"Covers" w wykonaniu Lou Beach'a

Dolnośląskie Centrum Fotografii "Domek Romański" we Wrocławiu zaprasza 11 grudnia 2007 roku na wernisaż wystawy "Covers" Lou Beach'a. Amerykański malarz i grafik na ekspozycji zaprezentuje projekty okładek do książek, magazynów, jak również do płyt największych sław współczesnej muzyki wykonanych w technice kolażu. Przy tworzeniu projektów Lou Beach wykorzystuje m.in. fotografię.
Lou Beach (ur. 1950 r.) - amerykański artysta malarz, grafik. Dyplom artysty grafika otrzymał w California Institut of Arts, gdzie do dzisiaj jest wykładowcą. Zajmuje się grafiką użytkową, kolażem i grafiką komputerową. W swoim dorobku ma wiele okładek do płyt wielu wybitnych artystów i zespołów takich jak: Weather Report, Yellowjackets, Ennio Morricone, Charlie Haden, David Samborn. Współpracuje z najważniejszymi wytwórniami płytowymi takimi jak: Sony Music, Warner Bros. Records, MCA Records, a także wiodącymi dziennikami i czasopismami amerykańskimi m.in.: The Wall Street Journal i The New York Times. Lou Beach mieszka i pracuje w USA (Los Angeles).

Więcej o Lou Beach można znaleźć na oficjalnej stronie artysty: www.loubeach.com.

Lou Beach z wystawy "Covers"

O twórczość Lou Beach'a napisał Andrzej Dudziński: "Drawing on the Wild Side" czyli "Wytnij to" albo daj spokój.

Czym dla amerykańskiej piosenki jest Lou Reed ze swoim hymnem "Walking on the Wild Side", tym dla amerykańskiej grafiki jest Lou Beach ze swoim ciętym humorem. Określenie "cięty humor" w odniesieniu do artysty, który przez większą część swojego zawodowego życia posługiwał się nożyczkami i skalpelem jest, choć banalne, jak najbardziej właściwe. Lou wycinał fragmenty rzeczywistości ze stron kolorowych pism i reklamowych folderów, przeinaczając ich początkowe znaczenia w surrealne, odlotowe collage. Te prace, od najwcześniejszych prasowych ilustracji po znane okładki kolejnych albumów "Weather Report", wyróżniała nieokiełznana stylistycznie dzikość. Dla Ameryki wczesnych lat siedemdziesiątych to musiała być szokująca wizualna anarchia, przypominająca dadaistyczny wybuch w Europie lat -nastych i 20-tych. Nic dziwnego, że mistrzami Lou Beacha byli i są John Heartfield i Kurt Schwitters, a Dada nie wysychającym źródłem inspiracji. Trudno o lepszą szkołę przewrotności i ironicznego dystansu do opisywanych zjawisk i sytuacji.

Nie znaczy to wcale, że przed Lou Beachem nie było w Ameryce, a szczególnie w Kalifornii, artystów "nieokiełznanych". Rewolucja kulturalna lat 60-tych wprowadziła, przez Richarda Lindera, Roy'a Lichtensteina, Andy Warhola czy bardziej komercyjnego Petera Maxa, spore wizualne zamieszanie. Lou Beach, być może wyrósł na tej pożywce ale jego sztuka wciąż się rozwija, a przejście na komputer pchnęło ją w nowe rejony precyzji i większego zafałszowania rzeczywistości. W tych nowych kolażach nie widać już linii cięcia nożyczkami (czego czasami mi brak), dzięki możliwościom technologii cyfrowej jego kompozycje stały się bardziej perfekcyjne. Lou dość wcześnie zamienił nożyczki na komputer i szybko doszedł do biegłości. Wiem coś o tym, gdyż był jednym z moich przewodników po wirtualnej przestrzeni. Na początku lat 90-tych, nie mógł spokojnie żyć i pracować, bo kilka razy dziennie, o dziwnych porach (trzy godziny równicy czasu między Nowym Jorkiem a Los Angeles) zamęczałem go idiotycznymi pytaniami nowicjusza. To, że mogę napisać teraz kilka słów uznania o tym niezwykłym artyście, jest zaledwie namiastką spłaty zaciągniętego wtedy długu.


Lou Beach z wystawy "Covers"

Polskich odbiorców sztuki Lou Beacha z pewnością zaciekawi informacja, że jego prawdziwe nazwisko to Andrzej Lubicz-Ledóchowski. Z Ledóchowskim, wymawianym jak "Ledoczauski", miał już kłopoty w szkole w Rochester, w stanie Nowy Jork, dokąd jego rodzice przyjechali po wojnie, ale pierwszy człon jego nazwiska okazał się utrapieniem, kiedy Andrzej przeniósł się do Kalifornii. "Musisz być krewnym Ernsta?" zgadywał niemal każdy na dźwięk znajomego nazwiska. Jedynym rozpoznawalnym "Lubiczem" w Los Angeles był głośny niemiecki reżyser Ernst Lubitch, twórca "Ninoczki" i genialnej komedii "Być albo nie być" (dziejącej się zresztą w okupowanej Warszawie). Nie chcąc wyrzekać się do końca swojej tożsamości Andrzej posłużył się onomatopeją i nożyczkami: rozciął Lubicza (Lu - bicz) i zamienił na Lou Beach. Znaczeniowo stał się natychmiast Kalifornijczykiem choć w brzmieniu pozostał Polakiem. - Andrzej Dudziński

Współorganizator wystawy: Biuro Wystaw Artystycznych - Galeria Miejska w Tarnowie.


Lou Beach Covers
12.12-12.01.2008
wernisaż wystawy: 11 grudnia 2007 godzina 17
wystawa czynna od poniedziałku do soboty w godz. 10.00-18.00.

Dolnośląskie Centrum Fotografii "Domek Romański"
Galeria Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu
pl. bpa Nankiera 8, Wrocław
tel./faks 071 - 344 78 40

 
Komentarze
Polecane artykuły
Kentmere VC Select - test światłoczułego papieru fotograficznego
13 Wrz 2018
Kentmere VC Select to mniej znany na naszym rynku papier fotograficzny. Jednak czy ma szansę przekonać do siebie wymagających fotografów i dostarczy odbitki o wysokiej jakości? Sprawdźmy to!
1
Canon EOS M50 - test aparatu
11 Wrz 2018
Kompaktowy EOS M50 to tylko z pozoru korpus kierowany do początkujących. Bogata funkcjonalność, obecność złącza mikrofonowego i przystępna cena czynią go obecnie jedną z najciekawszych pozycji na rynku dla świadomych amatorów i vlogerów. Sprawdzamy, jak radzi sobie w praktyce.
0
Panasonic Lumix LX100 II - zdjęcia przykładowe
10 Wrz 2018
Podczas dzisiejszej wizyty w siedzibie firmy, mieliśmy okazję bliżej zaznajomić się w drugą generacją uniwersalnego kompaktu opartego o matrycę 4/3. Zobaczcie, jak Panasonic Lumix LX100 II radzi sobie w praktyce.
0
Tenba Air Case Attaché 2214W - test walizki
10 Wrz 2018
Walizki na sprzęt fotograficzny to świetna alternatywa dla dużych plecaków i toreb. Sprawdziłem w praktyce jedną z ciekawszych walizek tego typu na rynku, czyli Tenba Air Case Attaché 2214W.
0