Wystawa "Polska i Polacy na przełomie wieków" Małgorzaty i Jerzego Karnasiewiczów w kolejnych ukraińskich miastach

Rok temu informowaliśmy o nowym, dużym projekcie małżeństwa Małgorzaty i Jerzego Karnasiewiczów - "Polska i Polacy na przełomie wieków". Od tamtej pory wystawa odwiedziła kilka miast wschodniej Ukrainy, a w najbliższym czasie będzie ją można oglądać na zachodzie tego kraju. Do końca czerwca potrwa jej prezentacja w Berdyczowskim Muzeum Historii Miasta.
"Polska i Polacy na przełomie wieków" to projekt małżeństwa Małgorzaty i Jerzego Karnasiewiczów. Składa się ze zdjęć powstałych w latach 1979-2007 w ramach cykli: "Polskie Małe Ojczyzny"- ukazanie oblicza Polaków z perspektywy mieszkańców miast i miasteczek oraz "Tryptyk Polski" - artystyczna wizja polskiego krajobrazu. Ideą wystawy Karnasiewiczów jest ukazanie Polski i oblicza Polaków z końca XX w. i początku XXI w. Jak napisali sami autorzy prezentacja wystawy ma na celu odrodzenie świadomości narodowej.

Wystawa była prezentowana do tej pory w Kramatorskim Muzeum Artystycznym, Donieckim Muzeum Krajoznawczym, Ługańskim Muzeum Krajoznawczym i Charkowskim Muzeum Artystycznym. Aktualnie można ją oglądać Muzeum Historii Miasta w Berdyczowie. Ze względu na duże zainteresowanie została przedłużona do 30 czerwca. Jeszcze w tym roku trafi do dalszych miast zachodniej Ukrainy - będzie prezentowana w Łucku i Równem.

Poniżej publikujemy tekst zredagowany przez Małgorzatę Szymczyk-Karnasiewicz:

Karnasiewiczowie z wystawą w Ługańsku

To była już trzecia prezentacja naszej wystawy fotografii "Polska i Polacy na przełomie wieków", którą przygotowaliśmy we współpracy z konsulatem RP w Charkowie z myślą o środowisku polonijnym we Wschodniej Ukrainie. Po Kramatorsku i Doniecku pojechaliśmy w grudniu 2008 r. do 450-tysięcznego Ługańska. To była najdłuższa wyprawa, najpierw autobusem do Lwowa i dalej 27 godzin ukraińskim pociągiem. Ale było warto. Zaczęło się już optymistycznie na dworcu, z którego odebrała nas siostra Agnes i w śnieżycy przewiozła na kwaterę. Potem spotkanie z sympatycznym dyrektorem Muzeum Krajoznawczego A. L. Kuleszowem, który sprawił, że zdążyliśmy z montażem wystawy na czas i który zapewnił nam program kulturalny, byliśmy w cyrku, w teatrze, na koncercie. Wystawa została bardzo dobrze przyjęta. Oglądający podkreślali, że spodobał się im zaproponowany przez nas sposób opowiadania o Polsce i Polakach. Szczególnie zatrzymywały zdjęcia Polaków i ich interesujące życiorysy, które jako podpisy towarzyszyły zdjęciom (w j. polskim i rosyjskim). Wielu miało okazję po raz pierwszy obejrzeć nowatorski sposób aranżacji wystawy w formie cykli z wykorzystaniem 2-metrowych wydruków i to właśnie na tle tych wielkich wydruków, m.in. zamku gniewskiego fotografowały się najchętniej studentki uczące się j. polskiego na uniwersytecie.

Istotną częścią naszego pobytu w Ługańsku była realizacja autorskiego projektu o diasporze polskiej we Wschodniej Ukrainie, w ramach którego przeprowadzamy wywiady z najstarszymi członkami organizacji polonijnych, zbieramy relacje dotyczące historii rodzin oraz wykonujemy zdjęcia Polakom i potomkom Polaków. W przyszłości z opracowanego materiału powstanie książka i wystawa fotografii. Celem tych działań jest zwrócenie uwagi na problemy polonii Wschodniej Ukrainy i zwiększenie społecznego zainteresowania jej losami w Polsce.

Wschodnie wrota Ukrainy lub Woroszyłowgrad

Ługańczanie mówią, że kiedy nad Ukrainą wstaje słońce to pierwsze promienie kieruje właśnie na Ługańsk, który nazywany jest wschodnimi wrotami Ukrainy.

Ks. Grzegorz Rapa, tutejszej proboszcz katolickiej parafii od 1993 r. pamięta, że kiedy został skierowany do Ługańska, nie mógł znaleźć go na mapie. Dopiero później okazało się, że miał nieaktualną mapę ze starą nazwą Woroszyłowgrad.

Nazwę miasta zmieniano dwukrotnie (latach 1935-1958 i 1970-1991) na cześć Klimenta Woroszyłowa przywódcy ruchu rewolucyjnego na Donbasie. Woroszyłow odpowiadał znakomicie bolszewickiej koncepcji idealnego dowódcy, ukończył tylko dwie klasy.

Pracownica naukowa Ługańskiego Muzeum Historii i Kultury miasta (dawniej Muzeum Woroszyłowa) opowiadała nam dużo o patefonie i maszynie do pisania, na temat polskich specjalistów, skwitowała krótko, że ich nie było, i szybko przeszła do sali Woroszyłowa, byśmy podziwiali pamiątki po nim: kremlowskie biurko z telefonem, biblioteczkę, podarunki od przywódców państw komunistycznych. Mało faktów, zbyt mało, jak na człowieka współodpowiedzialnego za zbrodnie stalinowskie. Na ścianach wiszą fotografie Woroszyłowa w otoczeniu Berii, Stalina, Mołotowa, jednak przy żadnym nie ma informacji, że to oni byli odpowiedzialni za uśmiercenie wiosną 1940 r. ok. 22 tys. polskich oficerów, policjantów, lekarzy, profesorów i duchownych. Ale my to wiemy.

Parowozy Hartmana

Ługańsk z perspektywy polskich miast jest stosunkowo młody, ma 127 lat. I chociaż jego historia rozpoczęła się z chwilą uruchomienia w 1795 r. przez szkockiego inżyniera Karola Gaskoina pierwszej huty żelaza, która miała produkować kule i armaty na potrzeby Floty Czarnomorskiej, to dopiero w 1882 r. otrzymał prawa miejskie.

Jednak prawdziwy bum gospodarczy nastąpił z chwilą utworzenia tu w 1896 r. przez saksońskiego inżyniera Gustawa Hartmana i bankiera Iwana Goldshtanda spółki akcyjnej ROMZG. Kapitał założycielski spółki wynosił 4 mln rubli w złocie, jak na tamte czasy była to suma ogromna! Przedsiębiorstwo, które produkowało przede wszystkim parowozy bardzo szybko stało się jednym z największych w imperium rosyjskim. W strukturze przedsiębiorstwa w 1912 r. były 23 wydziały. U Hartmana pracowało wielu polskich specjalistów: Karol Adamiecki, który w 1898 r. został szefem oddziału walcowni; K.K. Chrzanowski dyrektor Fabryki Parowozów w latach 1904-1918; Kazimierz Gierdziejewski kierownik odlewni i Tadeusz Hennel inżynier warsztatowy i pomocnik naczelnika warsztatów mechanicznych i montażu lokomotyw. W 1911 r. mieszkało w Ługańsku aż 569 Polaków i stanowili oni po Rosjanach i Żydach trzecią grupę narodowościową.

Jurij Chromuszin, Ługańsk, 2008 r., Fot. Jerzy Karnasiewicz

Dioramy i bolszewicy

Na pytanie, Gdzie toczyło się życie towarzyskie? szukamy odpowiedzi wędrując po mieście z Jurijem Chromuszinem znakomitym fotografem.
Zacznijmy od tego, że w końcu XIX stulecia, dzięki napływowi kapitału zagranicznego i nie ukrywajmy napływowi specjalistów z Europy, Ługańsk przeobraził się w duże miasto. Ługańczanie podobnie jak Londyńczycy i Paryżanie korzystali z nowinek technicznych. Na przykład w cyrku przy ulicy Puszkińskiej odbywały się dioramy. Ich pomysłodawcą był Francuz Louis Jacques Daguerre, późniejszy wynalazca fotografii. W Paryżu prezentował podświetlane malowidła przedstawiające sceny historyczne. Malowidła te oświetlane w specjalny sposób w połączeniu z efektami dźwiękowymi i ruchomą widownią obracającą się wokół swej osi tworzyły specyficzny spektakl. Dokładnie nie wiemy, jak wyglądały dioramy w Ługańsku, ale domyślamy się, że z całą pewnością dostarczały publiczności spektakularnych efektów wizualnych.

Pieniądze wydawano na inne rozrywki. Przy tej samej ulicy, na początku XX w. działały kinomatografy "Iluzjon" i "Ermitaż", w których za 15 kopiejek można było obejrzeć melodramaty lub ekranizacje rosyjskiej klasyki.

Były oczywiście sklepy, kawiarnie, hotele, klub, atelier fotograficzne, teatr, a nawet męskie gimnazjum. Ich wizerunek przetrwał na starych pocztówkach i fotografiach.

Puszkińska była jedną z tych ulic, gdzie zawsze działo się coś interesującego. To jedyna ulica, której nazwy nie zmieniono po Rewolucji. Jurij prowadzi nas jeszcze dawną ulicą Angielską z urokliwymi XIX-wiecznymi parterowymi domami. Miejsce historyczne. W jednym z nich w 1801 r. urodził się Władimir Dal największy rosyjski leksykograf. Jego ojciec Duńczyk Jochan Christian von Dahl przyjął obywatelstwo rosyjskie i pracował jako lekarz w tutejszej odlewni żelaza. W 1832 r. początkujący pisarz przyjął pseudonim "Kozak Ługański", co uznano za przejaw asymilacji z małą ojczyzną.

Ługańczanie szczycą się nie tylko Dalem, którego największą zasługą było napisanie wielkiego słownika XIX-wiecznej mowy rosyjskiej (na 200 tys. haseł, 80. tys. sam zebrał i objaśnił). Niemalże na każdym kroku podkreślają, że tu żył Michaił Matusowski autor słów szlagieru "Podmoskiewskie wieczory". Muszę w tym miejscu dodać, że Jego ojciec Lew Matusowski był znanym i cenionym fotografem, a sporą część swojej pracy poświęcił fotografowaniu zakładu Hartmana. W porę wyjechał i osiadł w Palestynie, zapewne z racji swoich żydowskich korzeni.

Z Ługańska wyjechało wielu, inni zniknęli bez śladu, zwłaszcza duchowni. W 1929 r. w całym ZSRR bolszewicy rozpoczęli walkę z religią. Kampania wymierzona była głównie w cerkiew prawosławną ale dotykała także inne wyznania. Zgodnie z nowym ateistycznym porządkiem masowo niszczono kościoły, cmentarze i przedmioty kultu. W Ługańsku było aż 7 cerkwi, kościół katolicki i luterański, kaplica ormiańska św. Grzegorza, 3 synagogi. Co ocalało? Cerkiew Pietropawłowska, bo była najstarsza i na krańcu miasta oraz synagoga, bo budynek mógł służyć innym celom.

A Instytut Kultury i Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego został wybudowany na miejscu katedry św. Mikołaja Cudotwórcy. Świątynię wzniesiono z kamienia w stylu neoklasycystycznym z zachowaniem elementów architektury antycznej ze złotą kopułą w 1841 r. Była najokazalszą świątynią w mieście. Zrównano ją z ziemią w 1934 r. A Plac Katedralny zamieniono na Plac Czerwony.

Jurij Chromuszin negocjuje z portierką, chce koniecznie pokazać nam wnętrze Instytutu. W końcu udaje się mu ją ubłagać i możemy wejść. Podziwiamy wystrój i wyobrażamy sobie, że jesteśmy w katedrze. Jurij wykłada tu fotografię, jest Zasłużonym Dziennikarzem Ukrainy i członkiem Związku Artystów Fotografików Ukrainy. Niedawno z okazji jubileuszu 70-lecia województwa ługańskiego ukazał się jego pierwszy album fotograficzny "Rodzina". To książka o osobistościach Ługańska i zwykłych ludziach. O tym, jak żyli w ciągu trzech ostatnich dekad, o co walczyli, o czym marzyli i co utracili.

Helena Rek
W bloku przy ul. Szewczenki 4, na 7 piętrze mieszka wspólnie z 83-letnią mamą Lidią Helena Rek Prezes najdłużej działającej na Ukrainie organizacji polonijnej. Przeprasza, że podejmuje nas w kuchni, i wyjaśnia, że dwa lata temu sąsiad z góry zalał całe jej mieszkanie. Musi wszystko wyremontować, a na to nie ma pieniędzy. Spotkanie zaczynamy od przełamania się opłatkiem, 5 dni temu obchodziliśmy Boże Narodzenie.

Pani Helena przyznaje, że była ukochaną córką taty. Ale jednocześnie żyła w jego cieniu, to on miał pomysły, to on był człowiekiem działania. Był rok 1976. Miała 12 lat.

- Ojciec postanowił założyć Klub "Warszawa". Spotkania odbywały się w Wojewódzkiej Naukowej Bibliotece im. A. M. Gorkiego. Przychodzili na nie i miłośnicy poezji i języka polskiego. Ojciec kochał poezję i kochał ojczysty język. Sam przygotowywał lekcje j. polskiego, a przy tym mówił tak czysto po rosyjsku, że nikt nie chciał uwierzyć w to, iż ma polskie korzenie - przyznaje Pani Helena.

A urodził się w 1922 r. w Stanisławowie. Miał 6-7 lat, gdy cała rodzina zamieszkała w pięknej kamienicy na warszawskiej Pradze. Wynikało to z faktu, że ojciec awansował na dyrektora kolei Warszawa-Kraków. Mama była muzykiem.

- Tata często wspominał, że w domu rodzinnym brakowało tylko ptasiego mleka - uśmiecha się Pani Helena.
Ale sielankę przerwał wybuch II wojny światowej. We wrześniu 1939 r. Marceli Rek miał 17 lat, a ponieważ należał do tajnej organizacji otrzymał rozkaz natychmiastowego opuszczenia stolicy. Przedzierał się do Lwowa, do dziadków. Kiedy dotarł do Bugu rzeka była czerwona od krwi. A dom dziadków zburzony. Wiosną 1940 r. został wywieziony na Syberię.

- Pracował jako drwal, szewc, rozwoziciel chleba i pisarz. W Ałma-Acie NKWD odebrało mu polski paszport. Aresztowali go, wrzucili do ziemnego dołu i zakratowali. Trzymali go jak zwierzę. Siedział po kostki w błocie. Woda i chłód. Fizycznie tego nie wytrzymywał, żeby uratować życie zrzekł się obywatelstwa polskiego i przyjął sowieckie. Już jako obywatel ZSRR ukończył technikum techniczne i zdobył zawód kreślarza. W Kazachstanie urodził mu się syn Władysław. W 1949 r. uzyskał pozwolenie na przenosiny do Ługańska. Był tak dobrym fachowcem, że pracował na stanowisku inżyniera w kombinacie metalurgicznym im. Parchominka - streszcza Pan Helena.

Swoją drugą żonę Lidię Marceli Rek poznał w sanatorium w Swiatogorsku. Zakochał się. Przez 10 lat pisał listy, w których wyznawał miłość. W końcu poprosił o rękę. Ale nawet kiedy się pobrali musieli dzielić rozłąkę, bo ona pracowała w szkole specjalnej w Jenakijewie, a on w Ługańsku. Dzieliło ich 100 kilometrów.

- Mama przyjeżdżała w piątek robiła zakupy, gotowała na cały tydzień i odjeżdżała w niedzielę - wyznaje Pani Helena.
Ona sama wbrew pragnieniom mamy poszła w ślady ojca i ukończyła odlewnictwo na uniwersytecie. Potem jednak ukończyła kursy i została nauczycielką j. polskiego. Pracowała najpierw w szkole średniej, a od 2001 r. jest lektorem j. polskiego na Państwowym Uniwersytecie Wschodnioukraińskim im. W. Dala.

- Ojciec aż do śmierci niestrudzenie szukał rodziców i młodszej siostry (nazywał ją zawsze Sylwusia). Pisał do Czerwonego Krzyża w Warszawie, w Moskwie. Otrzymywał negatywne odpowiedzi. Wtedy płakał i znowu siadał i pisał. Nigdy ich nie odnalazł.

Leon Stawicki, Ługańsk, 2008 r., Fot. Jerzy Karnasiewicz

Leon Stawicki
Na rozmowę z Panem Leonem mamy tylko kwadrans. Właśnie zakończył się noworoczny koncert dla dzieci, podczas którego Pan Leon wykonał m.in. muzykę Chopina.
- Specjalnie dla Państwa zagrałem dwa preludia: C-mol, As-dur. Bardzo cenię muzykę Chopina jako Polak. Z ukraińskich kompozytorów lubię Anatolskiego a z rosyjskich Rachmaninowa.

Pan Leon pracuje w Ługańskiej Filharmonii od ponad 40 lat.
- Do Ługańska przyjechałem z żoną Nataszą w 1966 r. po ukończeniu Lwowskiego Konserwatorium. Rozpoczęliśmy pracę w Filharmonii w Orkiestrze Symfonicznej, ona jako harfistka, ja jako pianista.
Podziwiamy nowy gmach Ługańskiej Filharmonii, którą uroczyście otworzył 18 września 2008 r. po 7 latach budowy były trzykrotny premier Ukrainy Wiktor Janukowycz.

- Stary budynek trzeba było wyburzyć bo fundamenty pękały. Teraz jest piękny nowoczesny gmach z salą koncertową na 550 miejsc, ale akustyka jest gorsza - żali się P. Leon.

Mijamy Skwer Rewolucji i pomnik Lenina, wokół którego dzieci rzucają się śnieżkami. Pan Leon śpieszy się do Instytutu Kultury. Akompaniuje solistom.
Pan Leon mówi po polsku z wyczuwalnym lwowskim akcentem.
- Urodziłem się we Lwowie w 1942 r. Mama pochodziła z polskiej rodziny Ochęduszko, rodzice mamy repatriowali się i zamieszkali w Bytomiu. Ojciec pochodził z polsko-ukraińskiej rodziny. W domu mówiliśmy po polsku.

Z nostalgią wspomina wyjazdy do Polski, te z czasów młodzieńczych do dziadków do Bytomia i późniejsze w latach 90. organizowane przez Pana Reka.
Pan Leon jest Zasłużonym Artystą Ukrainy, ale przyznaje, że w czasach ZSRR obawiał się, iż któregoś dnia dozna przykrości z powodu pochodzenia.
- Bałem się tego, że ktoś mi powie, że jestem Polakiem ze Lwowa i z tego będę miał nieprzyjemności. Na szczęście nigdy tego nie doświadczyłem.

Eugeniusz Dumin, Ługańsk, 2008 r., Fot. Jerzy Karnasiewicz

Eugeniusz Dumin

Ulica Chersońska. Tu od blisko pół wieku mieszka Pan Eugeniusz, emerytowany wykładowca fizjologii i biochemii. Autor 62 opublikowanych prac naukowych.

Pan Eugeniusz jest równolatkiem niepodległej Polski. Urodził się w 1918 r. w polsko-ukraińskiej rodzinie w rejonie turczańskim.
- W domu mówiłem oczywiście po polsku. Mama była Polką (jej panieńskie nazwisko Reszytyłowicz). Ojciec - Ukrainiec był nauczycielem. Po ukończeniu czteroklasowej szkoły w Lityniu uczyłem się w gimnazjum klasycznego im. Józefa Piłsudskiego w Stryju. Było to gimnazjum z dwiema klasami, których językiem wykładowym był j. polski, oraz z klasą tzw. utrakwistyczną, w której nauczanie odbywało się w dwu językach: polskim i ukraińskim. Do takiej właśnie klasy chodziłem. I z j. polskiego miałem ocenę celującą - z dumą podkreśla Pan Eugeniusz. Jako jeden z najlepszych uczniów reprezentował szkołę na pogrzebie Marszałka Józefa Piłsudskiego w Krakowie w maju 1935 r.

- Pojechaliśmy jako delegacja z naszego gimnazjum w Stryju. Ja, dwóch kolegów i nauczyciel. Na dworcu głównym w Krakowie zobaczyłem wysiadających dostojników i głowy państw: Ignacego Mościckiego, Walerego Sławka (trzykrotny premier Polski, marszałek Sejmu, wolnomularz, podpułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, jeden z najbliższych współpracowników Józefa Piłsudskiego), Edwarda Rydza-Śmigłego (marszałek Polski, Generalny Inspektor Sił Zbrojnych) i wielu innych. Po wyjściu z dworca utknęliśmy w tłumie. Nie dotarliśmy na Wzgórze Wawelskie, nie byliśmy w katedrze, nie mogliśmy nawet zobaczyć trumny. Tyle było ludzi - mówi Pan Eugeniusz.

On sam zawsze chciał zostać lekarzem, ale ponieważ miejsca były zarezerwowane dla wojskowych, więc w 1936 r. zgłosił się do Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty w Zambrowie. Z tamtego czasu zachowało się jedyne zdjęcie Pana Eugeniusza w mundurze żołnierskim. Zdjęcie zrobił sobie będąc na przepustce w Warszawie w grudniu 1936 r.

Dzięki ukończeniu podchorążówki dostał się w 1937 r. na upragnione studia medyczne na Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie. Latem 1939 r. został wezwany na ćwiczenia pod Sandomierzem i tam zastał go wybuch II wojny światowej. Trafił do niewoli niemieckiej, później rumuńskiej.

- Chociaż walczyłem z faszystami w 1939 r., w Związku Radzieckim nie uznawano mnie za uczestnika wojny, bo uważano, że zaczęła się dopiero w 1941 r. Rzeczypospolita Polska nie zapomniała jednak o mnie uczestniku walk o niepodległość ojczyzny. W 1990 r. otrzymałem od Prezydenta RP W. Jaruzelskiego Medal "Za udział w wojnie obronnej 1939". Odebrałem go osobiście w Ambasadzie RP w Kijowie. Posiadam też zaszczytny tytuł "Weterana Walki o Wolność i Niepodległość Ojczyzny" (patent nr 5497) przyznany mi przez Jerzego Buzka Prezesa Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej w 1999 r.

Pan Eugeniusz wrócił na medycynę. Lwów był wówczas zajęty przez sowietów (od września 1939 r. do czerwca 1941 r.) Uniwersytet zgodnie z formalną ukrainizacją został przemianowany na Uniwersytet im. Iwana Franki. Zlikwidowano Wydział Teologiczny, a Wydział Lekarski i Farmaceutyczny wydzielono administracyjnie i utworzono z nich Państwowy Instytut Medyczny podległy Komisariatowi Zdrawochranienja. Do istniejących katedr i zakładów obu wydziałów dodano sowieckie specificum: Katedrę Marksizmu-Leninizmu.

Studia ukończył pod okupacją niemiecką (Niemcy zajęli Lwów w nocy z 30 czerwca na 1 lipca 1941 r.). W 1945 r. kiedy sowieci ponownie przejęli Lwów musiał nostryfikować dyplom. Został najpierw asystentem w Zakładzie Fizjologii i pracował pod okiem prof. Wierzuchowskiego, a następnie kierownikiem laboratorium tegoż Zakładu. Stamtąd trafił w 1956 r. do Woroszyłowgradzkiego wówczas Instytutu Medycznego.

Ks. Grzegorz Rapa, Ługańsk, 2008 r., Fot. Jerzy Karnasiewicz

Ks. Grzegorz Rapa
Ul. Mergelna 102. Przytulna plebania katolickiej parafii w Ługańsku. Ks. Grzegorz Rapa z wyglądu bardziej przypomina mistyka niż budowniczego. Włożył wiele wysiłku i zdobywał przez lata pieniądze, by móc zakupić dom w stanie surowym, a następnie zrobić z niego dom parafialny i kaplicę na 50 siedzących miejsc. Pierwszą mszę świętą odprawił w Boże Narodzenie w 1995 r. w nieogrzewanej kaplicy. Ale kaplica to nie wszystko. Najważniejsi są parafianie.

Parafia w Ługańsku wiele zawdzięcza ludziom świeckim. Już w końcu lat 80. pan Edward Witkowski, którego można był nazwać nawiedzonym, rozklejał na przystankach ogłoszenia, w których informował, że katolicy spotykają się w określonym miejscu o konkretnej godzinie. Właściwie wszystkie parafie, które odrodziły się we wschodniej Ukrainie, w Doniecku, Makiejewce, Dniepropietrowsku, to jego zasługa. Oficjalnie w styczniu 1992 r. parafia w Ługańsku została zarejestrowana. Pierwszą mszę odprawił w czerwcu tego samego roku ks. Jerzy Ziemiński, marianin z Charkowa Było to w parku "Wsiesojuznyj Lenińskij Komsomolskij Skwer Mołodioży" w centrum Ługańska a za ołtarz posłużył stół pożyczony z pobliskiej restauracji. Msza wzbudziła sensację, ludzie przystawali, gapili się, na dłuższą metę tak być nie mogło. Katolicy z Ługańska potrzebowali innego miejsca i swojego księdza.

- Z Panem Marcelem Rekiem spotkaliśmy się w Lublinie u biskupa, ja przyszedłem prosić o zwolnienie z obowiązków proboszcza, bo zdecydowałem się na wyjazd do Równego na Ukrainie, on właśnie przyjechał i prosił o księdza dla parafii. No i dostał księdza. Mnie było wszystko jedno czy Równe czy Ługańsk, ja nawet nie wiedziałem gdzie leży Ługańsk - przyznaje ks. Grzegorz. W domu szukałem na mapie i nie znalazłem. Bo na mojej starej mapie był Woroszyłowgrad. Tego nie wiedziałem. Kiedy jechałem do Niemiec w supermarkecie zobaczyłem mapę Ukrainy. Kiedy zorientowałem się, gdzie jest Ługańsk, chciałem się wycofać. Ale było za późno. Dałem przecież słowo. I takim sposobem znalazłem się w Ługańsku w październiku 1993 r. - wyjaśnia ks. Rapa.

Msze odprawiał w Bibliotece im. Gorkiego, a mieszkał u Pana Reka.
- Od razu pomyślałem, że muszę mieć swoje miejsce, że muszę kupić ziemię. Ale nie miałem pieniędzy. W tej sytuacji pojechałem do Niemiec. Miałem tam znajomych, przyjaciół, pomogły mi organizacje i fundacje katolickie - wspomina tamten niełatwy okres ks. Rapa.

- W 1996 r. przyjechała nauczycielka j. polskiego Hania Kiełpińska z Tucholi. Bardzo wierzący człowiek, mnóstwo dobrej pracy zrobiła. To była wspaniała pomoc dla parafii. Była tu 7 lat. Wyszła z mąż za chłopaka z Ługańska i wróciła do Polski. Od tego czasu w parafii pracują siostry: Agnes i Natalia ze Zgromadzenia Sióstr Bożego Serca Jezusa. Opiekują się starszymi i katechizują dzieci. W naszej parafii przeważają ludzie w średnim wieku, młode małżeństwa i studenci z Nigerii, Tanzanii, Sri Lanki, Indii, Iraku, Stanów Zjednoczonych. Dlatego liturgię odprawiamy w kilku językach: rosyjskim, ukraińskim, polskim i angielskim.

Z naszej młodej parafii wyszło już 5 powołań: jedna siostra jest w Rzymie po ślubach wieczystych, jedna w karmelu, jest dominikanin i dwóch seminarzystów. To jest jakiś znak - cieszy się Proboszcz. Ale zaraz dodaje, że jest ogrom pracy do zrobienia poza Ługańskiem, w obwodzie.

- Trzeba jeździć i spotykać się z ludźmi i wyjaśniać. A do tego potrzebne są nie tylko osoby intelektualnie i merytorycznie przygotowane, ale takie, które będą miały dużo cierpliwości i miłości do tych ludzi, bo oni nigdy w życiu tego nie zaznali - konkluduje ks. Rapa.
 
Komentarze
Polecane artykuły
Fujifilm X-T3 - test aparatu
14 Lis 2018
Najnowszy bezlusterkowiec Fujifilm pretenduje do miana króla segmentu APS-C i jednego z najbardziej uniwersalnych aparatów w ogóle. Sprawdzamy, na co go stać.
12
Nikon Z7 - test aparatu
6 Lis 2018
Nikon Z7 to pierwszy pełnoklatkowy bezlusterkowiec japońskiego producenta. Czy nowy aparat z 45-megapikselową, stabilizowaną matrycą dorówna jakością cenionym lustrzankom Nikona? Czy jest godną konkurencją dla aparatów z serii Sony A7? Sprawdźmy.
18
Samyang AF 14 mm f/2.8 EF - test obiektywu
26 Paź 2018
Czy Samyang AF 14 mm f/2.8 EF okaże się „idealnym partnerem do podróży“ i sprosta oczekiwaniom wymagających fotografów? Producent nie ma co do tego wątpliwości. Postanowiliśmy więc sprawdzić w praktyce możliwości nowej ultraszerokokątnej stałki z mocowaniem Canon EF.
5
Samyang AF 14 mm f/2.8 EF - zdjęcia przykładowe
22 Paź 2018
Ciekawi, jak w praktyce sprawdza się najnowsza konstrukcja Samyanga z mocowaniem Canon EF? Zobaczcie zdjęcia przykładowe wykonane najnowszym modelem AF 14 mm f/2.8 EF. Czy okaże się on "czarnym koniem" w segmencie ultraszerokokątnych szkieł?
0