"Nie cierpię wydruków pinezkami przypiętych do ścian" - z georgią Krawiec rozmawia Joanna Kinowska

11 maja w "Galerii Strefa A" w Krakowie zostanie otwarta wystawa georgii Krawiec zatytułowana "EXodus". Wydarzenie towarzyszy festiwalowi Miesiąc Fotografii w Krakowie. "EXodus" to wielowątkowy i złożony projekt, który porusza tematykę śmierci. Bohaterką zdjęć jest sama autorka, która używa języka fotografii otworkowej. Joanna Kinowska rozmawia z georgią Krawiec o tym jak doszło do realizacji serii.
Joanna Kinowska: Jak był budowany "EXodus" - od słów czy od koncepcji portretu?
georgia Krawiec: W roku 2006 otrzymałam w prezencie zbiór opowiadań literatury non-sens, który spowodował dalsze poszukiwania i zgłębianie tego tematu. To fascynujący rodzaj literatury, z jednej strony groteskowy, niezrozumiały, ale z drugiej też pełen humoru. Tak dotarłam do krótkiej sztuki teatralnej Karen Karin Rosenberg, amerykańskiej pisarki z New Jersey, z którą nawiązałam kontakt. Można powiedzieć, że zaczęło się od słów oraz słów-par pochodzących ze sztuki, traktujących poszczególne stany wewnętrzne głównej bohaterki: np. "idealna i transcendentalna", "wyzwolenie przez uległość", "dzika i kapryśna", "przyciąganie", "objawienie" czy "ulotna i nieprzewidywalna". Dopiero w trakcie pracy portrety się usamodzielniły i dziś mogę z przekonaniem powiedzieć, że natchnięta nowym życiem bohaterka "Exodusa" opowiada swoją własną historię.

JK: Czego dowiedziałaś się o sobie podczas realizacji projektu "EXodus"?
gk: Może na pierwszy rzut oka fotografie "EXodusu" są deprymujące, ciemne w klimacie i opisujące jakieś chorobliwe stany psychiki kobiety. I to z pewnością odpowiada tematowi "EXodusa", ale praca nad tym projektem, praktyczne przetransportowanie głęboko poważnych treści sprawiały mi paradoksalnie prawdziwą radość. Ponieważ dotąd nigdy nie tworzyłam autoportretów sam ten fakt był wyzwaniem. Stanąć (lub w dużej części dosłownie położyć się) po drugiej stronie, wcielić się w postać, jaką zaplanowało moje wewnętrzne oko i wytrzymać. Naświetlanie swojego własnego wizerunku, bez świadków, sam na sam z kamerą otworkową, sprawiało istną frajdę, taką pierwotną, dziecinną, z odruchami wyszalenia się. Więc myślę że ten projekt sprawił, iż mam dziś pozytywny, czy nawet humorystyczny stosunek do (własnej) śmierci i przemijania.

JK: Która część serii była najtrudniejsza do wykonania i dlaczego?
gk: W trakcie pracy miałam do czynienia z dwiema trudnościami: jedna to trudność przekazania konkretnej treści, tak aby nie była zbyt abstrakcyjna i została odczytana (na przykład doznania estetyczno-poetyckie w serii "Wiersze, Rymy Apostrofy" czy też doznania cielesne w serii "Balsam"), druga to trudność przeciwna, przekazania treści, na pierwszy rzut oka łatwych do zobrazowania. Chciałam aby mimo prostoty posiadały jeszcze jedną nieoczywistą płaszczyznę (przykładowo w seriach "Wariacje", "Psychoza" i "Homeopatia" mam nadzieję, że to mi się powiodło). To właśnie szpagat pomiędzy tymi dwoma dylematami spowodował, iż w projekcie znalazły się prace na temat dyskursu o polskim katolicyzmie (seria "ReWizja" i "Doznania Placebo"), który dominuje wyobrażenia o pytaniach ostatecznych. A kwestie ostateczne były w tym projekcie wytyczną. Więc z tego typu trudnościami walczyłam w trakcie tworzenia koncepcji prac.
georgia Krawiec, EXodus, ReWizja III

JK: Jaka technika Cię determinowała (jakich użyłaś w projekcie)?
gk: Fotografia otworkowa jest dla mnie tak oczywista, z wielu powodów, iż raczej zastanawiam się, dlaczego jej nie użyć niż dlaczego pracować właśnie z nią. (Dlaczego jej nie użyć: jak w przypadku projektu "dezORIENTacja" gdzie z powodów czysto technicznych było to bardzo utrudnione). Portretowanie ludzi za pomocą otworka jest mozolnym przedsięwzięciem, ponieważ długie czasy naświetlania wymagają od modela cierpliwości i zrównoważenia wewnętrznego, wyrozumiałości dla autora oraz najlepiej niezachwianej wiary w sensowność przedsięwzięcia. Na początku przymierzałam się do znalezienia osoby, która wcieliłaby się w rolę głównej bohaterki. Myślałam o pewnej zaprzyjaźnionej i bardzo wrażliwej osobie, ale zanim zabrałam się do przekonywania jej do współpracy, zrobiłam dwie próbne sesje z samą sobą. Okazały się one tak wyczerpujące, fizycznie i mentalnie, a wyniki tak trudne do przewidzenia, iż doszłam do wniosku, że żaden związek nie wytrzyma takiej próby i że to tylko ja sama mogę zostać tą przez autorkę męczoną protagonistką. Do tego momentu nigdy nie pracowałam nad autoportretem, jakoś było to sprzeczne z moją osobowością, ale z dzisiejszego punktu widzenia myślę iż podołałam zadaniu i była to dobra decyzja. No i jak już powiedziałam, suma sumarum, było to dla mnie bardzo radosne doświadczenie.

JK: Premierowy pokaz "EXodusu" był w 2009 roku, w międzyczasie stanowił część ekspozycji "Transgresje" razem z Magdą Hueckel w 2011. To ciągle jest podróż "wewnątrz bohatera", ale w zestawieniu w galerii z pracami innej artystki, stworzona została pewna inna całość. Zadowolona jesteś z tego efektu?
gk: Jestem zaprzyjaźniona z Magdą od wielu lat ale, tak to u nas w pracy artystycznej bywa, pokazywanie surowego materiału przed zakończeniem projektu jest sytuacją bardzo wyjątkową. Dlatego też mimo towarzyskich spotkań nie wiedziałyśmy o tym, nad czym pracowałyśmy prawie jednocześnie. Kiedy prace ujrzały światło dzienne, było to dla nas oczywiste, że pracowałyśmy nad tym samym tematem, nad obsesją i lękiem, związanych z widmem nieuniknionej śmierci, z jedną różnicą, że śmierć jest w moim projekcie docelowością a w projekcie Magdy punktem wyjścia. Myślę, że zespolenie ich dwóch było dla obu prawdziwym dopełnieniem.

JK: Jesteś od lat zafascynowana technikami XIX-wiecznymi. Realizowałaś w nich swoje projekty, po co się je współcześnie stosuje?
gk: Z fotografią zetknęłam się dopiero na drugim roku studiów, najpierw zajmowałam się grafiką i rzeźbą. Profesor naszej klasy, Jürgen Königs, był propagatorem bardzo intymnego podejścia do fotografii: od samego początku, od budowy własnych aparatów, przez przygotowywanie własnych papierów, by nie przeszkadzać żadnej fali światła na jej naturalnej drodze. Taki rodzaj totalnej niezależności fotografii, fotograficznej autarkii, w kraju i w czasie totalnego dobrobytu. Byłam (i jestem) osobą bardzo krytycznie odnoszącą się do kapitalizmu i ta postawa miała duży wpływ na moją twórczość. Oczywiście nie jest to jedyna pozytywna cecha tych archaicznych technik, ale może dziś, 20 lat później, kiedy prawie każdy śmiertelnik jest użytkownikiem aparatu fotograficznego przykładowo w swej komórce, idee te są tym bardziej aktualne. Współcześnie mamy jeszcze jeden, ważniejszy powód by pracować w tych dziewiętnastowiecznych technikach. Jest nim postępujące przyspieszenie, w którym żyjemy, i które dotyczy także naszego stosunku do otaczających nas obrazów. Techniki te zmuszają autora do wyciszenia się, do zatrzymania się nad konkretnym dylematem, do zajęcia się nim intensywniej, do głębokiej refleksji nad sensem pracy, którą tworzymy, zmuszają nas do spowolnienia. A to jest sztuce bardzo potrzebne! Jako autorka zżywam się wtedy z pracami tak emocjonalnie. Spowolnienie jest moim mottem na sztukę i lekarstwem na nieobliczalne niespodzianki współczesności.
georgia Krawiec, EXodus, Medytacje I

JK: Która technika jest Twoją ulubioną?
gk: To wcale nie takie łatwe pytanie. Myślę, że trzeba zawsze wychodzić z konkretnej idei i to idea powinna dyktować rozwiązania techniczne. Ale oczywiście mam swe ulubione i w przemyśleniach o projektach figurują one na początku listy możliwości.

Na pewno jest to fotografia otworkowa, wszelkie zabawy z czarno-białą fotografią i kalotypia. Otworek jest fascynującym swą prostotą medium - trzeba sobie wyobrazić, że już 100 tysięcy lat temu (!) ludzie mogli oglądać taką projekcję obrazu, niestety nie pozostawili nam żadnych śladów po swych obserwacjach, więc nie mamy na to dowodów. Zaś jeśli chodzi o kalotypię - jest ona jedną z najbliższych fotografii technik szlachetnych, wiele bowiem z nich jest bardziej redukcyjnych, graficznych. Poza tym aura kalotypii wywodzi się także z jej historii, a świadomość chodzenia śladami Foxa Talbota jest dla mnie uskrzydlająca. To magia pierwszych alchemików fotografii, która przetrwała do dziś na przykład w takich czynnościach jak nakładanie azotanu srebra.

JK: Czyli masz swoich mistrzów?
gk: Ależ oczywiście! I to nie tylko w dalekiej historii. Lubię w sztuce uporczywość w działaniu, jakiej wcieleniem był chociażby William Henry Fox Talbot, czy też jaką możemy odczuć w konsekwencji pałaców Andrea Palladio. Lubie kontynualność, jaką realizował przykładowo w swoich teczkach Hermann Krone przez dziesiątki lat. Lubię widoczną pasję i przewrotność, jak w zwariowanej sztuce Kurta Schwittersa. Lubię wszelkiego rodzaju eksperymentatorów i manualne podejście do medium fotografii - fotomontaże i kolaże jakie tworzyła Hannah Höch, Zofia Rydet, lubię też malarskie fotogramy Bronisława Schlabsa i heliografie Karola Hillera. Lubię bezkompromisowość, jaką widać w pracach Joel-Petera Witkina czy też w projektach Zbigniewa Libery. Myślę też, że politycznie zaangażowana sztuka może więcej osiągnąć niż nie jeden ruch społeczny (dziś na pewno inaczej zrealizowałabym projekt "dezORIENTacja"). No i ta lista jest jak wszechświat, konsekwentnie się rozszerzająca.
Nie cierpię wydruków pinezkami przypiętych do ścian.
Nie lubię bylejakości i kompromisów.

JK: Jak najbardziej lubisz prezentować swoje prace: na wystawie, w książce, Internecie?
gk: Internet jest szczególnie problematycznym medium. Mając dziewięć lat ojciec dostał przydział na małego Fiata w groteskowym socjalistycznym kolorze. I do dziś pamiętam niekończące się dyskusje: błękitny czy zielony, czy też turkusowy? To był kolor istniejący w rzeczywistości i widoczny dla moich rodziców, więc w tym przypadku chodziło wyłącznie o subiektywność realnie istniejącego wrażenia. To taka banalna historia. W świecie wirtualnym dochodzi do tej subjektywności tyle innych aspektów, przede wszystkim technicznych, jak różna kalibracja monitora, rozmiary prac, kontrast, że sztuka oglądana wirtualnie nie jest autentyczna. A ten przykład dotyczy tylko koloru... W przypadku fotografii w publikacjach książkowych istnieje jakieś ryzyko przekłamania, ale materiałowość papieru jest mi dużo bliższa, niż świecące piksele. Więc jednak najbardziej lubię powierzchnię porządnego barytowego papieru, czy też widoczne srebro na akwarelowym. A te aspekty można zakosztować tylko w kontakcie z oryginałem. Więc oczywiście, jestem za prezentacją na wystawie!
georgia Krawiec, EXodus,ReWizja-I

JK: Dlaczego swoje imię piszesz małą literą?
gk: Jako czternastolatka zaczęłam pisać je małą literą jako moje oświadczenie o małości człowieka jako stworzenia. Wtedy byłam głęboko wierząca ...

JK: Brzmi jakby wiele się zmieniło, poza rozmiarem człowieka. Rozmiar liter - co widać w tytułach Twoich serii ma ogromne znaczenie. Skąd taki pomysł?
gk: Tak, staram się w większości projektów nie tylko numerować prace, lecz przez nadanie tytułów także przekazać dodatkowe treści. Treści te mają posiadać jednocześnie estetyczny wymiar, podkreślający to, o co mi chodzi. Więc "EXodus" pisany w ten sposób nadaje dodatkowy sens tej ucieczce z życia, stawia całość, a przede wszyskim tragikę końca, pod znakiem zapytania.

georgia Krawiec jest absolwentką wydziału Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Siegen (Niemcy), gdzie studiowała w klasie Jürgena Königsa; od roku 2000 pracuje jako niezależna artystka-fotograf; naucza fotografii eksperymentalnej, fotografii otworkowej oraz technik szlachetnych; wystawia od 1993 r.; miała liczne wystawy indywidualne w Polsce i za granicami kraju, m.in. w Galerii FF w Łodzi, w Haus Seel w Siegen (Niemcy), w Małej Galerii ZPAF-CSW i Starej Galerii ZPAF w Warszawie, w Galerii Sztuki Wozownia; brała udział w wielu wystawach zbiorowych, m.in. w ramach Festiwalu Kultury Polskiej w Luksemburgu, w Miesiącu Fotografii w Krakowie, w Międzynarodowym Festiwalu Fotografii w Łodzi, w "Voies Off" w Arles (Francja), w wystawie Polskiej Fotografii Otworkowej w Boston i New Bedford (USA), jak też w Muzeum Historii Fotografii w Krakowie i wielu innych; jej prace można znaleźć w kolekcjach publicznych i prywatnach w Europie oraz w USA; publikuje teksty o fotografii m.in. w "Kwartalniku Fotografia" czy też w "Fototapecie"; prowadziła wykłady autorskie m.in. w Muzeum Narodowym w Warszawie, w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta, także serię wykładów dla Instytutu Goethego o Współczesnej Niemieckiej Fotografii; była członkiem Jury, m.in. konkursu fotografii TVP "Dolina Kreatywna" oraz członkiem Komisji Portfolio-Review w The Art Institute of Boston, AIB (USA); jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików; członkiem zarządu Ogólnopolskiego Festiwalu Fotografii Otworkowej (OFFO). georgia Krawiec żyje i pracuje w Warszawie.

Joanna Kinowska - historyk sztuki specjalizujący się w fotografii. Kieruje działem edukacji w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki. Prowadzi warsztaty fotograficzne dla młodzieży, wykłady w Akademii Fotografii dla dorosłych. Stworzyła bloga "Miejsce fotografii". Kuratorka wystaw fotograficznych i autorka tekstów. Współtworzy Fundację .DOC.
słowa kluczowe:
 
Komentarze
Polecane artykuły
Sigma 100-400 mm f/5-6.3 DG OS HSM Contemporary - test obiektywu
18 Wrz 2017
Zaawansowany układ optyczny wspomagany systemem stabilizacji, szybki autofokus oraz kompaktowy, jak na tę klasę sprzętu, i uszczelniony tubus - to główne cechy obiektywu 100-400 mm f/5-6.3 DG OS HSM. Zobaczcie co oferuje najnowszy model Sigmy z rodziny Contemporary.
2
Nikon D850 - testy studyjne i zdjęcia plenerowe
15 Wrz 2017
W naszej redakcji na krótko zagościła najnowsza, porażająca specyfikacją lustrzanka Nikona. Na pełen test będziecie jeszcze musieli poczekać, ale już teraz nową matrycę sprawdziliśmy zarówno w studio jak i w praktyce.
0
Fujifilm X-E3 - pierwsze wrażenia
13 Wrz 2017
Zaprezentowany przed kilkoma dniami X-E3 odziedziczył po flagowcach aparatach firmy znaczną część specyfikacji. Do tego nowy model oferuje niespotykane nigdy wcześniej u Fujifilm podejście do ergonomii i fotografowania. Sprawdziliśmy jak wypada w praktyce.
0
Sigma 100-400 mm f/5-6.3 DG OS HSM Contemporary - zdjęcia przykładowe
8 Wrz 2017
Postanowiliśmy sprawdzić, czy Sigma 100-400 mm f/5-6.3 DG OS HSM Contemporary ma szansę stać się jednym z bardziej uniwersalnych szkieł w segmencie telezoomów. Zobaczcie przykładowe zdjęcia, które zrobiliśmy w warszawskim ZOO.
0