązującym standardem, który chcą spełnić niemal wszyscy producenci cyfrowych kompaktów. Na początku roku takich aparatów było na rynku już około dwudziestu, a liczba ta z pewnością wzrośnie po zbliżających się targach PMA. Ciekawostką jest fakt, że pierwszy 10-megapikselowy kompakt (Casio Exilim EX-Z1000) pojawił się w sklepach przed pierwszą typowo amatorską 10-megapikselową lustrzanką (Sony A100). W pierwszej części naszego artykułu opiszemy kilka przydatnych zastosowań dużej liczby pikseli - w drugiej (za tydzień) zajmiemy się szumami. Zapraszamy!
No właśnie - na co? Przecież odbitki wykonuję w formacie maksimum 10x15 cm, a zresztą i tak ogromną większość zdjęć oglądam wyłącznie na ekranie komputera. Tak więc 2 miliony pikseli matrycy cyfrówki to liczba zupełnie mi wystarczająca. Poza tym te najbogatsze w piksele aparaty są drogie, ich matryce CCD szumią na potęgę, a w ogóle to nie chcę popierać tej całej "wojny na piksele" prowadzonej przez producentów cyfrówek.

Wszystkie te argumenty są jak najbardziej zrozumiałe i powszechnie uznawane nie tylko przez fotoamatorów, ale i fachowców z branży foto. Ale czy przypadkiem nie są to powstałe dawno temu opinie, tak wielokrotnie słyszane, powtarzane i powielane, aż zostały uznane za jedyne obowiązujące podejście do najbogatszych w piksele cyfrowych kompaktów? Przyjrzyjmy się tematowi - może okaże się, że jednak 10 milionów pikseli to nie samo zło. Zresztą skoro producenci decydują się dać użytkownikom do dyspozycji tyle punktów światłoczułych, nie zaszkodzi w jakiś sposób z tego skorzystać.

Cena

najtańsza na początku lutego 2007 roku 10-megapikselowa cyfrówka na polskim rynku: BenQ DC C1000, którego można kupić nawet za sumę niższą od 650 zł

To już nie te czasy, gdy za elegancki kompakt trzeba było zapłacić 3000 zł. A tak przecież wyglądała sytuacja na rynku jeszcze 3 lata temu, mimo że matryca CCD takiego aparatu liczyła zaledwie 3-4 miliony punktów światłoczułych. Obecnie, jeśli się dobrze poszuka, to 10-megapikselówkę da radę kupić za sumę rzędu 1000 zł. Przy tym wcale nie musimy rezygnować z zakupu produktu "pierwszoligowego" producenta. Samsung Digimax S1000 za 850-900 zł, Pentax Optio A20 za 1000-1100 zł czy Canon PowerShot A640 za 1100 zł to oferty może nie powszechne w sklepach internetowych, ale z pewnością nietrudne do znalezienia. A jeśli nie wymagamy, by aparat nosił znane i cenione logo, to czekają na nas cyfrówki w rodzaju Praktiki Luxmedia 10-X3, którą bez problemu kupuje się za sumę niższą od 800 zł albo BenQ DC C1000, za którego cena 650 zł wcale nie jest rzadkością. Widać więc, że za tak bogate w piksele cyfrówki wcale nie musimy dużo płacić. Przy tym spodziewać się należy, że ceny nadal będą spadały. Warto też zauważyć, że nawet najdroższe cyfrówki nie-lustrzanki o rozdzielczości matrycy 10 Mp można kupić za mniej niż 2000 zł, nawet jeśli bierzemy pod uwagę wysoce zaawansowane modele w rodzaju Panasonica DMC-FZ50 czy Canona PowerShot G7. Chyba że ktoś życzy sobie fotografować leicą - wtedy 2000 zł z pewnością nie wystarczy...

1100 zł za Canona PowerShot A640 to bardzo dobrze wydane pieniądze. Dostajemy cyfrówkę co prawda nie kieszonkową, ale bardzo ergonomiczną, świetnie działającą, wyposażoną w przegubowo mocowany monitor i obiektyw o ciekawym zakresie ogniskowych.



Ile tak naprawdę potrzebujemy punktów obrazu, by oglądać go wystarczająco wyraźnie na monitorze? Widzimy tu okienko popularnej przeglądarki ACDSee, która na wysokość zdjęcia przeznacza nieco ponad 3/4 wysokości całego obrazu widocznego na monitorze. Oznacza to, że przy rozdzielczości ekranu ustawionej na 1600x1200 punktów zdjęcie liczy w pionie nieco więcej niż 900 punktów, więc przy proporcjach boków 4:3 potrzebujemy zaledwie ok. 1,1 miliona pikseli. A jeśli korzystamy z rozdzielczości monitora 1280x768, wykorzystujemy niecałe 500 tys. pikseli matrycy aparatu. Po co nam w takim razie aż 10 milionów? Zobaczmy.

Zamieńmy nadmiar pikseli na centymetry

Co prawda na co dzień potrzebujemy tych pikseli tylko troszkę, ale zdarza się - raz częściej, raz rzadziej - popełnić jakieś zdjęcie warte zaprezentowania w sposób bardziej efektowny niż tylko w postaci odbitki 10x15 cm czy na ekranie monitora komputerowego. Do rodzinnego albumu powinien trafić wydruk 18x24 cm, ale może lepiej będzie powiesić zdjęcie na ścianie? W takim razie niezbędny będzie format rzędu A4, czyli ok. 20x30 cm. Tylko jak wykonać powiększenia tej wielkości z 2-megapikselowej matrycy? Na zdjęcie do albumu przydałoby się ich 6, a co najmniej 4-5, natomiast w przypadku formatu A4 konieczną liczbą jest 8 milionów pikseli. I po to właśnie warto mieć w aparacie matrycę o bardzo dużej rozdzielczości i przy wszystkich zdjęciach w pełni ją wykorzystywać. Bo nigdy nie wiadomo, która z naszych fotografii okaże się tą super-klatką. Dlatego starajmy się nie ustawiać w menu aparatu rozdzielczości, która nam na co dzień wystarcza - zawsze pracujmy pełnymi 10 megapikselami. Zdjęcia te oczywiście zajmą w pamięci znacznie więcej miejsca, ale w czasach gdy 1-gigabajtową kartę pamięci wysokiej klasy kupić można już za 80-100 zł, nie bardzo ma sens oszczędzać na rozdzielczości zdjęć.

Tak wyglądają proporcje wielkości powiększeń możliwych do uzyskania z matrycy o 10 milionach fotokomórek i z 2-megapikselowej. Różnica, jak widać, jest ogromna, a więc i potencjał zdjęć wykonywanych w pełnej rozdzielczości matrycy znacznie większy. Nie marnujmy tego potencjału dla oszczędności miejsca w pamięci aparatu czy komputera.


Tak jak wspomnieliśmy wyżej, do albumu może wystarczyć 5 milionów punktów obrazu, a "na ścianę" - 8 milionów, ale pamiętajmy że niektóre zdjęcia wymagać mogą wykadrowania, co ograniczy liczbę pikseli możliwych do wykorzystania. To kolejny powód, dla którego warto korzystać z maksymalnej rozdzielczości matrycy.

Zamieńmy nadmiar pikseli na milimetry

Jakie milimetry? Milimetry ogniskowej. Wykorzystajmy dodatkowe, "niepotrzebne" piksele do "wydłużenia" zooma aparatu. Owo wydłużenie oznacza możliwość korzystania z zooma cyfrowego bez strat na jakości obrazu. Co prawda powszechnie głoszone opinie mówią że "zoom cyfrowy to samo zło", ale w rzeczywistości wcale nie musi tak być. Powodem jest stwierdzony na samym początku artykułu fakt, że na co dzień wymagamy obrazu o jedynie dwóch, jednym, a czasem i połowie miliona punktów. A zoom cyfrowy polega w naszym wypadku na "wycięciu" i pokazaniu jedynie centralnego fragmentu obrazu tworzonego przez cały przetwornik, a więc i ograniczeniu liczby punktów tworzących zdjęcie. Uwaga! - wiele cyfrówek interpoluje obraz uzyskany przy wykorzystaniu zooma cyfrowego do pełnej rozdzielczości matrycy, co podważa sensowność stosowania tej funkcji. Należy to sprawdzić i w razie czego dokonywać kadrowania w komputerze. Im mniej pikseli potrzebujemy dla stworzenia zdjęcia i im więcej pikseli liczy matryca, tym silniejszego zooma cyfrowego możemy bezkarnie użyć. Bezkarnie czyli tak, by w wyciętym obszarze pozostała wystarczająca liczba pikseli. Kombinacja 10 megapikseli matrycy i 2 milionów punktów potrzebnych do wydrukowania wysokiej jakości powiększenia 10x15 cm oznacza, że zoom cyfrowy może mieć krotność wynoszącą pierwiastek kwadratowy z 10/2, czyli ok. 2,2. Nie jest to może dużo, ale oznacza, że nasz zoom sięgający odpowiednika małoobrazkowych 200 mm może po uzupełnieniu 2,2-krotnym zoomem cyfrowym tworzyć wystarczająco wyraźnie obrazy tak, jakby pochodziły z obiektywu o polu widzenia małoobrazkowych 440 mm. Nie musimy więc wcale szukać cyfrówki ze szczególnie wyciągniętym zoomem optycznym - wystarczy dysponować odpowiednio dużym zapasem pikseli matrycy CCD. By móc korzystać z odpowiednika ogniskowej 250 mm, można kupić typową kieszonkową cyfrówkę z obiektywem o najdłuższej ogniskowej rzędu 115 mm. Pomoże to też tym, którzy nie mogą obejść się bez szerokiego kąta widzenia obiektywu, a chcieliby by sięgał on znacznie dalej niż typowe 105 mm. Nie ma problemu: kupujemy choćby Panasonica Lumix DMC-LX2 z zoomem 28-112 mm - aparat ten potrafi stworzyć obrazy o rozdzielczości 1600x1200 pikseli, gdy zoom optyczny i cyfrowy sięgają razem odpowiednika 250 mm.

Pamiętajmy przy tym, że nasze dotychczasowe obliczenia dotyczą sytuacji, gdy żądamy obrazu o 2 milionach punktów. A przecież do wyświetlenia zdjęcia w pełnym oknie przeglądarki wystarczy 1 milion punktów, a przy niezbyt dużej rozdzielczości monitora nawet pół miliona. W takich sytuacjach maksymalna krotność zooma cyfrowego 10-megapikselowej cyfrówki sięga odpowiednio 3,2x (zdjęcie o 1 milionie punktów) albo 4,5x gdy potrzebujemy jedynie zdjęcia 800x600 pikseli. A to w znaczny sposób zwiększa długoogniskowość nawet malutkiego aparatu. Pamiętamy oczywiście o tym, że zooma cyfrowego nie powinniśmy używać gdy zdjęcia chcemy powiększyć mocniej niż zwykle. Wtedy potrzebujemy bowiem możliwie dużej liczby fotokomórek przetwornika obrazu, a cyfrowy zoom ją w praktyce ogranicza.


Najszerszy kadr prezentowany na powyższej ilustracji został wykonany 10-megapiksleowym aparatem (choć, przyznajmy, nie kompaktem, a Nikonem D200) przy ogniskowej będącej odpowiednikiem małoobrazkowych 120 mm. Ta ogniskowa zbliżona jest do typowego krańca kieszonkowych cyfrówek wyposażonych w 3-krotne zoomy, więc zdjęcie jest dobrym przykładem, co może z niego uczynić cyfrowy zoom. Wymiary drugiego zdjęcia zostały zredukowane 2,2-krotnie, dzięki czemu obraz liczy ok. 2 mln punktów, ale kadr odpowiada już ogniskowej ok. 260 mm. Zdjęcie trzecie oznacza redukcję 3,2-krotną, a więc ok. 1 mln punktów obrazu i odpowiednik ogniskowej 380 mm. Ładnie, prawda? Ale to jeszcze nie koniec - w niektórych przypadkach wystarczy kadr o rozmiarach rzędu 800x600 pikseli. Taki mamy na ostatnim zdjęciu - odpowiednik małoobrazkowej ogniskowej wynosi dla tego zdjęcia ok. 540 mm.

Tyle teoria. Jednak podczas fotografowania możemy mieć problem z wyznaczeniem granicy, której zoom cyfrowy nie powinien przekroczyć. Trudno przecież za każdym razem obliczać, jaka w danym wypadku jest maksymalna dopuszczalna krotność - zresztą czasami na monitorach cyfrówek krotność ustawionego zooma wcale nie jest wyświetlana. Dobrze więc, że konstruktorzy niektórych aparatów pomagają uporać się z tym problemem. Na przykład Canon ostatnio zaczął stosować funkcję zwaną Safety Zoom, czyli "bezpieczny zoom", która przy zmianie ogniskowej pokazuje na wskaźniku zooma granicę bezpieczeństwa. Dopóki jej nie przekroczymy, dopóty pole ograniczone zoomem cyfrowym zawiera wystarczającą dla stworzenia obrazu liczbę punktów, zgodnie z wybraną rozdzielczością. Inaczej sprawę rozwiązały firmy Sony i Fuji. Sony swój pomysł nazwało Smart Zoom ("inteligentny zoom"), a polega on na obowiązkowym ograniczeniu maksymalnej krotności zooma cyfrowego w zależności od ustawionej rozdzielczości obrazu - im niższa, tym dopuszczalna krotność cyfrowego zooma wyższa. Podobnie sprawę rozwiązało Fuji, i to znacznie wcześniej niż Sony, choć swoim rozwiązaniem ani się nie chwaliło, ani go nawet nie nazwało.

Jak wynika z niniejszego artykułu, duża liczba pikseli się przydaje. Dzięki niej możemy też wykorzystać funkcję cyfrowego zooma, która przy zerowej lub niedużej "nadwyżce" fotokomórek matrycy (np. przy 5 Mp) nie ma dużej wartości. W drugiej części artykułu przedstawimy jeszcze jedną, bardzo istotną zaletę dużej liczby pikseli, a mianowicie możliwość uzyskania dzięki nim niższych (tak, niższych!) szumów na zdjęciach. Zapraszamy!
 
Komentarze
Polecane artykuły
Ilya Shtutsa: „Dobra fotografia jest darem“
5 Lis 2018
O swoich początkach, darze jakim jest fotografia czy wpływie prac Arnolda Mindella opowiada nam Ilya Shtutsa - rosyjski entuzjasta street’a, który opisuje fotografię jako grę o nieprzewidywalnym wyniku.
1
Najnowsza sesja Vanity Fair należała do Polaków
2 Lis 2018
Suspiria, włoski horror z lat siedemdziesiątych, doczekał się odświeżenia i właśnie wchodzi na ekrany polskich kin. W obsadzie znalazły się takie gwiazdy jak Tilda Swinton i Dakota Johnson, ale zagrała w nim również Polka - Małgosia Bela. Postprodukcję obszernej sesji obsady filmu dla włoskiego Vanity Fair wykonało studio House OF Retouching.
0
Oded Wagenstein: „Nie możesz po prostu pojawić się u kogoś w drzwiach i poprosić o zdjęcie”
1 Lis 2018
W syberyjskiej wiosce Yar-Sale mieszka grupa starszych kobiet. Większość dni spędzają w odosobnieniu, odizolowane od świata, który kochały. Podczas gdy mężczyźni zwykle zachęcani są do pozostania w migrującej społeczności i utrzymania ról społecznych, kobiety muszą same radzić sobie ze starością. Fotograf Oded Wagenstein przybliża ich historię w projekcie “Forgotten Like Last Year’s Snow”.
0
Siena International Photo Awards 2018 to piękno świata pod różną postacią
30 Paź 2018
Za nami już czwarta edycja prestiżowego konkursu Siena International Photo Awards. W tym roku zwycięzcą został K M Asad - freelancer współpracujący między innymi z Getty Images. Jednak wśród laureatów nie zabrakło też Polaków. III miejsce w kategorii „The beauty of the nature“ zajął Mariusz Potocki, a Bartłomiej Jurecki otrzymał wyróżnienie w sekcji „Journeys & Adventures“.
0