Zostań w domu, zamów taniej!
Nie wychodź z domu i zamów online swoje ulubione pisma 20% taniej. Skorzystaj z kodu rabatowego: czytajwdomu

"Opowieści z krypty" - Po co ja to wszystko piszę? Czyli pora na małe podsumowanie. Czy rzeczywiście wszyscy gonimy w piętkę?

0

Autor: Wojtek Tkaczyński

15 Lipiec 2012
Artykuł na: 6-9 minut
Publikujemy nowy felieton Wojtka Tkaczyńskiego. Zapraszamy do lektury.

Piszę te słowa tuż po finale Euro [turnieju piłkarskiego nie waluty]. Hiszpanie pokonali Włochów. Cóż. Gdyby nie to, że byliśmy organizatorami nie mielibyśmy szans wystąpić na takiej imprezie. Czterech dobrych piłkarzy to jednak za mało... Ale nie miejsce tu na felieton sportowy. Piłkarskie mistrzostwa Europy po raz kolejny pokazały naszą ciekawą cechę narodową. Każdego musimy pytać jak się mu u nas podoba. Każdego. Czy to rozmowa w telewizji ze znaną gwiazdą sportu. Czy to radiowy wywiad z jakimś trenerem. Czy gazetowa relacja z konferencji prasowej. Czy rozmowa między kibicami na ulicy. Każdy kibic, dziennikarz, taksówkarz, ratownik medyczny i wolontariusz musi zapytać spotkanego właśnie obcokrajowca jak mu się Polska podoba. Dlaczego?

Dlaczego żaden Niemiec nie pyta nikogo o zdanie na temat Niemiec? Dlaczego każdy Amerykanin uważa, że jego kraj jest najlepszy na świecie? Dlaczego Hiszpanie - mimo kryzysu i bezrobocia - uważają [cytuję, co prawda, Fernando Alonso po wygranej w Valencji], że "dobrze być Hiszpanem."? Włosi uważają, że dotarli do finału w 100% zasłużenie. A Francuzi po porażce zawsze są przekonani, że przypadkiem przegrali ze słabszymi. Tygodnik "Le Monde" ogłosił kiedyś listę stu książek XX-go wieku. W pierwszej dziesiątce znalazło się na niej ośmiu autorów francuskich. Tylko Polacy nie wiedzą co myśleć o sobie i swoim kraju.

Wystarczy porównać pierwszy wers naszego hymnu z początkiem utworu, który za swój hymn mają Niemcy. Za naszym podejściem do siebie stoi pewnie historia. Ale, na boga, nie tylko ona. To co prezentujemy da się chyba określić jednym słowem: kompleksy. Mamy kompleksy wobec innych. moim zdaniem wynikają one przede wszystkim z naszego stosunku wobec siebie. Otóż, moim zdaniem, żaden Polak nie ufa drugiemu Polakowi ani go nie szanuje. Oczywiście generalizuję. Ale wystarczy trochę się wkoło rozejrzeć aby zobaczyć, że mam trochę racji. Zaczynając od Sejmu kończąc na osiedlowym sklepie: umiemy na siebie jedynie warczeć i obrażać się wzajemnie. Wszystkie mieszkania na parterze mają kraty w oknach. Boimy się, że kto nas okradnie? Niemcy? Bułgarzy? Włosi? Nie, inni Polacy, przypuszczalnie katolicy. Dyskusje w telewizji już po pierwszym zdaniu schodzą z wymiany merytorycznych argumentów na wyciąganie osobistych brudów lub agresywne pohukiwania. Co więcej: nikt tu się do nikogo nie uśmiecha. Żaden z ostatnich stu kierowców do których uśmiechnąłem się kiedy staliśmy na czerwonych światłach nie odwzajemnił uśmiechu. Zrobiłem taki test. Śmieją się [przecież] tylko dzieci. Każdy jest poważny i naburmuszony. Trudno się dziwić, że żyjąc w takim otoczeniu nie mamy dobrego zdania o własnym kraju i szukamy pociechy w opiniach obcokrajowców. Jak mamy być z siebie dumni skoro jedynym co łączy wszystkich Polaków jest letni grill.

Punktem wyjścia do tych kłopotów jest oczywiście szkoła. Szkoła od początku stawiająca nacisk na oduczenie samodzielnego myślenia. Szkoła żądająca wykucia jedyniesłusznych poglądów. Szkoła nastawiona na zapamiętywanie a nie zastanawianie. Myślałem, że niż demograficzny coś zmieni. Że zamiast klas po 35 uczniów nauczyciele wreszcie będą mogli poświęcić czas na prawie indywidualne zajęcia z niewielką grupką. Ale nie. Zamiast tworzyć klasy po 12 osób samorządy wolą zamykać szkoły. Edukacja nigdy nie była u nas w cenie. W efekcie dotarliśmy do takiej sytuacji, że na maturze z języka polskiego jedno z zadań dotyczy czytania tekstu ze zrozumieniem. Ludzie. Przecież, na zdrowy rozum, to powinno wręcz obrażać maturzystów. A jednak nie obraża. I wcale nie jest łatwym zadaniem. Tak wykształceni, czy raczej tak niewykształceni, mamy problemy z formułowaniem własnego zdania. Własnego przemyślanego zdania, które możemy obronić celnymi argumentami w dyskusji.

Dotyczy to również naszych poglądów na temat zdjęć, zwłaszcza własnego autorstwa. Niewielu z nas potrafi bronić swoich decyzji technicznych czy swoich poglądów na temat kompozycji. Niewielu z nas potrafi stworzyć projekt, którego uzasadnienie sięga głębiej niż pod powierzchnię zdjęcia. Nie ma u nas wielu osób z bogatą znajomością historii fotografii. Nie ma dyskusji o socjologii zdjęć. Nie ma autorytetów których opinie w kwestii wyceny zdjęć przyjmowałaby cała branża. To znaczy: może i są takie osoby ale bardzo im trudno przebić im się ze swymi poglądami do masowej fotograficznej świadomości. Bo każdy Polak przecież zna się na zdjęciach najlepiej. I wcale nie potrzeba nic czytać, żeby wiedzieć co jest ładne a co nie... Z tego powodu większość rozmów o fotografii dotyczy u nas detali technicznych. Rozdzielczość matrycy i ogniskowa obiektywu to terminy zrozumiałe przez wszystkich.

Mówienie o zdjęciach nie jest łatwe. W "Języku fotografii" David DuChemin pisze, że i dla niego było to na początku dość trudne. Ale potem stworzył system, który pozwala wciągać fotografów w rozmowę o zdjęciach a nie o aparatach.

Moje, na przykład, stanowisko na temat fotografii jest dość proste. Da się je streścić w dwóch zdaniach. A w zasadzie w jednym: zdjęcie liczy się jako odbitka, którą da się wziąć do ręki - niezależnie od metody jej wykonania. Piszę o tym bo podobno [ludzie listy piszą ;-] z zeszłego felietonu przebijała moja niechęć do cyfry i miłość do analogu. Czuję się więc zobowiązany do złożenia dementi: zdjęcia cyfrowe mogą być tak samo dobre jak srebrowe. Trzeba być idiotą żeby strzelać sobie w kolano. Ja po prostu wolę siedzieć w ciemni niż przed komputerem.

Pisałem o tym zresztą już wcześniej. Jeśli ktoś czyta moje felietony regularnie - z pewnością zauważy, że poruszałem już wcześniej wszystkie sygnalizowane wyżej tematy. Cóż. Mam listę innych rzeczy, o których trzeba napisać. Ale kiedy zaczynam - do głowy przychodzi mi to, co akurat mnie najbardziej irytuje. Co poradzę, że to zawsze te same rzeczy. Pociesza mnie jedynie fakt, że - z zachowaniem wszelkich proporcji - tacy Kafka, Faulkner, Lowry czy Kundera też ciągle pisali o tym samym.

Człowiek po prostu od czasu do czasu musi wygłosić jakieś exposé. Inaczej się udusi.

Miłych wakacji

Słowa kluczowe:
Komentarze
Więcej w kategorii: Fotofelietony
Sergey Ponomarev – misja fotografa została spełniona
Sergey Ponomarev – misja fotografa została spełniona
Zdjęcie roku, to bez wątpienia ogromne wyróżnienie. Dla mnie jednak królową nagród prasowych jest pierwsze miejsce za reportaż w kategorii „General news”.
5
2
Kinowska: „Zdjęcie roku World Press Photo wkurza”
Kinowska: „Zdjęcie roku World Press Photo wkurza”
Zdjęcie Warrena Richardsona, uznane przez Jury za najlepsze zdjęcie prasowe roku 2015, denerwuje i wyprowadza z równowagi. Z kilku powodów.
0
1
Lifelogging - przyszłość, czy zmora fotografii?
Lifelogging - przyszłość, czy zmora fotografii?
Podczas gdy największe firmy w ostatnim czasie na nowo rozpętują wojnę na megapiksele, swojego rodzaju rewolucja w fotografii może nadejść nieoczekiwanie ze strony urządzeń przeznaczonych dla...
6
0
Powiązane artykuły
Wczytaj więcej (1)