Canon EOS 40D - test

Niedawno odbyła się premiera długo oczekiwanego następcy EOS-a 30D, modelu Canon EOS 40D. Mieliśmy już przyjemność zaprezentować pierwsze zdjęcia wykonane tą lustrzanką, teraz nadszedł czas na pełny test aparatu. A trzeba przyznać, że jest co sprawdzać. O ile poprzednik nie różnił się znacząco od EOS-a 20D, to tym razem zmiany są bardzo ważne. Oczywiście nie chodzi tylko o większą rozdzielczość matrycy, ale o sporo nowych rozwiązań zaczerpniętych z najwyższych modeli lustrzanek Canona.
0
Paweł Ryczkowski
19 Wrzesień 2007
Artykuł na: 23-28 minut
4. Budowa i obsługa

Optyka i sensor
Znany i ceniony bagnet EOS-a został oczywiście zastosowany także w modelu 40D. Współpracuje on z obiektywami typu EF oraz EF-s, a przelicznik krotności wynosi 1,6x. Pod tym względem nic się nie zmieniło w porównaniu z poprzednikami. Różnice widać za to w budowie sensora. Tradycyjnie jest on typu CMOS, ale został dostosowany do funkcji podglądu na żywo. Jego wymiary to 22,5 x 14,8 mm, a całkowita liczba pikseli wynosi 10,5 miliona. Efektywnie wykorzystywanych jest 10,1 Mp. Musimy przyznać, że pod tym względem Canon nas rozczarował. Na nowy sensor trzeba było czekać praktycznie 3 lata, od premiery modelu 20D. Jego następca (30D) został przecież wyposażony w tę samą matrycę co poprzednik. Konkurencja Canona udowodniła, że w ciągu ostatnich trzech lat miał miejsce dynamiczny rozwój technologii wytwarzania matryc. Szkoda, że japoński producent zaspał i przeoczył fakt, że pod koniec 2007 roku standardem w aparatach półprofesjonalnych są sensory o rozdzielczości 12 Mp. Na pocieszenie należy dodać, że przetwornik ten został wyposażony w system czyszczenia z pyłków oparty na działaniu fali ultradźwiękowej. Rozwiązanie to znamy już z lustrzanek Olympusa, modeli Canon EOS 400D oraz obu najnowszych "jedynek".

bagnet EF-s z widocznym dużym przyciskiem zwalniającym mocowanie oraz lustrem

Istotną zmianą w stosunku do poprzedniego sensora jest 14-bitowe przetwarzanie analogowo-cyfrowe. Ma to przede wszystkim wpływ na ilość informacji w półtonach, a więc plastykę zdjęcia.

Korzystanie z podglądu na żywo oraz 14-bitowego przetwornika analogowo-cyfrowego umożliwił procesor DIGIC III znany z profesjonalnego modelu reporterskiego EOS-1D Mark III. Pozwolił on także zwiększyć prędkość działania aparatu łącznie z szybkością zdjęć seryjnych. Teraz wynosi ona aż 6,5 klatki na sekundę - jak na klasę półprofesjonalną to bardzo dobry wynik.

Wizjer i podgląd na żywo
Szklany pryzmat umieszczony w wizjerze EOS-a 40D sprawia bardzo dobre wrażenie. Obraz rzutowany na matówkę jest klarowny i jasny. W porównaniu z poprzednikiem łatwiej będzie ocenić ustawioną ostrość dzięki lepszemu powiększeniu - wynosi ono 0,95x (w 30D było to 0,9x). Także dobranie punktu ocznego na poziomie 22 mm sprzyja przyjemniejszemu korzystaniu z aparatu. Patrząc przez okular wizjera nie odnosi się wrażenia światełka na końcu tunelu.

"Czterdziestka" wyświetla też więcej informacji na monitorze wbudowanym w wizjer. Najważniejsza z nich to wartość czułości ISO. Wprawdzie ta informacja pojawiła się już w modelu 30D, ale tym razem podczas jej zmiany nie trzeba odrywać oka od okularu - wtedy wyświetlana jest zmieniana wartość. Ułatwieniem jest przeniesienie przycisku ustawiania czułości na pierwsza pozycję licząc od strony palca wskazującego obsługującego pokrętło nastaw. W czasie przeprowadzania testu okazało się, że rozwiązanie to jest bardzo przydatne - szybka zmiana czułości jest teraz możliwa bez zastanawiania się nad tym, który guzik odpowiada za to ustawienie, i którym pokrętłem należy zmienić jej wartość. Wszystko obsługuje palec wskazujący - pierwszy przycisk i górne pokrętło, i w ułamku sekundy czułość jest zmieniona. Poniżej przedstawiamy ilustrację, na której przedstawiono wszystkie informacje wyświetlane w wizjerze.


okular wizjera z widocznym pokrętłem regulacji dioptrażu

Nową cechą półprofesjonalnego EOS-a jest możliwość wymiany matówek. Oprócz podstawowej dołączonej do aparatu przygotowano jeszcze matówkę z siatką oraz ułatwiającą ręczne ustawianie ostrości. Ich wymiana jest bardzo prosta - w zestawie, w którym sprzedawane są matówki znajduje się plastikowa pinceta ułatwiająca odblokowanie zaczepu w aparacie, a potem zamianę matówek bez potrzeby dotykania ich palcami. Po zwolnieniu zaczepu opuszcza się ramka z matówką, dając do niej bardzo wygodny dostęp. Poniższe zdjęcia ilustrują opisywany zestaw oraz sposób wymiany.

zestaw służący do wymiany matówek

ząbek pęsety pozwala łatwo zwolnić blokadę matówki

po zwolnieniu dostęp do matówki jest bardzo wygodny

matówka trzymana pęsetą

Mówiąc o wizjerze, nie sposób nie wspomnieć o lustrze. Niestety Canonowi nie udało się ograniczyć "kłapania" - jego praca jest tak samo głośna, jak w poprzednikach. na dodatek nakłada się na nią dziwaczny dźwięk napędu migawki. Przypomina on dźwięk silniczka sterującego robotami na filmach science fiction. Nie ukrywamy, że jesteśmy tym bardzo zaskoczeni. A jeśli wymieniamy wady, to należy wspomnieć o jeszcze jednej - na matówce widać jedynie około 95% kadru. To trochę za mało. Poniższy przykład pokazuje, jakie mogą być tego skutki.

na matówce widoczne jest około 95% pola kadru, czego efektem mogą być takie ujęcia - krawędzi okna (nad krzyżem) nie było widać w wizjerze w czasie wykonywania zdjęcia

Inną metodą ustawiania kadru w 40D jest podgląd na żywo, a co za tym idzie możliwość bezpośredniego obserwowania obrazu z matrycy na ekranie monitora. Funkcja ta robi na użytkownikach coraz mniejsze wrażenie, gdyż staje się coraz bardziej popularna. Jednak w wypadku testowanego canona została ona wyposażona w możliwość automatycznego ustawiania ostrości. Po naciśnięciu przycisku AF-ON opada lustro i dokonuje się pomiar tradycyjną dla lustrzanek metodą detekcji fazowej. Warto wtedy włączyć dźwiękowe powiadomienie o prawidłowym ustawieniu, gdyż lustro podnosi się dopiero po puszczeniu przycisku. Z pewnością taka metoda jest wygodna, choć dziw bierze, że nie postarano się o pomiar ostrości oparty na detekcji kontrastu, który wykorzystuje informację z matrycy. Czyżby japońscy inżynierowie bronili się przed skojarzeniem ich lustrzanek z kompaktami?

Skoro mowa o podglądzie na żywo należy wspomnieć o metodzie jego uruchamiania. W tym celu należy nacisnąć przycisk SET znajdujący się w środku tylnego pokrętła sterującego. Choć pozwala on na bardzo szybkie przełączanie trybów pracy to wprowadza sporo zamieszania. Krótko mówiąc: biada lewoocznym! Naciskania nosem przycisku SET nie da się uniknąć, nawet wtedy, gdy pamiętamy, aby na to uważać. Trudno się nie zdenerwować, kiedy w decydującym momencie nagle znika obraz w wizjerze. Naszym zdaniem dużo lepiej by było, gdyby zaprojektowano dodatkowy przycisk służący tylko do uruchamiania trybu podglądu na żywo, na który znalazłoby się miejsce choćby po prawej stronie wizjera. Choć rozwiązanie Canona nie jest najlepsze, to z pewnością wypada korzystniej od rozwiązań Nikona w modelach D3 i D300. Tam w celu włączenia podglądu na monitorze należy przekręcić tarczę '"napędu" znajdującą się na górnej ściance. To bardzo powolna metoda, a tryb obserwacji kadru na ekranie w czasie wykonywania reportażu najczęściej trzeba włączyć praktycznie natychmiast.

Monitor i panel LCD
Na tylnej ściance znalazł się 3-calowy monitor o rozdzielczości 230 tys. punktów. Po nowościach Nikona (D3 i D300) i Sony (A700), w których zastosowano ekrany o rekordowej rozdzielczości 920 tys. pikseli, parametry monitora "czterdziestki" nie robią wielkiego wrażenia. Ale w trakcie pracy ekran spisuje się znakomicie i nie odczuwa się niedoboru punktów obrazowych. Szkoda tylko, że monitor nie jest ruchomy, co zdecydowanie poprawiłoby użyteczność podglądu na żywo. Chyba musi pojawić się na rynku kilka lustrzanek z ruchomym monitorem konkurencyjnych firm, aby wielcy (czytaj Canon i Nikon) przekonali się, że podgląd na żywo będzie w pełni użyteczny tylko z ekranem pozwalającym na zmianę jego położenia. Aby poprawić korzystanie z podglądu na żywo w pełnym słońcu podniesiono jasność monitora. Wiąże się to z obniżeniem kąta widzenia do 140°, co jednak zupełnie wystarczy do wygodnego korzystania z aparatu.

3-calowy ekran zajmuje sporą część tylnej ścianki

Monitor pozwala na zmianę jasności w 7-stopniowej skali. Bardzo ważne dla precyzyjnego ustawienia jasności w zależności od ilości światła otoczenia jest zastosowanie klina jasności, czyli prostokątów od białego, poprzez stopnie szarości, aż do czarnego. Obok klina widoczne jest także zdjęcie, co zdecydowanie poprawia komfort zmiany ustawień.

Jak przystało na rasową lustrzankę, na górnej ściance znalazł się czarno-biały ekran służący do wyświetlania informacji o parametrach ekspozycji oraz ustawieniach aparatu. W stosunku do poprzedników i tu zaszła pewna istotna zmiana. Otóż przez cały czas wyświetlana jest informacja o wybranej czułości - to bardzo przydatna rzecz. Czytelność wyświetlanych informacji jest na dobrym poziomie, więc nie trzeba się zastanawiać, czego dotyczą symbole lub cyfry. Poniżej prezentujemy ilustrację, na której wyjaśniono, co oznaczają wszystkie pola górnego wyświetlacza.


Wzorem mniejszego brata, czyli EOS-a 400D, stało się możliwe wyświetlenie niektórych informacji podawanych na górnym ekranie także na monitorze kolorowym. Jest to bardzo przydatne na przykład po założeniu aparatu na statyw, kiedy nie sięgamy wzrokiem do górnej ścianki. Podczas zmiany wartości parametrów na ekranie wyświetlane są szczegółowe informacje o wybranym trybie łącznie z jego nazwą.

Lampa błyskowa
Przyzwyczajeni jesteśmy, że modele półprofesjonalne znakomita większość firm wyposaża we wbudowaną lampę błyskową. Nie ominęło to oczywiście EOS-a 40D. Zastosowano w nim flesz o liczbie przewodniej 13 i polu krycia 17 mm. Tradycyjnie lampę wbudowano w górną część obudowy wizjera. Otwiera się ją po naciśnięciu przycisku znajdującego się po lewej stronie wizjera. Niestety wbudowany flash nie pozwala na bezprzewodowe sterowanie zewnętrznymi zestawami lamp. Pod tym względem konkurencja jest sporo z przodu, dla przykładu można tu wymienić choćby Nikona D200 (czyli aparat o generację starszy od 40D).

Martwi nas niezbyt precyzyjne wykonanie elementów mechanizmu podnoszenia lampy. Kiedy porusza się aparatem, niepokoi dziwne grzechotanie luźnych elementów wewnątrz obudowy, które znika po podniesieniu lampy. Okazało się, że przyczyną tego zjawiska są dwa ograniczniki wysokości lampy. Niby drobiazg, ale kto lubi, kiedy jego aparat staje się grzechotką...

EOS 40D z podniesioną lampą błyskową

Aparat w pełni współpracuje z zewnętrznymi lampami Speedlite pracującymi w systemie ETTL II. Jednak jeden element sugeruje, że Canon zachęca do stosowania lampy Speedlite 580 EX II. Mowa oczywiście o kołnierzu dającym szczelność połączenia z tym flashem. Dobrze, że inżynierowie zadbali o tak ważny element, ale staje się on raczej zabawny, kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, że szczelność samego korpusu aparatu została tylko nieznacznie poprawiona (wklejono gąbki zabezpieczające pokrywy komór baterii i kart pamięci). Pozostawmy to bez komentarza.

gorąca stopka z kołnierzem uszczelniającym

W wypadku użycia najnowszej lampy możliwe jest pełne sterowanie jej pracą z poziomu menu aparatu. To niezwykle wygodne przede wszystkim podczas ustawień funkcji dodatkowych, kiedy na monitorze lampy widoczne są tylko ich numery. Pełne nazwy funkcji oraz opis ustawień jest wtedy dostępny z poziomu ekranu aparatu.

Zasilanie
Do zasilania został użyty znany z wcześniejszych modeli akumulator jonowo-litowy BP-511A o pojemności 1400 mAh. Wystarcza on na zrobienie nawet tysiąca zdjęć, przy założeniu, że nie będzie wykorzystywana wbudowana lampa błyskowa. Niestety Canon w dalszym ciągu pokazuje stan naładowania baterii wykorzystując grafikę składającą się tylko z dwóch elementów. To stanowczo za mało. Konkurencja nie śpi i na przykład Sony A700 oprócz symbolu baterii pokazuje procentowo jej stopień naładowania. Jesteśmy ciekawi, kiedy wreszcie Canon dojdzie do wniosku, że dokładna informacja o stopniu naładowania akumulatorów jest potrzebna.

komora baterii i akumulator

Do ładowania baterii służy dobrze znana ładowarka CG-580, która między innymi wskazuje stopień naładowania baterii sprytnym systemem mrugania diody. I znowu można sobie zadać pytanie, jakim cudem Canon podaje tak precyzyjnie stopień naładowania baterii w ładowarce, a nie potrafi tego zastosować w aparacie.

Pamięć
Do zapisu zdjęć służą karty CompactFlash typu I i II. Należy zadać sobie kolejne pytanie (ile jeszcze tych pytań?) - a co ze standardem UDMA? Przypomnijmy, że pozwala on na obsługę szybkich kart CF o dużych pojemnościach. W tej chwili staje się to już standardem, a co ciekawe EOS-1Ds Mark III, który miał premierę tego samego dnia co 40D, został wyposażony w obsługę tego protokołu. Na myśl nasuwa się wniosek, że Canon robi wszystko, aby tylko modele profesjonalne wyposażane były w "zawodowe" rozwiązania.

komora kart pamięci CF

Komora gniazda karty pamięci niczym nie różni się od rozwiązań zastosowanych w poprzednikach. Zakrywana jest klapką, którą należy wysunąć do przodu, aby ją otworzyć. Być może z tego powodu trudno było prawidłowo uszczelnić ten element. Jednak nie jest to niemożliwe. W Sony A700 pomimo zastosowania takiego samego mechanizmu otwierania poradzono sobie z tym problemem. W tamtym aparacie wykorzystano dodatkowy element, który po przesunięciu pokrywy opuszcza się, uszczelniając zamknięcie. No cóż, ponoć diabeł tkwi w szczegółach. Szkoda, że Canon nie zadbał o wszystkie detale.

Złącza
Jeśli spojrzymy na gniazda złącz nie zobaczymy niczego nowego poza gumowymi zatyczkami zapożyczonymi z "jedynek". Wygodniejszy od poprzednika ształt obu komór z pewnością poprawia obsługę aparatu, szczególnie wtedy, kiedy korzystamy ze studyjnych lamp wyzwalanych kablem synchronizacyjnym. Dwie prostokątne zatyczki wygodniej się otwiera i zamyka. Jednak pod nimi nie pojawiło się na przykład złącze HDMI pozwalające na podłączenie aparatu do telewizora o wysokiej rozdzielczości. Oczywiście można bez niego żyć, ale znowu należy podkreślić fakt, że konkurencja i pod tym względem zdołała przegonić Canona.

komory gniazd złącz

dodatkowe złącze umieszczone pod aparatem

Wymieńmy zatem wszystkie złącza. Pod lewą klapką umieszczono gniazdo synchronizacyjne, a pod nim łącze pozwalające zainstalować przewodowego pilota. Prawa klapka kryje wyjście wideo oraz łącze USB 2.0 Hi-Speed. Bylibyśmy niesprawiedliwi, gdybyśmy nie wymienili jeszcze jednego, choć trzeba przyznać specyficznego gniazda. Mowa o znajdującym się na dolnej ściance gnieździe obsługującym podpinane w formie gripa dodatkowe akcesoria. Jest ono zakrywane gumową zatyczką, która nie jest na stałe przypięta do korpusu, więc należy uważać, aby jej nie zgubić. Możliwe jest podłączenie między innymi bezprzewodowego transmitera WiFi o symbolu WFT-E3/E3A. Dzięki niemu możliwe staje się bezprzewodowe połączenie aparatu z komputerem i siecią. Ma to duże znaczenie dla osób, którym zależy na szybkim przesyłaniu zdjęć do wydawcy, lub na wygodnym połączeniu z komputerem bez potrzeby wpinania kabli lub przekładania kart. Urządzenie umożliwia także podłączenie tradycyjnego kabla USB oraz kabla sieciowego. Transmiter pozwala na bezprzewodowe sterowanie aparatem i wybór źródła zapisu plików ze zdjęciami (karta pamięci lub dysk twardy komputera, z którym połączony został aparat). Pracę przekaźnika ustawia się w dosyć rozbudowanej zakładce menu aparatu. I tutaj zaczynają się schody - nie udało nam się uruchomić tego urządzenia. Zestaw aparatu i transmitera trafił do redakcji Fotopolis.pl bez instrukcji i bez opakowania. W związku z tym nie zdołaliśmy sprawdzić MAC adresu, który jest niezbędny, aby bezprzewodowo połączyć aparat z komputerem. Nie zdołaliśmy także znaleźć tego numeru w menu urządzenia z poziomu menu aparatu. Możemy jedynie przypuszczać, że do naszej redakcji trafił egzemplarz przedprodukcyjny transmitera, na który nie nadrukowano odpowiednich danych. Należy także wspomnieć, że jak zwykle z tego typu urządzeniami jest spory problem z prawidłową konfiguracją transmitera. Potrzebna jest do tego spora znajomość problematyki informatycznej. Możemy jedynie wyrazić nadzieję, że w instrukcji obsługi WFT-E3A dokładnie wyjaśniono proces konfiguracji. Dodajmy jeszcze, że urządzenie zasilane jest akumulatorem BP-511A, czyli takim samym, jaki zasila aparat. Nie stanowi ono jednak dodatkowego źródła prądu dla korpusu.

transmiter bezprzewodowy WFT-E3A

styki transmitera

transmiter podpięty do aparatu

tył transmitera z otwartą klapką komory baterii

gniazda transmitera

Podsumowanie działu
Teoretycznie rzecz biorąc Canon EOS 40D nie ma poważniejszych wad. Jednak naszym największym zarzutem będzie fakt, że w momencie wprowadzenia aparatu na rynek pod pewnymi względami nie był on już "ostatnim krzykiem techniki". Matryca o rozdzielczości 10 Mp (standardem w tej klasie jest teraz 12 Mp), brak nowoczesnego złącza HDMI i brak obsługi protokołu UDMA to spore mankamenty. Jeśli doliczymy do tego jeszcze takie drobiazgi jak grzechocząca lampa błyskowa, uruchamianie nosem podglądu na żywo (w wypadku osób lewoocznych) i od lat niezmieniony wskaźnik poziomu naładowania baterii, to okaże się, że jak na aparat półprofesjonalny, wad uzbierało się sporo. Czy zdołają je zrównoważyć zalety aparatu? Sprawdźmy. 14-bitowe przetwarzanie analogowo-cyfrowe, wizjer bez efektu tunelu, wymienne matówki, informacja o ustawionej czułości w wizjerze i na górnym ekranie, podgląd na żywo z możliwością automatycznego ustawiania ostrości oraz specjalne gniazdo służące do podłączenia dodatkowych urządzeń to chyba wystarczy, aby wyjść na zero. Ale wyjście na zero w wypadku tego aparatu to raczej za mało.

+ podgląd na żywo z automatycznym ustawianiem ostrości
+ 14-bitowe przetwarzanie analogowo-cyfrowe
+ bardzo dobrej jakości wizjer bez efektu tunelu i z wymiennymi matówkami
+ wyświetlanie informacji o czułości w wizjerze i na górnym wyświetlaczu

- matryca o rozdzielczości 10 Mp
- brak złącza HDMI oraz możliwości obsługi protokołu UDMA
- grzechocząca lampa błyskowa
- nieprecyzyjny wskaźnik poziomu naładowania akumulatora
- przypadkowe uruchamianie podglądu na żywo przez osoby lewooczne

Komentarze
Więcej w kategorii: Aparaty
Fujifilm X-T30 - test aparatu
Fujifilm X-T30 - test aparatu
Lwia część specyfikacji zapożyczona z X-T3, wyraźnie poprawiony AF z funkcją wykrywania oka oraz dobrze znany korpus z jeszcze bardziej uproszczoną obsługą - czy to...
10
14
Olympus OM-D E-M1X - test aparatu
Olympus OM-D E-M1X - test aparatu
Pierwszy reporterski korpus Olympusa wzbudził wiele kontrowersji. Dla jednych to aparat, na który czekali od dawna, dla innych - zaprzeczenie idei Mikro 4/3. Czy na...
0
4
Sony RX100 VII - zdjęcia przykładowe
Sony RX100 VII - zdjęcia przykładowe
Najnowszy kompakt z rodziny RX100 wprowadza matrycę bazującą na tej samej technologii co we flagowym modelu A9 oraz zoom o uniwersalnym zakresie 24-200 mm. Jak ten mały gigant sprawdza się w...
10
13
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (1)