Temat miesiąca

Fotografia portretowa

Jacenty Dędek: „Nie ma jednej prawdy o Polsce małych miasteczek"

21 Mar 2018
Jacenty Dędek: „Nie ma jednej prawdy o Polsce małych miasteczek"

Jacenty Dędek publikował w National Geographic, Dużym Formacie, Tygodniku Powszechnym, Polityce, Przekroju, Newsweeku, Wprost i wielu innych tytułach. Gdy w gazetach zaczęło brakować miejsca na reportaż i dokument, wraz z żoną skierował się z aparatem w stronę małomiasteczkowej Polski.

Na początek zapytam dość ogólnie: co najbardziej pociąga Pana w fotografii?

Nie wiem, czy umiem dobrze odpowiedzieć na to pytanie. Ale chyba najbardziej to, że fotografia podobnie jak literatura, daje możliwość opowiadania o świecie. Zawsze lubiłem literaturę, od kiedy pamiętam czytałem klasyków, bardzo różne rzeczy. Mam na myśli takie nazwiska jak Remarque, Hemingway, Francis Scott Fitzgerald, Kurt Vonnegut, John Dos Passos, John Steinbeck, Żeromski, później doszły do tego jeszcze reportaże. Tak się szczęśliwie składa, że mamy w Polsce wspaniałych reporterów: Hannę Krall, Ryszarda Kapuścińskiego, Andrzeja Mularczyka, Krzysztofa Kąkolewskiego, a z mojego pokolenia Lidię Ostałowską, Mariusza Szczygła, Wojciecha Tochmana, Włodzimierza Nowaka i wielu innych. Przy ich książkach się i śmiałem, i płakałem. To było i jest dla mnie nieustające źródło inspiracji.

Pisze Pan?

Nigdy nie umiałem tego dobrze robić, a chciałem czasem opowiedzieć o czymś, co mnie spotyka. Więc wykorzystałem fotografię do tego celu. To medium, którym się posługuję, żeby wyrazić swoje zachwyty, ale częściej jednak niezgodę na rzeczy, które dzieją się wokół. W fotografii pociąga mnie coś, co powoduje, że przywozi się z terenu mikropowieści o otaczającym świecie, których czasem nie sposób byłoby ubrać w słowa. Zdjęcia mogą funkcjonować samodzielnie, ale w połączeniu z tekstem tworzą nieraz dużo pełniejszy, wielopłaszczyznowy świat. I takie spojrzenie mnie dziś interesuje. Mniej mi zależy na „artystowskim podejściu“, interesuje mnie rzeczywistość. Szukam sposobu na opowiadanie o niej.

Praca nad „Portretem prowincji” rozpoczęła się w 2010 roku i trwa nadal. Część fotografii została wykonana dzięki stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To rozbudowany, długoterminowy projekt. Jakie będzie jego zwieńczenie?

Rozpoczynając pracę nad stypendium na początku 2011 r. wiedzieliśmy już, że nie uda się tak przekrojowego tematu zamknąć w sześciu miesiącach, bo na tyle przyznano nam stypendium. Nie stawialiśmy sobie żadnych tez, byliśmy naprawdę ciekawi co odnajdziemy na polskiej prowincji, a praca z miesiąca na miesiąc stawała się coraz bardziej wciągająca. Powiedzieliśmy sobie wtedy, że nie możemy tego tematu zostawić, że musimy dalej zbierać materiały. Zwłaszcza, że zrozumieliśmy, jak bardzo dynamicznie zmienia się prowincja i że w niedługim czasie dotkną ją też nieodwracalne procesy unifikacji. Chcieliśmy zarejestrować to dziwne zawieszenie między czasem minionym a współczesnością, w jakim znaleźliśmy prowincję. Nie ma też co ukrywać, że zafascynowali nas spotkani ludzie. I chcieliśmy, żeby po tej kilkuletniej podróży przez Polskę pozostał trwalszy ślad niż wystawa, publikacja prasowa, czy prezentacja w Internecie. Zwieńczeniem naszej pracy będzie książka.

Od początku zdecydowaliście się na takie medium? 

Od początku było dla nas oczywiste, że finałem tego przedsięwzięcia będzie książka, choć nie zdawaliśmy sobie sprawy, że oprócz finansowania podróży i materiałów przez ponad sześć lat, również i ją będziemy musieli wydać za własne środki. Niestety, nie udało nam się pozyskać żadnego sponsora, choć szukaliśmy go przez ponad rok. Trochę nas to dziwiło, bo rzecz jest o nas samych, o Polakach, o zmaganiu z życiem, to bardzo przekrojowy dokumentalny projekt. Decyzję o wydaniu podjęliśmy bardzo świadomie, choć to dla nas ogromne wyrzeczenie. Całość będzie miała 360 stron, twarda oprawa, w środku jest prawie dwieście czarno-białych fotografii. Jej tytuł brzmi: portretprowincji.pl.

Według jakiego klucza dobieraliście z żoną miejscowości?

Najfajniejsze było to, że nigdy do końca nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Ważne były kierunek i sama droga. W trakcie podróży odnajdywało się to, czego intuicyjnie szukaliśmy: widok przedmieść, kondukt pogrzebowy, bar, dworzec PKS, chłopak na motorynce, dziewczyny przed pomnikiem. Sytuacje, których nie bylibyśmy w stanie wymyślić. I ludzie z ich historiami. Założyliśmy jedynie, że interesują nas tylko miejscowości do 30 tys. mieszkańców. Zjeździliśmy wszystkie województwa, wielokrotnie. W sumie zdjęcia powstawały w 421 miejscowościach, ale odwiedziliśmy ich dużo więcej.

To jaka jest ta polska prowincja? Jakie zmiany zaobserwował Pan na przestrzeni lat?

Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. We wstępie do albumu napisaliśmy, że każdy znajdzie na prowincji to, co jest w stanie zauważyć. Nie ma jednej prawdy o Polsce małych miasteczek. My pokazaliśmy to, co nam wydawało się najbardziej interesujące, co nas poruszało.

Ale, oczywiście, od wejścia Polski do Unii Europejskiej polska prowincja zmienia się. Powstają nowe drogi, centra miasteczek zyskują nową estetykę, ale podobnie jak i w miastach, brak tam wciąż przemyślanych rozwiązań dotyczących przestrzeni.

Z tym, że to tylko pierwsza, zewnętrzna warstwa. Problemem prowincji jest to, że po upadku ośrodków przemysłowych i rolniczych dawnego systemu, niewiele powstało w zamian. Jakkolwiek zabrzmi to banalnie, dla ludzi z małych miejscowości problemem jest brak perspektyw. Nawet, jak nasz bohater ‒ dwudziestopięcioletni Kamil ‒ mówi, że wymyślił sobie sposób na życie, że będzie skupował na złomie stare rowery, reperował je, odnawiał i sprzedawał z zyskiem, i że może jeszcze „coś z tego osiągnąć” ‒ to jest jednak smutne. Bardzo dużo młodych ludzi wyjeżdża za granicę, albo do większych miast. I jak mówi Kamil: „jak ktoś ma okazję i ucieknie, to już nie wraca.”

A skąd w ogóle pomysł na właśnie taki projekt?

Przez lata pracowałem dla prasy codziennej i magazynowej. Robiłem zdjęcia, reportaże, ale w gazetach było coraz mniej miejsca na reportaż, którym najchętniej się zajmowałem, ponieważ dawał mi możliwość osobistej wypowiedzi. Postanowiłem ten brak wypełnić zajmując się własnymi tematami. Początkowo próbowałem je zgłaszać do redakcji z którymi współpracowałem, ale zaczynały to dla nich być zbyt odległe tematy. Bardziej niż reportaż zaczął mnie interesować dokument.

Fotografię (na początku lat dziewięćdziesiątych) zaczynałem od portretu i teraz znów chciałem do tego wrócić. Zawsze też interesowały mnie niewielkie społeczności. To moja żona, Kasia Dędek, po kilku rozmowach wpadła na pomysł żeby połączyć portret z małymi miasteczkami. I w jej głowie pojawił się od razu roboczy tytuł tego całego przedsięwzięcia ‒ „Portret prowincji”. Była mniej więcej połowa 2010 roku. Stąd właśnie portrety i sąsiadujące z nimi opowieści naszych bohaterów. Pomiędzy nimi są zdjęcia dokumentalne pokazujące życie codzienne, wydarzenia z małych miast, czy wsi, chwile odświętne lub całkiem zwykłe. Jest też sporo świetnych historii, w których Kasia pisze o życiu małych miast, przez pryzmat losów naszych bohaterów. A miała do nich ogromne szczęście.

Czy jakieś spotkanie szczególnie zapadło Wam w pamięć?

Takich spotkań było wiele, choć jednym z najbardziej niezwykłych było spotkanie z 83-letnią panią Marią w jej domu w Jezioranach, na Warmii i Mazurach. Opowiedziała nam historię swojego życia (będzie w książce), zaznaczając na wstępie, że do śmierci został jej tylko rok, bo tak jej w młodości wywróżyła Cyganka. Wiara pani Marii w nieuchronność tej przepowiedni bardzo nas poruszyła. Następnego lata, będąc w tamtych okolicach, nadłożyliśmy drogi, żeby ją odwiedzić. Cieszyła się dobrym zdrowiem. Tak prywatnie zrobiło nam się wstyd, że sami uwierzyliśmy w tę przepowiednię. Pani Maria cieszyła się z wizyty, spędziliśmy miłe popołudnie. Dwa miesiące później zadzwonił zięć pani Marii z informacją, że kilka tygodni wcześniej zmarła w szpitalu. Było to mniej więcej rok od naszego pierwszego spotkania…

Innym razem, przed świętami Bożego Narodzenia, zadzwonił do nas młody chłopak, bohater zdjęcia i rozmówca, z pytaniem, czy moglibyśmy mu jakoś pomóc, bo pracuje z kolegami od dwóch miesięcy w Warszawie w firmie budowlanej. Pracowali bez umowy i pracodawca powiedział, że nie wypłaci im wynagrodzenia. To byli młodzi chłopcy z miejscowości o naprawdę dużym bezrobociu. Zaproponowaliśmy, że możemy przyjechać i pójść z nimi do znajomych z prasy i ewentualnie na policję, żeby poinformowali pracodawcę, że jak nie wypłaci pensji to nagłośnimy tę sprawę. Zadzwonił po tygodniu, że bardzo dziękuje, bo szef wypłacił im połowę należnego wynagrodzenia. Był bardzo szczęśliwy. Poczuliśmy wstyd i bezradność, nie tylko dlatego, że nic przecież dla niego nie zrobiliśmy, ale ogólnie za całą sytuację, która tych młodych chłopców spotkała. Było nam przykro, że takie rzeczy wciąż bezkarnie się wydarzają.

Zobacz wszystkie zdjęcia (10)

O ile zdjęcia krajobrazu wsi wykonał Pan małym obrazkiem, to portrety powstały na materiale analogowym, aparatem 4x5. Dlaczego zdecydował się Pan na takie medium?

Wszystkie zdjęcia, i te małoobrazkowe, i z dużego formatu, powstały na materiałach analogowych. W czasach kiedy zaczynałem fotografować pracowało się tylko na negatywach, albo na slajdach i z taką fotografią jestem najbardziej związany. Oczywiście, używam zawodowo aparatów cyfrowych, ale czułem się już zmęczony ciągła pogonią za doskonałością obrazu. Wydawało mi się, że w tym o czym chcę opowiadać pewna niedoskonałość, chropowatość obrazu jest dodatkowym walorem. Poza tym lubię fizyczną namacalność materiałów fotograficznych, cały proces obróbki, a nawet niepewność oczekiwania na efekty. Fotografia tego rodzaju ma w sobie zawsze coś magicznego.

Duży format to było raczej wyzwanie. Podziwiałem pracę fotografów takich jak August Sander, Edward Curtis, Walker Evans, Dorothea Lange. Chciałem spróbować pracy z wielkoformatową kamerą. Szybko okazało się też, że czas rozłożenia aparatu, ustawienia go na statywie, ustawienia ostrości, załadowania kasety z filmem - to wszystko działa na korzyść zdjęcia. Portretowany ma czas się przygotować, „nastroić duchowo”, jak powiedział jeden z naszych bohaterów, fotograf zresztą. W trakcie podróży wykonałem kilka tysięcy zdjęć.

Dziękuję za rozmowę.

wykorzystane zdjęcia: Jacenty Dędek, „Portret Polskiej Prowincji“

Studentka fotografii na studiach magisterskich Uniwersytetu Warszawskiego. Ma na koncie różne projekty, zarówno dokumentalne, jak i reklamowe. Uzależniona od podróży i trekkingu w górach.

Komentarze