Pamiętasz pierwsze dni w Ghanie? Co Cię zaskoczyło najbardziej - coś, czego żaden research wcześniej Ci nie powiedział?
Pracowałem wcześniej na Sycylii z ludźmi z Afryki Zachodniej przez około dwa lata. To tam zaczęła się moja podróż do Ghany, kiedy dokumentowałem migrantów z Gambi, Senegalu, Ghany, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii, Liberii i Mali, którzy zmagali się z trudnościami życia wiele lat po tym jak udało im się przebyć drogę przez Saharę, Libię i Morze Śródziemne do Włoch, często przechodząc przez tortury, prześladowania, niewolniczą pracę czy będąc świadkami utonięć ich współtowarzyszy podróży. Już wtedy zrozumiałem, że pochodzimy z różnych światów i że będę potrzebował sporo czasu, by zrozumieć zachowania, obyczaje i mentalność ludzi, których obserwowałem. Dlatego bardzo chciałem połączyć historie, których wysłuchiwałem na Sycylii, z rzeczywistością w Afryce Zachodniej, by zrozumieć powody migracji do Europy. Od razu po przyjeździe zrozumiałem też, że pojęcie czasu ma w Ghanie zupełnie inny wymiar. Z jednej strony utrudniało to pracę, z drugiej było wspaniałym doświadczeniem, które bardzo wpłynęło na moje życie.
Masz osobne serie z Ghany („Children in Galamsey”, „E-Waste”, „Volta Slaves”, „Black Star Rising”). Książka "Galamsey" wyrasta z czegoś, co ciągnie Cię do tego kraju od lat. Co to takiego?
Fascynacja człowiekiem, miejscem, w którym żyje, różnorodnością obyczajów, wierzeń, kultury, trudnościami, z jakimi się mierzy, i relacji człowieka z naturą. Historii z Ghany jest znacznie więcej, ale nie czuję się jeszcze gotowy, by o nich opowiadać. Śmiało mogę powiedzieć, że Ghana zafascynowała mnie na każdym poziomie życia, wielokrotnie zaskakując - praktycznie na każdym kroku. Był to pierwszy kraj afrykański, który odwiedziłem. Zacząłem od Akry, miejsca ekstremalnie intensywnego, które - w pozytywnym sensie - wręcz bombarduje każdy zmysł. Uwielbiam uczyć się świata poprzez obserwację i robię to 24/7, niezależnie od tego, czy mam w ręku aparat, czy nie. Wydawało mi się więc, że jestem na wszystko gotowy. Zostało to natychmiast zweryfikowane już w pierwszych dniach, kiedy zostałem wręcz zalany strumieniem niekończących się kolorów i obrazów. Zakochałem się w Ghanie od razu, choć jest to bardzo trudna miłość.
Widząc te zdjęcia, od razu pomyślałam o Salgado. On przy Serra Pelada spędził około miesiąca, żyjąc wśród górników - podczas gdy inni fotoreporterzy łapali to miejsce w dzień czy dwa. Ile w Twojej pracy jest takiego „rozpłynięcia się” w lokacji, a ile szybkiego wchodzenia i wychodzenia z aparatem?
Najbardziej lubię po prostu być - obserwować i chłonąć to, w czym udaje mi się uczestniczyć. Wiem, że dzięki temu mogę pełniej zrozumieć i dostrzec esencję historii, nie zatrzymując się na jej powierzchownym, wizualnym aspekcie. To dla mnie niezbędne, żeby móc naprawdę zgłębić temat. Na szczęście takich momentów w Ghanie było większość. Zdarzały się jednak sytuacje, kiedy nie mogłem pozwolić sobie na dłuższą obserwację ze względu na ograniczenia czasu, środków oraz niestabilną sytuację w wielu miejscach, które odwiedzałem. W takich przypadkach nadrabiałem to, spędzając czas w lokalnych jadalniach, barach czy obserwując codzienne czynności mieszkańców. W takich miejscach praktycznie każdy był w jakiś sposób związany z wydobyciem złota - poprzez dostarczanie narzędzi, budowę maszyn, dostawy jedzenia i wody dla górników czy transport ludzi do pracy.
Książka pokazuje przepaść między rekordowymi cenami złota a górnikami zarabiającymi kilka dolarów tygodniowo. Jak czułeś się z tym, że sam jesteś częścią tego łańcucha - jako konsument, jako Europejczyk?
Wszyscy jesteśmy jego częścią, czy nam się to podoba, czy nie. Dlatego interesuje mnie przede wszystkim działanie tej machiny i systemy, które to umożliwiają.
Przez cztery lata próbowałeś skontaktować się z amerykańską korporacją, właścicielem największej komercyjnej kopalni złota w Afryce - bez żadnej odpowiedzi na maile czy telefony. Jak opowiada się w zdjęciach o sile, która kształtuje wszystko w kadrze, a sama pozostaje poza nim - niewidoczna, nieuchwytna?
Znów wracamy do kwestii czasu - potrzebnego, by zrozumieć rzeczywistość, którą obserwujemy, i oddać to, co udało nam się zgłębić. Zupełnie przypadkiem i bez wiedzy urzędników kopalni, na zaproszenie jednego z wodzów wioski, udało nam się wjechać prosto z domów pracowników galamsey - jeśli można tak nazwać zbite z desek schronienia w wiosce - na teren mieszkalny globalnej amerykańskiej korporacji. Trafiliśmy do luksusowej restauracji z dużym basenem, pośród willowych osiedli przypominających „amerykański sen”.
Razem z badaczką projektu, Melani Mennella, spędziliśmy też wiele dni w miejscu, w którym mieszkali pracownicy zatrudnieni przez Amerykanów. Każdego wieczoru, po powrocie z terenu, słuchaliśmy różnych historii dotyczących ich pracy. Słuchaliśmy również opowieści ludzi przesiedlonych w wyniku ekspansji kopalni - z ziemi, którą uprawiali od pokoleń, do której byli przywiązani i która ich żywiła - w miejsca, gdzie nie mogli już uprawiać ziemi ani znaleźć pracy. Spotykaliśmy się też często z wodzami, których obowiązkiem jest reprezentowanie społeczności wokół kopalni. Część z nich, zaślepiona bogactwem, korzystała z przywilejów współpracy z Amerykanami, jednocześnie nielegalnie wydobywając złoto i zasiadając w radach nadzorczych kopalni. I oczywiście dużo rozmawialiśmy z mieszkańcami wioski, gdzie nie realizuje się inwestycji w zamian za wydobycie złota, a ludziom nie oferuje się pracy w korporacyjnej kopalni, pozostawiając im w praktyce jedyną alternatywę - galamsey. Po tak wielu obserwacjach, informacjach i trudnych emocjach zupełnie inaczej patrzy się na codzienność, o której się opowiada.
W opisie projektu pada mocne słowo: „kapitalistyczny neokolonializm”. Nie boisz się, że jako biały, europejski fotograf przyjeżdżający do Afryki sam możesz powielać ten układ - przywozić obrazy ich biedy do naszych galerii?
To pojęcie dotyka nie tylko Afryki, ale też wielu innych rejonów świata - niezależnie od koloru skóry. Opiera się na społecznościach zmuszonych do funkcjonowania jako trybiki w bezwzględnej machinie, w której nieliczni dodają kolejne zera na końcu kwoty na swoim bankowym koncie. Dotyczy to zarówno ghańskich kobiet pracujących w nielegalnych kopalniach, mężczyzn i dzieci w Kongu, którzy, niszcząc środowisko, wydobywają kobalt używany w bateriach „ekologicznych” pojazdów, jak i ludzi w Azji produkujących tanie ubrania, które później trafiają jako śmieci - między innymi do Ghany, razem ze zużytą elektroniką wysyłaną pod przykrywką „darów” z krajów rozwiniętych, gdzie nikt nie zajmuje się ich kosztowną utylizacją. Jako konsumenci jesteśmy głęboko wciągnięci w ten system, zarządzany często przez przypadkowe osoby - i w dużej mierze utraciliśmy jego świadomość.
Żyjemy w świecie, w którym próbuje się nam wmówić, że to konsumenci są głównie odpowiedzialni za ten stan, a nie ci, którzy na nim systemowo korzystają. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których korporacje wykorzystujące surowce, jak np. ziarna kakaowca z krajów słabo rozwiniętych, do generowania miliardowych przychodów rocznie, używając etykiet o sprawiedliwym handlu, wpisują obok dodatkową informację, że produkt, w ramach zasady mass balance, może być wymieszany z surowcem pochodzącym ze źródeł niecertyfikowanych, czyli np. z takich, gdzie do pracy zmuszane są dzieci. Plantatorzy kakao w Ghanie nie są w stanie wyżywić swoich rodzin ze zbiorów i są zmuszeni do szukania alternatyw, co prowadzi do tego, że najmują się do pracy w galamsey lub dzierżawią swoje plantacje ludziom, którzy szukają złota, doprowadzając ziemię do ruiny, niszcząc swoje jedyne źródło utrzymania.
Nie zadawałem sobie tego typu pytań ani w tym przypadku, ani podczas dokumentowania życia zaniedbanej społeczności w Irlandii Północnej, którą fotografowałem wcześniej, ani w historii o tym, jak traktujemy „nielegalnych” migrantów z Afryki Zachodniej w Europie. Nie mam kontroli nad interpretacją odbiorców. Założeniem Galamsey nie jest kolejna historia o afrykańskiej biedzie, ale opowieść o ludziach, którzy - wbrew naszej woli - są z nami połączeni w wyniku chciwości jednostek, inwestycji bankowych i chaosu pozostawionego przez kolonializm.
Książka to 500 egzemplarzy, twarda oprawa, dobry papier - piękny przedmiot. Aktualnie jest dostępna w przedsprzedaży. Nie czujesz pewnego dysonansu, że robisz elegancki obiekt o ludziach, którzy nie mają nic?
Nie. W przypadku Galamsey postawiłem na proste i trwałe rozwiązania oraz minimalizm, dlatego książka pozbawiona jest zbędnych dodatków i form, które mogłyby odwracać uwagę od treści. Wierzę, że w tej formie będzie ona pewnego rodzaju ziarnem, które trafi w odpowiednie ręce i - być może - zaowocuje drugą edycją, która dotrze do jeszcze szerszego grona odbiorców. Tego niestety nie jestem w stanie zrealizować samodzielnie.
Czy bohaterowie Twoich zdjęć wiedzą, gdzie one trafiają? Pokazujesz im potem książkę, magazyn, ścianę galerii?
Zawsze staram się możliwie dokładnie wyjaśnić, dlaczego wykonuję fotografie. Opowiadam, kim jestem, czym się zajmuję, dlaczego chcę zgłębiać dany temat i że efekty tej pracy mogą ukazać się w różnych formach. Nigdy nie wiem i nie zakładam z góry, gdzie dana historia zostanie opublikowana czy pokazana - to zazwyczaj okazuje się dopiero na końcowym etapie pracy. Najważniejsze dla mnie jest to, by dopilnować, aby materiał nie został użyty poza kontekstem, w którym powstał. Dlatego nie sprzedaję go w całości ani w częściach agencjom, a przy publikacjach zawsze dbam o to, by zdjęcia ukazywały się z tekstem, który wcześniej zawsze sprawdzam.
Pierwsza wystawa tego projektu odbyła się w Akrze, w Kwame Nkrumah Memorial Park - miejscu o ogromnym znaczeniu historycznym dla każdego Ghańczyka. Wraz z lokalnymi organizacjami pozarządowymi i badaczką projektu zorganizowaliśmy tam pierwszy w kraju panel dyskusyjny z udziałem przedstawicieli rządu, poruszający temat Galamsey z perspektywy, której wcześniej publicznie nie podejmowano - przełamując dominującą narrację polityczno-medialną, która przedstawia osoby pracujące w nielegalnych kopalniach wyłącznie jako przestępców odpowiedzialnych za degradację środowiska. Wystawa i panel były transmitowane przez ghańską telewizję, uczestniczyliśmy również w programach radiowych.
Niestety większość osób, które dokumentowaliśmy, nie ma dostępu ani do telewizji, ani radia, ani smartfonów - co znacząco ogranicza możliwość dotarcia do nich z tą informacją. W sierpniu tego roku odbędzie się premiera książki również w Akrze, gdzie trafi ona bezpośrednio do Ghańczyków zaangażowanych w badania i realizację projektu. Za każdym razem, gdy wracałem do kopalni, przywoziłem ze sobą wydruki zdjęć osób, które wcześniej fotografowałem. W większości przypadków udawało mi się dostarczyć je osobiście i opowiedzieć, w jakim kierunku rozwija się projekt.
Salgado, oskarżany o estetyzowanie biedy, odpowiadał: „Dlaczego biedny świat ma być brzydszy od bogatego, skoro światło jest takie samo?”.
Nie miałem okazji poznać ani porozmawiać z Sebastião Salgado, ani z osobami, które stawiały mu takie zarzuty. Dlatego nie czuję potrzeby, by go bronić. Cenię jego pracę i wrażliwość, szczególnie po tym, czego doświadczył, realizując tematy o wielkim znaczeniu dla historii ludzkości. Dla mnie estetyka nie jest najważniejsza w opowiadaniu historii obrazem - to podejście byłoby zbyt powierzchowne. Istotniejsze jest to, czy obraz niesie w sobie coś, co wykracza poza warstwę wizualną: coś niewidocznego na pierwszy rzut oka, co uruchamia emocje i refleksję oraz potrafi zmieniać świadomość odbiorców gotowych na taki przekaz.
Gdzie dla Ciebie kończy się dokument, a zaczyna aktywizm? Czy fotograf powinien wybierać między jednym a drugim?
Żyjemy w świecie wolnych wyborów, więc to, czy ktoś „powinien” coś robić, pozostaje kwestią indywidualnej oceny. Każdy materiał, który realizowałem, powstawał we współpracy z organizacjami pozarządowymi - ludźmi, którzy mieli kontakty, wiedzę o historiach, które mnie interesowały, oraz doświadczenie pracy w terenie. W naturalny sposób dzieliłem się więc fotografiami, które powstawały dzięki ich wsparciu. Żyjemy w świecie zależności, ale przede wszystkim jesteśmy istotami społecznymi. Już samo dokumentowanie problemów otaczającego nas świata jest formą działania, a w pewnym sensie także aktywizmu - jeśli przyjmiemy, że nie istnieje coś takiego jak czysty obiektywizm. Ostatecznie to od nas zależy, co z tym zrobimy i czy chcemy być bardziej lub mniej zaangażowani w kolejny proces po zakończeniu realizacji.
O czym rozmawiałeś z portretowanymi przed lub w trakcie zdjęć? Starałeś się „zabrać” ich myśli o ciężkiej pracy czy przeciwnie?
To zawsze zależało od sytuacji, w której się spotykaliśmy - czy dana osoba była w kopalni, czy w domu. Zawsze starałem się znaleźć odpowiedni moment na portret. Czasem była to krótka przerwa w kopaniu lub płukaniu złota, czasem efekt wielogodzinnych rozmów, w których uczestniczyli członkowie naszego zespołu badawczego: Melani Lea Mennella, główna researcherka; Richard Elimach, ówczesny dyrektor organizacji pozarządowej Centre for Social Impact Studies; Cynthia Adjoa Wyetey, tłumaczka; oraz Akwasi Appiah i Leslly Azure, przedstawiciele społeczności i nasi fikserzy. Kiedy dochodzi do momentu fotografowania, lubię wejść w ciszę. Spędzić chwilę sam na sam z osobą, którą za moment sfotografuję, żeby nawiązać z nią głębszy poziom komunikacji. Tak, by poczuła moje intencje, bym mógł podzielić się z nią empatią i wypełnić przestrzeń między nami. Chcę, żeby czuła się bezpiecznie i pewnie, żeby mogła mi zaufać. W takich momentach zapominamy o tym, gdzie jesteśmy - i widzę po prostu człowieka, którego życie jest tak samo wartościowe i ważne jak życie każdej innej osoby. W takich sytuacjach słowa częściej przeszkadzają niż pomagają.
Przedmowę do książki napisał Ed Kashi, autor m.in. „Curse of the Black Gold” o ropie w Delcie Nigru. To Twój znajomy z branży czy raczej autorytet?
Z Edem poznaliśmy się wirtualnie dzięki wspólnym znajomym na początku pracy nad Not Surrendering, kiedy prowadziłem research dotyczący publikacji fotograficznych o Irlandii Północnej. Nasze ścieżki skrzyżowały się dopiero kilka lat później, podczas jego wizyty w Belfaście, gdzie prezentował swoją książkę. Mam ogromny podziw dla jego pracy i konsekwencji, z jaką - razem ze swoją żoną Julie - realizuje swoje projekty. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze kilka wyjątkowych osób ze świata fotografii i dokumentu. Ed bez wątpienia jest jedną z nich.
Jest coś, co zabierasz w każdą podróż, choć nie ma to nic wspólnego z fotografią?
Wiarę i nadzieję, że wrócę cały i zdrowy do domu, do mojego syna.
Właśnie. Wracasz z takiego wyjazdu do Belfastu, do studia, gdzie robisz też portrety i komercję. Jak się przełączasz między tymi dwoma światami w ciągu jednego tygodnia?
Powrót do rzeczywistości po Ghanie trwa u mnie kilka tygodni, czasem nawet ponad miesiąc. Zazwyczaj nie jestem w stanie funkcjonować od razu w normalnym rytmie, więc staram się zorganizować moją pracę na wyspach bardzo uważnie, dlatego przygotowania do wyjazdu i sam powrót zajmują mi często kolejne dwa, trzy miesiące. Poza tym nie zajmuję się komercyjnymi projektami na pełen etat - to zaledwie mały ułamek moich zleceń. Moje życie zawodowe to mieszanka bardzo różnych zajęć, od pracy z organizacjami pozarządowymi, zarządzaniem studiami fotograficzno-wideo, nauką fotografii oraz pozyskiwaniem finansowania projektów z różnych źródeł. Nie wspominając o tym, że będąc w Ghanie muszę też zdalnie prowadzić projekty i nadzorować moją działalność w Belfaście, co bardzo utrudnia pracę w terenie.
Poza tym jestem też ojcem samotnie wychowującym syna na obczyźnie, gdzie nie mam rodziny, więc zawsze dochodziła też ważna kwestia opieki nad nim podczas moich wyjazdów, co było bardzo trudne i nie byłoby możliwe bez pomocy Oli, jego mamy. Za każdym razem wyjeżdżałem ze świadomością, że będę w Ghanie tylko cztery do sześciu tygodni i - jeśli będę miał szczęście - uda mi się zrealizować jedno zadanie dziennie z całej listy rzeczy do zrobienia. To sprawiało, że starałem się doświadczać Ghany tak intensywnie, jak to możliwe. W połączeniu z wilgotnością i wysoką temperaturą prowadzi to do dużego wyczerpania organizmu. Nie była to więc wyłącznie kwestia mentalna, ale też fizyczna.
Rozmawiałam z Tobą parę lat temu o „Not Surrendering”, gdy mówiłeś o lojalistach we własnym sąsiedztwie. Teraz o „Galamsey”, które powstało tysiące kilometrów dalej. Łatwiej fotografować obcą krzywdę czy tę pod własnym domem?
Tak jak wspomniałem wcześniej, Galamsey to historia, która dotyczy nas wszystkich. Trudno też porównywać skalę krzywdy - np. dziecka doświadczającego przemocy lub żyjącego w cieniu agresji spowodowanej traumami konfliktu w domu w Belfaście z dzieckiem, które zostało sprzedane lub oddane do pracy przez rodziców, by zapewnić przetrwanie reszcie rodziny. W obu przypadkach moja empatia, z którą podchodzę do ludzi i próbuję zrozumieć to, czego doświadczają, kieruje mnie raczej w stronę przyczyn, które doprowadziły do takich sytuacji.
Co Cię bardziej denerwuje w dzisiejszym świecie dokumentu i reportażu? Mówi się, że czasy „starego dobrego National Geographic” już dawno odeszły.
Nie wiem, czy jest coś, co mnie denerwuje. Przyglądam się ludziom, którzy tworzą nowy trend w sztuce, który coraz szerzej się rozprzestrzenia już od jakiegoś czasu, i póki co nie znajduję w nim niczego dla siebie. Poza tym dokument i reportaż mają się całkiem dobrze, dziś po prostu trudniej do nich dotrzeć wśród codziennego zalewu informacji i obrazów. Znam osobiście bardzo wielu wspaniałych ludzi dokumentujących skutki zmian zachodzących na świecie, którzy nie ulegli zamianie treści na formę, i których materiały poruszają ogromne rzesze odbiorców, pozostawiając ważne ślady naszych czasów dla kolejnych pokoleń. Bardzo mnie to cieszy. Regularnie odwiedzam też największy na świecie festiwal fotoreportażu - Visa pour l’Image w Perpignan we Francji - gdzie zawsze mam możliwość zapoznać się z wartościowymi materiałami klasycznego reportażu z całego świata, który ciągle przygotowywany jest na bardzo wysokim poziomie.
Najbardziej zmieniła się forma finansowania projektów długoterminowych. Kiedyś większość redakcji mogła sobie pozwolić na wysłanie dokumentalisty w teren na kilka miesięcy, żeby rzetelnie zajął się tematem. Dziś fotografowie dokumentalni w większości muszą sami być jednoosobową agencją, organizować finansowanie projektów, szukać grantów, pisać wnioski, prowadzić zbiórki, planować logistykę pracy w terenie i jednocześnie dbać o kontakt z redakcjami, które mogłyby opublikować materiał. Internet i media społecznościowe sprawiły też, że trudno przebić się przez ogrom mało interesujących obrazów, które niewiele wnoszą. Jednocześnie odbiorcy mają coraz większy problem z weryfikacją informacji, co ułatwia manipulację na poziomie globalnym. Pojawiło się mnóstwo samozwańczych ekspertów i „dziennikarzy”, którzy z domowych foteli opowiadają o miejscach, których nigdy nie odwiedzili, opierając się na niezweryfikowanych źródłach.
Żyjemy w świecie informacyjnego chaosu, w którym coraz trudniej pociągnąć kogokolwiek do odpowiedzialności za dezinformację, a platformy społecznościowe często w tym uczestniczą lub to umożliwiają. Z kolei zdarza się też, że wielu dziennikarzy dużych agencji i tytułów przyjeżdża na krótko, robi kilka wywiadów i zdjęć, po czym ogłasza „co się wydarzyło”, bez głębszego zrozumienia przyczyn. Obserwuję to od lat w Irlandii Północnej i jestem coraz bardziej sceptyczny wobec tego, co i w jaki sposób jest nagłaśniane w mediach głównego nurtu. Niestety większość użytkowników mediów społecznościowych nie sięga po różne źródła informacji i nie weryfikuje faktów. Co więcej, często pozostają w zamkniętych bańkach informacyjnych, które dają im poczucie komfortu, z którego wydaje mi się, że nie chcą wychodzić.
Po tylu latach i tych wszystkich tematach - przemoc, niewolnictwo, korupcja - jak dbasz o to, żeby nie zobojętnieć?
Mieszkam na północy Irlandii, w Irlandii Północnej, gdzie mogę się odciąć i oczyścić z emocji, które towarzyszą mi podczas pracy nad historiami. Z jednej strony, w niecałą godzinę od Belfastu mam góry, po których regularnie spaceruję, ocean i klify również są w zasięgu godziny jazdy. Jeśli chcę całkowicie zniknąć i głębiej przeanalizować swój stan psychiczny, uciekam do Donegal - w miejsca bez zasięgu komórkowego i bez ludzi, gdzie przez długie dni mogę nie mieć kontaktu ze światem zewnętrznym, chodząc po klifach albo jeżdżąc rowerem wzdłuż wybrzeża. Bardzo cieszę się, że wciąż istnieją takie miejsca w Europie. Na co dzień mam też swoje przestrzenie - łąki i polany z wiekowymi dębami, gdzie nie słychać miasta. Biorę rower i resetuję się w ciszy, obserwując naturę. To bardzo oczyszcza głowę i pozwala naładować baterie.
Wróćmy do złota. Kiedy teraz widzisz czyjąś obrączkę, smartfon, biżuterię w witrynie - co Ci przychodzi do głowy? I co chciałbyś, żeby przyszło do głowy komuś, kto właśnie zamknął Twoją książkę?
Złoto nie jest wcale tak rzadkim surowcem, jak się nam wydaje. Dla mnie to po prostu minerał - taki jak kobalt czy miedź - wykorzystywany na ogromną skalę. Podbijanie jego ceny w trakcie napięć i konfliktów prowadzi do pogłębiania nierówności społecznych i eksploatacji krajów mniej rozwiniętych, o mocno osłabionych instytucjach, przez kraje uprzywilejowane. W ciągu ostatnich 12 lat cena złota wzrosła ponad czterokrotnie, osiągając rekordowe poziomy - na początku 2026 roku kilogram złota był wart około 180 tysięcy dolarów. Największy i najszybszy wzrost nastąpił w ostatnich dwóch latach. Wraz z tym wzrostem zwiększył się popyt.
Polska należy do krajów intensywnie skupujących ten surowiec. Ten popyt przekłada się również na większy eksport złota z Ghany, ale w żaden sposób nie poprawia warunków życia ludzi, którzy je wydobywają, ani nie ma większego wpływu na ich zarobki. Złoto bardzo łatwo i szybko trafia z nieformalnego wydobycia do legalnego obiegu globalnego handlu - głównie dzięki powszechnej korupcji. Ląduje w Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Indiach czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Chciałbym, żeby każdy, kto sięgnie po książkę, zatrzymał się na chwilę i uświadomił sobie, jak bezwzględny jest system globalnych zależności. Że niezależnie od nas jesteśmy połączeni z kobietami, mężczyznami i dziećmi w Ghanie, którzy płuczą gołymi rękami złoto zmieszane z rtęcią, wdychają jej opary podczas oczyszczania albo schodzą kilkaset metrów pod ziemię do niezabezpieczonych szybów, ryzykując zdrowie i życie. Robią to po to, żebyśmy również m.in. i my w Europie mogli budować nasze poczucie bezpieczeństwa poprzez inwestycje albo obdarowywać bliskich biżuterią, która ma symbolizować miłość. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że to, co dzieje się na innym kontynencie, dotyczy nas wszystkich - i że mimo dystansu geograficznego w dużym stopniu wynika to z decyzji, które podejmujemy na co dzień.
Dziękuję za rozmowę.