Jasne standardy do Nikona - część 1. Tokina 16-50/2.8

Zapraszamy do lektury pierwszej części testu porównującego dwa standardowe zoomy producentów niezależnych, charakteryzujące się stałą jasnością F2.8. W towarzystwie Nikona D80 jako pierwsza wystąpi świeżo wprowadzona na rynek Tokina AT-X 16-50 mm F2.8 PRO DX, a w następnej kolejności Sigma 18-50 mm F2.8 EX DC MACRO.
Tokina (stoi) jest większa i cięższa od Sigmy, ale przede wszystkim sprawia wrażenie konstrukcji potężniejszej i solidniejszej

Jasne, "firmowe" standardowe zoomy od zawsze stanowią spory wydatek, nic więc dziwnego, że producenci niezależni starają się zaproponować własne, alternatywne konstrukcje. Ich wspólną cechą jest znacznie niższa cena, wyróżniają się solidną budową, a niektóre bywają przy tym świetne pod względem optycznym. W naszym teście porównawczym przedstawimy również Sigmę 18-50 mm F2.8 - chyba najpopularniejszy na rynku "niezależny" jasny zoom do niepełnoklatkowych lustrzanek cyfrowych, ale jako pierwsza wystąpi Tokina 16-50 mm F2.8, której przewagą jest nieco szerszy kąt widzenia "w dole" zakresu ogniskowych.

Tokina AT-X 16-50 mm F2.8 PRO DX
Jej formalna, stosowana przez Tokinę nazwa to AT-X 165 PRO DX. Jest to obiektyw ogłoszony światu na początku roku, choć wcześniej pojawienie się tej konstrukcji zapowiedział już Pentax. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że obie firmy w dziedzinie optyki ściśle ze sobą współpracują, a opisywany zoom pojawi się w ofercie każdej z nich. Co prawda ani Tokina, ani Pentax oficjalnie nie potwierdzają owego bliźniactwa, ale pewne znaki na niebie i na ziemi na takowe wskazują. Na razie do sklepów trafiła jedynie Tokina, natomiast wersja firmowana przez Pentaxa i produkowana oczywiście tylko z bagnetem do aparatów tej firmy, jeszcze nie. Domniemanym powodem tego opóźnienia jest dopracowywanie ultradźwiękowego napędu autofokusa, który w tym zoomie ma się pojawić, ale krążą też plotki o chęci poprawienia jakości optycznej. Szkoda że Tokina, dostępna w wersjach z mocowaniami do Nikona i Canona o napędzie ultradźwiękowym może tylko pomarzyć. Jednak jej niezaprzeczalną zaletą w odniesieniu do innych jasnych, standardowych zoomów, jest krótsza "szeroka" ogniskowa. Co prawda wielu fotografującym nie sprawia żadnej różnicy czy ich zoom zaczyna się od 16, 18, czy 24 mm, ale są też tacy, którzy żebrzą o każdy dodatkowy milimetr dający szerszy kąt widzenia. Obiektywów do lustrzanek cyfrowych, zaczynających się od 18 mm, będących w Pentaxach, Nikonach i Sony odpowiednikiem małoobrazkowego 27,5 mm jest sporo. Są wśród nich nie tylko zoomy standardowe, ale i superzoomy sięgające 250 mm, czyli ekwiwalentu małoobrazkowych 375 mm. Jednak zejście z dołem do 17 lub 16 mm powoduje że drugi kraniec dłuższy niż 50 mm staje się sporym wyzwaniem. Jeśli dołożymy do tego chęć zaprojektowania zooma ze stałym światłem F2.8, to sprawy komplikują się w dwójnasób. Sprawdźmy jak z tym zadaniem poradziła sobie Tokina.

Konstrukcja
O ile opis obiektywu od zewnątrz nie stanowi żadnego problemu, to do jego wnętrza można mieć sporo wątpliwości. Znamy liczbę soczewek (15) i liczbę grup w których je rozmieszczono (12), ale o ich układzie oraz liczbie soczewek niskodyspersyjnych i asferycznych wielu danych brakuje. Tak się jakoś dziwnie złożyło że Tokina nie ujawniła schematu zarówno tego, jak i drugiego wykorzystywanego wspólnie z Pentaxem zooma 50-135 mm F2.8. Jest co prawda mowa o obecności w zoomie 16-50 mm jednej soczewki SD (Super-low Dispersion) wykonanej ze szkła o niskiej dyspersji, a umieszczonej w tylnym członie obiektywu, poza tym niektóre źródła dodają informację o soczewce asferycznej. Jednocześnie Pentax wyraźnie deklaruje że jego wersja posiadać będzie dwie soczewki niskodyspersyjne i trzy asferyczne. Sugerować to może że obiektywy Pentaxa i Tokiny są bliźniakami, ale rzec można - dwujajowymi.

Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że przednią soczewkę zooma Tokiny pokryto warstwą utrudniającą osadzanie się i ułatwiającą usuwanie zabrudzeń WP (Water Proof). Pewną rzeczą jest też obecność systemu wewnętrznego ogniskowania ułatwiającego pracę autofokusowi i zapobiegającemu obracaniu się przedniej soczewki podczas ustawiania ostrości.

Tokina 16-50 mm F2.8 dwuczłonowo wydłuża się wraz ze zwiększaniem ogniskowej. Obecność typowego i dla innych zoomów tego producenta, bardzo szerokiego pierścienia ostrości z pewnością ucieszy tych, którzy nie zawsze chcą polegać na autofokusie. Pierścień zooma został potraktowany trochę po macoszemu, a dotyczy to nie tylko usytuowania, ale i wzornictwa.

Obudowa obiektywu wykonana jest w znacznej części z tworzyw sztucznych. Metalowy jest jedynie bagnet mocujący do aparatu, pokryty gumą pierścień ostrości oraz jeden z wysuwających się teleskopowo przednich członów. Obiektyw, tak jak i pozostała tokinowska optyka serii PRO, ma metalopodobne wykończenie powierzchni obudowy (Armalite), które całkiem udanie naśladuje metal.

Minimalna odległość fotografowania tego zooma wynosi 0,3 m, co zapewnia maksymalną skalę odwzorowania 1:4,88 (0,20).

połączenie szerokiego kąta widzenia i wysokiej jasności owocuje koniecznością korzystania z filtrów o średnicy aż 77 mm, osłonę wyklejono od wewnątrz welurową wyściółką zmniejszającą niepożądane odbicia światła

Obsługa
Korpus obiektywu jest dość krótki, a znaczną jego część zajmuje szeroki pierścień ręcznego ustawiania ostrości. Niemal trzykrotnie węższy pierścień zooma znajduje się bliżej aparatu i nie jest to najlepsza pozycja. Wygodniej korzystałoby się z niego, gdyby umieszczony był ze 2 cm dalej od aparatu lub po prostu był szerszy. To oczywiście moje subiektywne odczucia, choć podobne mają też inne osoby, które trzymały już tego zooma w rękach. Zakres ruchu pierścienia zooma to dokładnie 90°, a obraca się on płynnie, choć z nierównym oporem. Jest on mniejszy przy krótkich ogniskowych i zauważalnie rośnie powyżej pozycji 24 mm. Ważniejsze jest jednak to, że opór statyczny w obu zakresach jest nieduży i nie ma jakichkolwiek problemów z drobną korektą ogniskowej.

Za to pierścień ręcznego ostrzenia obsługuje się bardzo komfortowo. Jego opór nie jest bardzo mały, ale swą niesamowitą płynnością przywodzi na myśl najlepsze stałoogniskowe obiektywy z dawnych lat. Zakres ruchu pierścienia to zaledwie ok. 1/7 obwodu obiektywu, a sam pierścień połączony jest ze skalą odległości bezpośrednio, bez przekładni zwalniającej. W tak krótkim zoomie nie powoduje to obniżenia precyzji ręcznego ogniskowania.

One Touch Focus Clutch, czyli ręcznie sterowane połączenie wyłącznika autofokusa i sprzęgła łączącego pierścień ostrości z mechanizmem ogniskowania. Użycie tu typowego automatycznego sprzęgła w typie canonowskiego Full-Time Manual spowodowałoby obniżenie komfortu ręcznego ustawiania ostrości.

W obiektywie tym Tokina zastosowała swój świetny wynalazek One Touch Focus Clutch, którego istotą jest przełączanie AF/MF za pomocą osiowego przesunięcia pierścienia ostrości. Ruch do przodu odłącza pierścień od mechanizmu ustawiania ostrości i jednocześnie pozwala na pracę silnika AF w aparacie (Nikony), bądź w obiektywie (Canony). Ruch w tył odłącza autofokus i sprzęga pierścień z członami zooma odpowiedzialnymi za ogniskowanie. To znacznie lepsze rozwiązanie niż dawniejszy Focus Clutch (i analogiczne rozwiązanie stosowanie w Sigmach), które w praktyce wymagało dwóch operacji: przełączenia pierścieniem oraz przełącznikiem AF/MF. Nie ma jednak róży bez kolców - malutkich co prawda i niezbyt ostrych. Opór przy przesuwie pierścienia mógłby być nieco mniejszy, co podwyższyłoby komfort przełączania. Ale z drugiej strony, już teraz jest on na tyle mały, że przy wyciąganiu z torby obiektywu noszonego tam "mordką w dół", po złapaniu go za pierścień ostrości (co zdarza się bardzo często) następuje niezamierzone przełączenie AF do MF. Widać że Tokina musiała pójść na kompromis, który dla żadnej z opisanych sytuacji nie stanowi dobrego rozwiązania.

W testowanej przez nas nikonowskiej wersji obiektywu, napęd autofokusa pochodzi z aparatu. Z Nikonem D80 AF pracował szybko, choć sprawiał wrażenie nieco "leniwego", a to za sprawą bardzo płynnego startu i rozpędzania się oraz podobnie wyglądającego zwalniania. Gwizd napędu może przeszkadzać tylko przy długich przebiegach, ale gdy fotografujemy w zakresie odległości 1 m - nieskończoność, to krótkie warknięcie autofokusa z pewnością nie będzie razić.

Na drugiej stronie oceniamy jakość zdjęć wykonanych opisywanym obiektywem i podsumowujemy wyniki testu. Zapraszamy!
 
 
Komentarze
Polecane artykuły
Czy filmy małoobrazkowe sprawdzą się we współczesnej fotografii krajobrazu?
18 Wrz 2018
Aparaty analogowe dają możliwość niedrogiego rozpoczęcia przygody z bardziej świadomym fotografowaniem. Czy jednak w obecnych czasach film nadal może konkurować z cyfrą pod względem jakości obrazu?
1
Panasonic GH5, GH5S i G9 - mistrzowskie trio
28 Sie 2018
Linia topowych korpusów Panasonic to dziś propozycja zarówno dla wymagających filmowców jak i profesjonalnych fotografów. Przyglądamy się bliżej flagowym modelom.
0
“Każde spotkanie z nimi jest wspaniałym przeżyciem”. O fotografowaniu niedźwiedzi opowiada Marcin Dobas
10 Sie 2018
Fotografia dzikich zwierząt to nie sport dla wybranych. Zapierające dech w piersiach ujęcia natury są w zasięgu większości z nas. Trzeba tylko dobrze się przygotować, planować i wiedzieć gdzie szukać interesujących nas osobników. O tym, jak fotografować dzikie niedźwiedzie opowiada fotograf i podróżnik, Marcin Dobas.
0
Notebook z górnej półki czy budżetowy monitor graficzny? O to, co lepiej sprawdzi się w edycji zdjęć zapytaliśmy eksperta
31 Lip 2018
Czy dobry notebook jest wystarczający do zawodowej pracy fotograficznej? Jak wypada w zestawieniu z najtańszymi na rynku monitorami graficznymi?  Na co zwracać uwagę przy wyborze monitora? Zapytaliśmy o to eksperta, Radka Witana ze sklepu Wzorniki.eu.
0